Reklama

Przygody prawdziwych mężczyzn

Jazda pięciusetkonnym lamborghini, dorzucanie węgla do kotła "Pięknej Heleny", kurs przetrwania na morzu, skok ze spadochronem, sekswakacje w Tajlandii czy lot wojskowym odrzutowcem to tylko niektóre propozycje przeżycia prawdziwie męskiej przygody. Doradzamy, jak się dobrze bawić i nie przepuścić przy tym fortuny.

Coraz wyższa temperatura za oknem wzbudza ogromną chęć porzucenia nudnej pracy i zachęca do tego, by popuścić wodze fantazji. Okazuje się, że jeżeli się dobrze rozejrzeć po ofertach biur podróży, po ofertach agencji organizujących eventy, wyprawy i rozmaite "męskie" rozrywki, to wspaniała wakacyjna przygoda jest na wyciągnięcie ręki.

I wcale nie chodzi o to, by od razu jechać w dzicz, jeść korzonki i wytrzepywać ze śpiwora robaki. Atrakcje czekają w prawie każdym polskim mieście. Można chociażby pobawić się w paintabllową wojnę (w Krakowie ceny zaczynają się od 60 zł za 200 kulek z farbą), poszaleć na poweriserze, czyli specjalnych szczudłach umożliwiających bieganie z prędkością 40 km/h i skok 2 m wzwyż (w Warszawie 100 zł za godzinę zabawy) czy pozjeżdżać po zboczach Kotelnicy na hulajnodze na ogromnych balonowych oponach (w Białce Tatrzańskiej od 25 zł). A co robić, gdy potrzebujemy nieco większej dawki adrenaliny?

Reklama

Wyprawa na sam szczyt

- Fajnie jest powiedzieć w towarzystwie, że było się na Blancu - zdradza Ewelina Paszek z Polskiego Klubu Alpejskiego. Faktycznie najwięcej zapytań w sprawie wypraw na znane górskie szczyt dotyczy właśnie Mont Blanc. Na zdobycie najwyższego szczytu Alp (4810 m n.p.m.) trzeba przeznaczyć minimum 2,4 tys. zł i siedem dni. Choć góra nie jest trudna techniczna, to połowę czasu przeznaczonego na wyprawę uczestnicy spędzają na oswojeniu się z lodowcem i niebezpieczeństwami, jakie mogą napotkać podczas wspinaczki.

By zminimalizować ryzyko wypadku, Polski Klub Alpejski zabiera chętnych do zdobycia Mont Blanc na weekend w Tatry. Po to, by sprawdzić, czy aby przypadkiem Alpy nie będą dla nich górami nie do pokonania.

Jeżeli świetnie radzisz sobie zarówno w Tatrach, jak i w Alpach, pomyśl o trudniejszych szczytach do zdobycia. W tym sezonie najwyższa góra Europy - Elbrus (5642 m n.p.m.) jest niestety zamknięta dla turystów, bo Rosjanie nie wydają wiz na region Republiki Kabardyno-Bałkarii, gdzie znajduje się góra, więc może warto zastanowić się nad zdobyciem innego szczytu wchodzącego do tzw. korony Ziemi, czyli Kilimandżaro (5895 m n.p.m.).

Wejście na najwyższy szczyt Afryki nie nastręcza większych trudności technicznych. Trzeba liczyć się jednak z faktem, że choroba wysokogórska może pokonać nawet najbardziej zaprawionego w bojach wspinacza. Koszt dwutygodniowej wyprawy na Kilimandżaro (często z należnym po tak dużym wysiłku odpoczynkiem w Kenii lub na Zanzibarze) to około 10 tys. zł.

Bądź (jeszcze) lepszym kierowcą

Jeżeli myślisz, że jesteś mistrzem kierownicy, bo w "Need for Speed" nie dajesz się wyprzedzić siedmiolatkowi , to... grubo się mylisz. Wychodzenie z poślizgów, jazda bokiem i hamowanie awaryjne prawdziwym samochodem nie ma nic wspólnego z komputerową grą.

Sprawdź sam, na kursie bezpiecznej jazdy, jakie popełniasz błędy i naucz się, jak radzić sobie w ekstremalnych sytuacjach na drodze. - Najlepiej uczyć się na własnym samochodzie, bo nie tracimy czasu na oswojenie się z nowym. Nie musimy się uczyć chociażby jak operować sprzęgłem - mówi Janusz Dudek ze szkoły doskonalenia jazdy SJS.

Najtańszy, trwający pół dnia, kurs w tej szkole kosztuje 450 zł. W czasie zajęć, przeprowadzanych na Torze Kielce w Miedzianej Górze, instruktorzy SJS objaśniają kierowcom, jak prawidłowo operować kierownicą oraz pedałami w czasie jazdy w zakręcie oraz - banalną, jakby się wydawało sprawę - obrania właściwego toru jazdy. Janusz Dudek najbardziej poleca indywidualne zajęcia z instruktorem. Za cały dzień ćwiczeń na Torze Kielce zapłacimy około 1200 zł.

Ponad pół tysiąca koni pod maską

Lamborghini Gallardo śni ci się po nocach, ale po przebudzeniu płaczesz, że nie stać cię nawet na lusterko do niego? Nie martw się - wystarczy 800 zł i cacko w soczystym pomarańczowym kolorze będzie do twojej dyspozycji. Co prawda tylko na kilkadziesiąt minut, ale przejazd Toru Kielce potworem, który ma 560 KM pod maską, pozostanie w pamięci na długo. A zazdrość kolegów oglądających zdjęcia z twojej przejażdżki jest absolutnie bezcenna.

Nie wiesz, jaki samochód marzeń jest stworzony właśnie dla ciebie? Skorzystaj z innej propozycji firmy SJS Experience - przejażdżki Lamborghini Gallardo, Porsche 911 i Nissanem GTR. Za 90 minut szaleństw tymi trzema autami zapłacimy 2600 zł. Trochę mniej, bo 1500 zł, będzie nas kosztować przyjemność testowania Hondy Civic Type R, Subaru Imprezy STi i Mitsubishi Lancera Evo IX. Oczywiście nad naszymi poczynaniami cały czas będą czuwać instruktorzy, którzy nie pozwolą kursantowi zrobić sobie krzywdy, ale pojeździć z fantazją - owszem.

- Do przejażdżki superautami wystarczy jedynie... dobry humor - zapewnia instruktor Janusz Dudek. Dla tych, którzy nie mają tyle odwagi, by osobiście zasiąść za kierownicą lamborghini czy porsche, przygotowano inną opcję: przejażdżkę sportowym autem na fotelu pasażera. Prowadzić będzie Kajetan Kajetanowicz, rajdowy mistrz Polski. By poczuć się jak rajdowy pilot, wystarczy wolne popołudnie i tysiąc złotych.

Wzbić się w przestworza...

Odwieczne marzenie o lataniu jest do zrealizowania stosunkowo niewielkim nakładem finansowym, ale tylko pod warunkiem, że latamy jako pasażer. Pomijając oferty tanich linii lotniczych, które za kilkanaście złotych sprzedają bilety do wielu miejsc w Europie, najtańszą opcją jest wynajęcie małego samolotu.

Na przykład Aeroklub Śląski z Katowic oferuje godzinne loty ultrasamolotem DV-1 Skylark już za 300 zł. Lot szybowcem jest jeszcze tańszy - koszt oscyluje w granicach 200 zł.

Co innego, gdybyśmy chcieli samodzielnie pilotować. Uzyskanie licencji pilota samolotów ultralekkich w Aeroklubie Krakowskim to wydatek ok. 12 tys. zł. Ale oprócz pieniędzy praktycznie nic nie stoi na przeszkodzie, by zasiąść samodzielnie za sterami samolotu. Wystarczy pomyślnie przejść badania lekarskie i po prostu chcieć latać. Szkolenie pilota trwa minimum miesiąc, więc nie ma lepszego czasu na zarażenie się bakcylem lotnictwa niż wakacje.

Ciepłe miesiące zachęcają również to tego, by zapoznać się bliżej z innymi statkami powietrznymi, np. szybowcami i balonami. By samodzielnie latać szybowcem, wystarczy 4 tys. zł, natomiast w przypadku balonu na szkolenie trzeba przeznaczyć co najmniej dwa razy tyle. W każdym przypadku na naukę należy wygospodarować ok. 5 tygodni.

Osobom pragnącym jeszcze bliżej obcować z prądami powietrza polecamy paralotnie - uprawnienia można zdobyć w trzy tygodnie. Koszt szkolenia też nie jest duży - powinien się zamknąć w granicach 2 tys. zł. Co ciekawe, by latać paralotnią nie trzeba przechodzić drogich badań lekarskich, wystarczy oświadczenie o dobrym stanie zdrowia.

...i bezpiecznie z nich wrócić

A po drodze przeżyć jedną z najwspanialszych przygód życia - skok ze spadochronem. Najłatwiejszym, bo nie wymagającym ukończenia szkolenia oraz pozytywnego przejścia badań lekarskich sposobem realizacji tego marzenia jest skok w tandemie.

W takim przypadku o wszystkim co przed, w trakcie i po skoku należy zrobić, myśli za nas instruktor. Nawiążecie bliską relację nie tylko dlatego, że będziecie z nim (lub z nią!) bardzo mocno spięci. Tak naprawdę jedyne, co musi zrobić delikwent, który powierza swoje życie instruktorowi spadochronowemu, to podciągnięcie nóg jak najbliżej klatki piersiowej podczas lądowania.

Nawet jeśli już będąc w samolocie stracisz ochotę na skok i będziesz zapierał się w drzwiach maszyny, to i tak instruktor zdecyduje za ciebie. Nie ma zmiłuj... Ale dzięki temu moment lotu pozostanie w pamięci na zawsze.

Skok w tandemie kosztuje ok. 600 zł plus 250 zł, jeżeli chcielibyśmy mieć filmową i zdjęciową pamiątkę z naszej podniebnej przygody. Skoki organizuje większość aeroklubów oraz specjalistyczne firmy. Tym, którzy po pierwszym locie będą chcieli dalej skakać, nie pozostaje nic innego jak zapisać się na kurs spadochronowy.

Podstawowy kurs - z zajęciami teoretycznymi i trzema skokami z wysokości 1500 m na linie, statycznie - kosztuje w Aeroklubie Poznańskim 750 zł. Natomiast kurs swobodnego spadania (tzw. AFF - Accelerated Free Fall), kiedy to skoczek wyskakuje z samolotu lecącego na wysokości 4000 m i przez prawie minutę swobodnie leci w dół, to wydatek około 5 tys. zł.

Zostań komandosem

A co zrobić, jeśli jako dziecko marzyłeś, by zostać nieustraszonym żołnierzem sił specjalnych, który razem ze swoimi wiernymi kompanami pokona najsilniejsze armie świata? Nawet jeśli z wojskiem nie masz obecnie nic wspólnego, to dlaczego by nie zrealizować marzeń?

Chociażby przez jeden dzień poczuj się jak komandos - biegaj po poligonie, strzelaj z dziesiątek rodzajów broni oraz naucz się, jak przetrwać na morzu. O realizm zadbają profesjonaliści, bo kto, jak kto, ale instruktorzy z Fundacji Byłych Żołnierzy Jednostek Specjalnych GROM wiedzą, jak to jest być "specjalsem".

- Nasze zajęcia, oprócz tego, że są atrakcyjne i ludzie fajnie się bawią, zawsze mają walor edukacyjny. No i patriotyczny - mówi ppłk Krzysztof Przepiórka z Fundacji. - Na przykład podczas zajęć survivalu na morzu uczymy ludzi, jak zachować się podczas wysokiej fali oraz co zrobić, by przetrwać na morzu wiele dni, np. po katastrofie lotniczej - dodaje były gromowiec.

Komu nie w smak mokre przygody na Zatoce Puckiej, ten może wyszaleć się na poligonie. Oprócz strzelania (np. z pistoletu maszynowego MP-5) czy rzucania granatu, byli "specjalsi" nauczą nas także zabójczo skutecznej sztuki walki wręcz określanej mianem GROM Combat, pokażą, jak jeździć samochodem niczym funkcjonariusze Biura Ochrony Rządu czy nauczą wojskowej strategii, przydatnej chociażby podczas gry w paintball i ASG (Air-Soft Gun, strzelanie małymi, 6-milimetrowymi plastikowymi kulkami).

Uczciwie należy przyznać, że imprezy organizowane przez Fundację GROM do tanich nie należą. W zależności o liczby atrakcji, sprzętu i ludzi potrzebnych do ich przeprowadzenia, koszty mogą sięgnąć nawet kilkunastu tysięcy zł. Na poligon najlepiej więc zabrać kolegów, by podzielić koszty.

Trochę taniej wyjdzie, jeżeli zamiast na kurs przetrwania na morzu zgłosimy się na "standardowy" kurs survivalu. Podczas takiego instruktażu, organizowanego w lesie czy w górach, nauczymy się m.in. tego, jak rozpalić ogień bez zapałek, jak zbudować wygodne legowisko oraz co jeść, a czego zdecydowanie nie jeść w lesie.

Przykładowo, we wrocławskiej firmie Selenge ceny dwudniowego szkolenia zaczynają się od ok. 700 zł.

Prawie jak Formuła 1

Zanim pomyślicie o zajęciu miejsca za kierownicą rajdówki, nauczcie się techniki sportowej jazdy na torze gokartowym - dokładnie tak, jak przed laty zaczynał Robert Kubica. Lepszej szkoły nie ma i to powiedzą wam wszyscy sportowcy, w których żyłach zamiast krwi płynie benzyna.

Choć gokarty to malutkie pojazdy na malutkich kółeczkach i z malutkimi silniczkami (przeciętnie 6 KM), to potrafią zadziwić najbardziej doświadczonych kolekcjonerów ekstremalnych wrażeń. A to wszystko dlatego, że przełożenie mocy na masę (sam gokart waży ok. 60 kg) jest wyższe niż w niejednym samochodzie sportowym.

Po wciśnięciu się do ciasnej konstrukcji składającej się z kilku rurek, kierownicy, dwóch pedałów, ryczącego silniczka ustawionego za fotelem i tłumika, tak gorącego, że można byłoby na nim smażyć jajka, opcje naszego organizmu pt. "uśmiech" i "frajda z jazdy" automatycznie przełączają się na pozycję "ON". Dotyczy to już nawet amatorskich gokartów, o zawodniczych nie wspominając.

Tory kartingowe są praktycznie we wszystkich większych miastach. Im ciaśniejszy i z większą liczbą szykan na drodze, tym lepiej dla ciebie - w gokartach nie chodzi o prędkość, lecz o technikę jazdy. Dziesięć minut na torze kosztuje ok. 30 zł, ale zwykle można wynająć cały obiekt i ścigać się z przyjaciółmi. Przykładowo w Krakowie (tor WRT Karting) koszt wynajęcia obiektu z pięcioma gokartami na godzinę wynosi 600 zł.

Prowadząc "Piękną Helenę"

Mowa oczywiście o parowozie. Nie byle jakim, bo najszybszym parowozie znajdującym się w posiadaniu PKP. Ta wyprodukowana w 1937 r. przez Polską Fabrykę Lokomotyw w Chrzanowie maszyna rozpędza się aż do 130 km/h! Dziś "Piękna Helena", tak jak 30 podobnych lokomotyw i kilkanaście zabytkowych wagonów, "mieszka" w Parowozowni w Wolsztynie (Wielkopolskie).

Nie pisalibyśmy o tej jedynej w Europie parowozowni, gdybyś ty, duże dziecko, nie mógł zrealizować tam kolejnych dziecięcych marzeń. Otóż w Wolsztynie możesz poczuć się jak prawdziwy maszynista i osobiście dorzucać węgla do kotła. No i pociągnąć za gwizdek! A to wszystko za... 150 zł.

Warto umówić się (dużo wcześniej!) na konkretny termin przejazdu w kabinie maszynisty, bo Wolsztyn od lat cieszy się niesłabnąca popularnością wśród maniaków kolejnictwa z Niemiec i Wielkiej Brytanii!

Wśród bałtyckich wraków

Mało kto wie, że na Morzu Bałtyckim miały miejsce trzy największe tragedie w historii marynarki. Pod koniec II wojny światowej radzieckie okręty podwodne i bombowce zatopiły "Wilhelma Gustloffa", "Goyę" i "Steubena". Okręty te zabrały na dno ponad 20 tys. ludzi. Nurkowanie wokół wraków wymaga jednak uzyskania specjalnych zgód, gdyż uznawane są za cmentarze wojenne.

Zdecydowanie łatwiej, bezpiecznej i taniej będzie oglądać inne, nie mniej ciekawe wraki statków i okrętów spoczywające na dnie Bałtyku. Z racji słabego zasolenia, niskiego natlenienia i niskiej temperatury wody, wraki w Morzu Bałtyckim są świetnie zachowane. Jest ich ponad tysiąc

Najpopularniejsze jest nurkowanie do wraków leżących w Zatoce Puckiej oraz w pobliżu Półwyspu Helskiego, bo znajdują się na głębokości do 50 m - mówi Andrzej Krasuski z Diving Baltic, firmy organizującej nurkowania m.in. do wraku ścigacza okrętów podwodnych ORP "Groźny" czy osiemnastowiecznego żaglowca.

W zależności od odległości, w jakiej wrak znajduje się od brzegu, koszt nurkowania może wynieść od 25 do 70 zł na osobę. Nieco drożej jest w przypadku nurkowania do wraku promu "Jan Heweliusz". Ekspedycja do spoczywającego u wybrzeży niemieckiej wyspy Rugia wraku to koszt około 400 zł.

Nie umiesz nurkować? Ceny kursów nurkowych zachęcają do nadrobienia zaległości - dobre szkolenie kosztuje ok. tysiąca zł. By od razu móc poczuć namiastkę nurkowania wrakowego, polecamy zanurzyć się w zalanym kamieniołomie w Jaworznie (Śląskie). Największą atrakcją tego zbiornika są znajdujące się pod wodą gigantyczne, wysokie na 18 m koparki, służące niegdyś do wybierania dolomitu.

Mokre szaleństwo

Skoro już jesteśmy przy wodnych rozrywkach, to dlaczego by nie spróbować raftingu? Co prawda w Polsce nie ma wystarczająco rwących górskich rzek, które nadawałyby się do spływu pontonami, ale od czego są sztuczne tory!? Na krakowskim Torze Kajakarstwa Górskiego prąd wody jest silniejszy niż w niejednej prawdziwej rzece i gwarantuje mocne przeżycia.

Cena? Bardzo zachęcająca - od 50 zł za godzinę naprawdę nieustannego wiosłowania. Rafting to sport zdecydowanie grupowy, więc nie zapomnij zabrać ze sobą zgranej paczki kolegów. Właśnie dobra komunikacja zdecyduje o tym czy wygracie z rzeką, czy dacie się wyrzucić z pontonu do zimnej wody.

Każdy, kto złapie bakcyla raftingu może się wybrać na spływ do Włoch czy na Słowenię. Tam czekają wymagające rzeki, które zweryfikują umiejętności każdego twardziela. Przy okazji będzie można spróbować nieco trudniejszej odmiany raftingu - canyoningu. Sport ten również polega na pokonywaniu dzikich rzek, ale, w przeciwieństwie do raftingu, nie mamy pontonu. Trzeba zatem skakać z mniejszych uskoków i zjeżdżać po linie z wysokich wodospadów. Oczywiście wszystko dzieje się w silnych strumieniach zimnej górskiej wody. Cena takiej przyjemności oscyluje w okolicach 400 zł za kilkugodzinną eskapadę, ceny raftingu są porównywalne.

Terenówką przez karpackie połoniny

Jeżeli już przemokłeś do ostatniej suchej nitki, to może ogrzejesz się w... terenówce. Od kilku lat niesłabnąca popularnością cieszą się wyprawy samochodami terenowymi w ukraińskie i rumuńskie Karpaty. - Naszym klientom niesamowicie podobają się te tereny. Nie ma tam żadnej infrastruktury turystycznej, a wszystko wygląda tak, jakbyśmy się cofnęli w czasie o 150 lat. Ale ludzi tak przyjaznych i otwartych na drugiego człowieka ciężko w Polsce znaleźć - zdradza Tomasz Madej z lubelskiej firmy FunSail, specjalizującej się w organizacji szkoleń off-road oraz wypraw samochodami 4x4.

By wybrać się na karpackie połoniny nie potrzeba mieć własnej terenówki, ani nawet umieć jeździć samochodem w terenie. - W każdym samochodzie jest instruktor. Oczywiście na wyprawę użyczamy własnych samochodów - wyjaśnia Madej. Całkowity koszt tygodniowego wyjazdu na Ukrainę terenowym Land Roverem to około 2,5 tys. zł na osobę przy założeniu, że w jednym pojeździe jadą cztery osoby oraz instruktor.

Ukraina czy Rumunia to nie jedyne miejsca, gdzie możemy przeżyć przygodę za kierownicą terenówki. - Tak żeby było daleko, ale jednocześnie blisko, to polecam Maroko oraz Albanię - mówi Tomasz Madej. Za jazdę przez Atlas Wysoki, po piaskach Sahary oraz biwakowanie na wydmach musimy się liczyć z wydatkiem około 4 tys. zł za dwutygodniową eskapadę. Kto nie ma tyle czasu, jazdy samochodem terenowym czy quadem może spróbować chociażby w Bieszczadach czy w mekce polskich off-roaderów - na Pojezierzu Drawskim.

Odłamkowym ładuj!

Było już o ściganiu się gokartami, pokonywaniu karpackich połonin Land Roverem, a nawet szaleńczej jeździe Lamborghini. Teraz pora na naprawdę duży kaliber... dokładnie 76,2 mm. Działo właśnie o takiej średnicy znajduje się na uzbrojeniu czołgu T-34, czyli popularnego "Rudego" z "Czterech pancernych".

By poczuć się jak Janek, Gustlik, Grigorij, Tomek a nawet Szarik i przejechać się ważącym ponad 26 ton potworem, wystarczy pojechać do dawnej bazy artylerii rakietowej w Chrcynnie koło Nasielska (mazowieckie), obecnie nazywanej Pancer Farm. Na 25 hektarach lasów i bezdroży zgromadzono tam ponad 50 wojskowych pojazdów, z których większość jest na chodzie! Wśród eksponatów znajdują się takie perełki jak: wspomniany już czołg T-34, czołg T-55, półgąsienicowy transporter OT-810 czy pojazd gąsienicowy ATS. Wszystkie są świetnie odrestaurowane, ale nie da się z nich strzelać. Ładowanie armaty czołgu pociskami można więc ćwiczyć tylko na sucho.

Zabawa w czołgistę do tanich jednak nie należy. Bliźniak "Rudego" potrafi spalić ponad 200 litrów oleju napędowego na 100 km, więc godzina pracy czołgu to koszt około 3 tys. zł. Warto zatem zabrać ze sobą na poligon kilku kolegów, by podzielić między siebie koszty pancernej zabawy.

Podróż po przygodę

- To kobiety czują potrzebę robienia "damskich" wyjazdów: bez mężczyzn, we własnym gronie, np. na konie czy do spa nad morzem. Mężczyźni nie muszą nazywać wyjazdu "męskim", by poczuć prawdziwie męską przygodę - mówi Kamila Kielar z biura podróży Terra Aventura specjalizującego się w organizacji wyjazdów do każdego, nawet najbardziej egzotycznego, miejsca świata.

Takim miejscem mogą być chociażby Himalaje. - Tam możesz chcieć być mężczyzną, ale może się okazać, że twój organizm na 4-5 tys. metrów powie "nie". No i dwudziestoletnia dziewczyna, która będzie smykać po górach zrobi z ciebie dziadka - śmieje się Jarosław Nowak z Terra Aventury. Inną lokalizacją, gdzie sprawdzisz, czy rzeczywiście jesteś mężczyzną, jest dżungla. - Tam jesteś zdany sam na siebie. Masz telefon satelitarny, ale i tak nikt po ciebie wcześniej niż za tydzień nie przyleci. Woda w butelkach ci się kończy i masz tylko tabletki do odkażania tej ze strumyków. Jak przez kilka dni pijesz wodę w kolorze błota, która w gardle staje, to do końca życia nie zapomnisz smaku czystej wody, kiedy napijesz się jej po wyjściu z dżungli - wyznaje Nowak, który ponad pięć lat spędził w różnych krajach Azji.

Komu niespieszno w wysokie Himalaje albo do azjatyckiej dżungli, ten może się wybrać chociażby na Ukrainę. Jedną z ostatnich realizacji Terra Aventury był właśnie krótki, trzydniowy, wypad za naszą wschodnią granicę zorganizowany dla grupy przyjaciół. Panowie bawili się doskonale, bo... jakże mogło być inaczej, skoro w planie był rajd po najlepszych klubach Kijowa i Lwowa, wizyta w zamkniętej strefie wokół czarnobylskiej elektrowni atomowej oraz strzelanie na poligonie z czołgów. By nie studzić gorącej atmosfery choćby na moment, uczestnicy eskapady skorzystali także z ukraińskiej sauny, która znajdowała się na wyspie położonej na środku Dniepru. Natomiast po Kijowie przemieszczali się wojskową amfibią. To się nazywa mieć fantazję!

Jeżeli pytacie o cenę takiej wycieczki, to... sięga ona kilku tysięcy złotych na osobę. Firmy specjalizujące się w turystyce na życzenie wiernie trzymają się maksymy "klienta nasz pan", więc cena wyprawy zawsze zależy od tego, co życzy sobie klient.

Eksploracja zakazanych terytoriów

Jeżeli nie jesteś obrzydliwie bogatym człowiekiem, ale akapit na temat dalekich, oczywiście "męskich", podróży rozbudził w tobie odkrywcę, to nie płacz, że jesteś skazany na eksplorację osiedlowego monopola. Wyprawa do Czarnobyla wraz ze zwiedzaniem pospiesznie opuszczonego przez mieszkańców miasta Prypeć i kompleksu wielkich anten nazywanych "Okiem Moskwy" kosztuje nieco ponad tysiąc złotych. Jak zapewniają specjaliści z Polskiego Towarzystwa Nukleonicznego, jednej z firm organizujących wycieczki do "zony", wyprawa do Czarnobyla jest całkowicie bezpieczna dla zdrowia. Nie ma więc obawy, że po powrocie będziesz mógł zastąpić latarnie uliczną.

Jeszcze taniej, bo zupełnie za darmo, choć nie zawsze legalnie, można eksplorować opuszczone i zapomniane przez ludzi fabryki, więzienia i inne porzucone budynki. Takich miejsc w Polsce jest naprawdę sporo, a opuszczony szpital psychiatryczny w Owińskach (około 10 km od Poznania), zamknięte więzienie w Piotrkowie czy zrujnowany kompleks domów wypoczynkowych w Porąbce-Kozubniku (Beskid Mały) aż proszą się, by je spenetrować.

Więcej na temat tych i podobnych miejsc szukaj na stronach poświęconym tzw. urban exploration: opuszczone.com oraz urb-ex.pl.

Seksturystyka

Chyba nie trzeba tłumaczyć o czym będzie w tym akapicie. Są wyjazdy "męskie", ale są i wyjazdy... jeszcze bardziej męskie! Jakkolwiek spece od turystyki twierdzą, że niezmiernie rzadko bywa, iż seks jest głównym czy wręcz jedynym powodem do - nomen omen - odbycia podróży, to nie ukrywajmy faktów. Uczucie chuci towarzyszy mężczyźnie niezależnie od tego, gdzie przebywa i seks w podroży zdarza się. I to wcale nie tak rzadko.

Oczywiście są takie miejsca na świecie, które same zachęcają do nawiązania bliższych relacji z drugim człowiekiem. Sztandarowym przykładem jest oczywiście Tajlandia ze słynnymi na cały glob kurortami na wyspie Phuket czy miastem Pattaya. Do tego ostatniego w ubiegłym roku przyjechało 6,5 mln turystów. Nie tylko po, by delektować się widokiem zachodzącego słońca. Rozochoconym panom (i paniom, bo dla nich TYCH rozrywek też tam nie brakuje), którzy podnieceni wyszukują właśnie loty do Azji, radzimy, by będąc już w Tajlandii bacznie przyglądali się, czy kobieta, która zawróciła im w głowie rzeczywiście jest... kobietą.

Takich zmartwień nie będziemy mieli raczej na największej dyskotece zachodniej Europy, czyli na Ibizie. Na tej śródziemnomorskiej wysepce zabawa nigdy się nie kończy, a ciała w muzycznym transie same do siebie lgną. Statystki mówią, że co czwarty mężczyzna przebywający na tej wyspie miał w trakcie swojego urlopu więcej niż jedną przygodnie poznaną partnerkę.

Komu nie w smak dziewczyny z Ibizy, ten raj na ziemi znajdzie na Ukrainie. Na wbijającym się w Morze Azowskie półwyspie Kazantip wielka impreza muzyczna, gdzie przewijają się tysiące seksownych Słowianek, trwa przez cały sierpień. Co ciekawe, podobno nie ma tam narkotyków, za to morza jest pod dostatkiem: tego prawdziwego, z ciepłą, słoną wodą (temperatura oscyluje wokół przyjemnych 20 stopni), morza alkoholu (najwięcej oczywiście Igristoje) oraz morza pięknych, młodych dziewczyn nie zaprzątających sobie głowy myślami o przyszłości.

A jak jest w Polsce? Doświadczeni wakacyjnie podrywacze twierdzą, że podobnie. Przygoda ponoć zawsze jest tam, gdzie słońce, piasek, morze i luźna atmosfera. P.S. Radzimy skierować się do Międzyzdrojów lub na Półwysep Helski. Z przyzwoitości, a raczej jej resztek, nie podamy ile takie wakacje mogą kosztować. Zresztą, kto by to zliczył...

Łap okazję

Łatwo policzyć można natomiast co innego. Na bijących ostatnimi czasy rekordy popularności serwisach oferujących zakupy grupowe i stronach wyspecjalizowanych w sprzedaży prezentów można ustrzelić naprawdę ciekawą promocję. Oferty gry w paintball, wyścigów na gokartach czy wspinaczki zdarzają się tak często, że nawet nie warto o nich pisać.

Gdyby się jednak dobrze rozglądnąć to za 150 zł można pojeździć sobie Monster Truckiem. 200 złotych kosztuje zabawa w kierowcę autobusu miejskiego, czyli dokładnie tyle samo, ile prowadzenie (przez chwilę) TIR-a. Dwa razy więcej będziemy musieli zapłacić, jeżeli najdzie nas chęć pokopania sobie trochę w ziemi prawdziwą koparką. Zabawa poduszkowcem, to natomiast koszt 600 zł.

Można oczywiście także spróbować pojeździć na rowerze... po napiętej linie rozwieszonej 30 m nad ziemią (150 zł), posmakować kitesurfingu (200 zł) czy polatać w tandemie na lotni (300 zł). Dla potrzebujących większej dawki adrenaliny pozostaje chociażby stoczenie się ze wzgórza w kuli zorbingowej (od 100 zł ), zmasakrowanie tarczy strzelniczej pociskami wystrzelonymi z AK-47, MP-5 oraz strzelby gładkolufowej (300 zł) czy w końcu uczestnictwo w kursie podniebnych akrobacji samolotem (1 tys. zł). Fascynatów lotnictwa ucieszy zapewne także możliwość uczestnictwa w rekonstrukcji pojedynku samolotów z czasów II wojny światowej. Będziecie mogli poczuć się jak podczas Bitwy o Anglię. Skojarzenie tym właściwsze, że ta niby wojna w powietrzu jest rozgrywana właśnie na brytyjskim niebie (2 tys. zł bez kosztów transportu do Wielkiej Brytanii).

Przygoda życia

Skoro już bujamy w przestworzach, to może by... przelecieć się odrzutowym myśliwcem. Za 25-minutowy lot MIG-iem 29 zapłacimy bagatela... 65 tys. zł. Gdybyśmy chcieli polecieć nim jeszcze trochę wyżej - tak na przykład aż do dolnej granicy stratosfery, to cena lotu wzrasta do 79 tys. zł (należy jeszcze doliczyć koszt biletu do Rosji, gdzie organizowany jest lot).

Ci co byli mówią, że mimo przeciążeń sięgających 7G, trzymanie drążka sterowniczego myśliwca, który z prędkością 2,5 macha leci na wysokości prawie 20 km nad ziemią jest uczuciem, którego nie zapomina się do końca świata. Podobnie, jak widoku Ziemi z tej wysokości. Jeszcze piękniejsze widoki gwarantuje... podróż na Międzynarodową Stację Kosmiczną. Koszt? Jakieś 30 mln dolarów.

Marcin Wójcik

INTERIA.PL

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy