W skrócie
- Australia planuje nowe przepisy pozwalające użytkownikom social mediów na wyłączenie algorytmów rekomendujących treści, co ma zwiększyć kontrolę nad tym, co pojawia się w kanałach.
- Za brak opcji rezygnacji z personalizacji lub niedopełnienie standardów bezpieczeństwa gigantom technologicznym grożą kary finansowe sięgające 100 mln AUD.
- Opozycja krytykuje rządowy projekt, ostrzegając przed ryzykiem cenzury, trudnościami w egzekwowaniu prawa oraz koniecznością uszczelnienia dotychczasowych zakazów wiekowych.
- Więcej podobnych informacji znajdziesz na stronie głównej serwisu, otwiera się w nowym oknie
Australia pozwoli wyłączyć algorytmy w social mediach
Australijski rząd przygotowuje projekt przepisów wprowadzających cyfrowy obowiązek zachowania ostrożności dla gigantów technologicznych. Zgodnie z proponowanymi regulacjami użytkownicy social mediów zyskają możliwość wyłączenia algorytmów rekomendujących treści opartych na sztucznej inteligencji i profilowaniu osób na podstawie ich historii lub innych czynników, takich jak lokalizacja. Decyzja ta ma na celu zwiększenie kontroli obywateli nad tym, co pojawia się w ich "feedach". Za niestosowanie się do nowych zasad firmom mają grozić wielomilionowe kary.
Projekt ma na celu wymuszenie na koncernach, takich jak Meta, otwiera się w nowym oknie, Google, otwiera się w nowym oknie czy TikTok, otwiera się w nowym oknie, wdrożenia podstawowych standardów bezpieczeństwa, z czym branża miała dotychczas spore problemy. Rząd analizuje obecnie porady eksperckie w kwestii wyboru mechanizmu kontroli. Ważnym punktem dyskusji pozostaje rozstrzygnięcie, czy użytkownicy będą musieli samodzielnie zrezygnować z algorytmów, czy też domyślnie otrzymają profil pozbawiony automatycznej personalizacji.
"Chcemy dać Australijczykom większy wybór w zakresie tego, co widzą w swoich kanałach społecznościowych" - powiedziała w rozmowie z telewizją ABC ministra komunikacji Anika Wells. "Wiemy, że wielu Australijczyków docenia algorytm ze względu na przyjemność, jaką z niego czerpią, bądź użyteczność, jaką z niego uzyskują, widząc lokalne firmy w swojej okolicy".
Nowa inicjatywa została przedstawiona niedługo po wprowadzeniu zakazu korzystania z mediów społecznościowych przez osoby poniżej 16 roku życia, otwiera się w nowym oknie, o czym informowaliśmy w GeekWeeku. Podobnie jak w przypadku poprzednich regulacji władze decydują się na uchwalenie ram prawnych przed pełnym dopracowaniem szczegółów technicznych. Podejście to wywołuje krytykę ze strony opozycji, która wskazuje na trudności we wdrażaniu i egzekwowaniu podobnych zapisów, a także zwraca uwagę na potencjalne dziury prawne w dotychczasowych przepisach.
Opozycja mówi o wolności słowa i cenzurze treści
Część polityków opozycji mocno dystansuje się od pomysłu, obawiając się przekroczenia granic wolności słowa i ingerencji państwa w prywatny przepływ informacji. Przedstawiciele Partii Liberalnej sugerują, że w pierwszej kolejności należy skupić się na uszczelnieniu dotychczasowych ograniczeń wiekowych. Wskazują przy tym na badania, z których wynika, że większość nastolatków nadal korzysta z aplikacji mimo obowiązującego zakazu, a żadna z firm technologicznych nie została dotychczas ukarana za niedopilnowanie ograniczeń.
Rząd kategorycznie odrzuca oskarżenia o próbę cenzurowania przestrzeni wirtualnej, tłumacząc swoje działania wyższymi racjami społecznymi. "To nie jest kwestia cenzury. Chodzi o zidentyfikowanie zagrożeń lub sprawienie, by giganci technologiczni sami zidentyfikowali ryzyka na swoich platformach i łagodzili je" - polemizuje Anika Wells. Warto pamiętać, że wybór ma być dla użytkowników dobrowolny.
Władze podkreślają też, że nowa ustawa przeniesie odpowiedzialność na dostawców usług, zmuszając ich do aktywnego wykrywania i neutralizowania zagrożeń. Zmiany te są również odpowiedzią na apele aktywistów społecznych, którzy zwracają uwagę na zalew treści promujących przemoc seksualną, zaburzenia odżywiania czy skrajnie niebezpieczne postawy w sieci.
Eksperci wskazują, że kwestią wymagającą zaadresowania pozostaje forma alternatywnego kanału, jaki ma zostać udostępniony użytkownikom po rezygnacji z algorytmu. Aplikacje używają wielu osobnych mechanizmów rekomendacji dla różnych funkcji, takich jak transmisje czy krótkie materiały wideo. Istnieje obawa, że większość osób z czystego przyzwyczajenia pozostanie przy domyślnych ustawieniach, jeśli rezygnacja z algorytmu będzie wymagała przeklikiwania się przez skomplikowane menu. Z drugiej strony przepisy mogą wymóc na platformach typu Instagram czy Facebook uproszczenie tzw. mechanizmu opt-out.
"Big techy nie są gatunkiem chronionym"
Proponowane przepisy zakładają surowe sankcje finansowe za brak realizacji wymogów bezpieczeństwa. Kary mają sięgać ponad 100 mln AUD. Specjaliści od rynku cyfrowego zauważają jednak, że dla globalnych koncernów sztywno określone kwoty stanowią jedynie niewielki procent ich rocznych przychodów. Ich zdaniem znacznie skuteczniejszym rozwiązaniem byłoby uzależnienie wysokości sankcji bezpośrednio od wartości obrotów generowanych na rynku australijskim.
Wdrożenie restrykcyjnych wymogów wobec zagranicznych serwisów może rodzić też napięcia na tle dyplomatycznym, zwłaszcza w relacjach z USA, gdzie platformy społecznościowe tradycyjnie mają dużo więcej swobody niż choćby w Unii Europejskiej. Mimo przewidywanych trudności australijski projekt zyskuje aprobatę za kierunek zmian, który zmusza firmy do weryfikowania nowych funkcji jeszcze przed ich oficjalną premierą.
Nadchodzące zmiany prawne mają też wymusić zwiększenie przejrzystości działań podejmowanych przez firmy technologiczne. Instytucje nadzorcze i niezależni badacze mają otrzymać narzędzia pozwalające na realne kontrolowanie poziomu dostosowywania się serwisów do nakazanych standardów. Zapobiegać ma to sytuacji, w której giganci deklarują przestrzeganie prawa, nie przedstawiając na to żadnych weryfikowalnych dowodów. "Big techy nie są gatunkiem chronionym i powinny oferować swoim klientom podstawowe standardy bezpieczeństwa" - kwituje Anika Wells.












