W skrócie
- Badacze z World Inequality Lab i ONZ postulują odejście od pogoni za wzrostem PKB na rzecz globalnej redystrybucji bogactwa, skrócenia czasu pracy i ochrony klimatu.
- Tradycyjni ekonomiści ostrzegają, że rezygnacja ze wzrostu gospodarczego jest utopijna i politycznie naiwna, wskazując go jako kluczowe narzędzie w walce z globalnym ubóstwem.
- Rozwiązaniem może być zielony wzrost lub przejście na model gospodarki post-niedoboru dzięki robotom i AI.
- Więcej podobnych informacji znajdziesz na stronie głównej serwisu, otwiera się w nowym oknie
Nowa wizja świata. Praca o połowę krótsza i sprawiedliwy podział bogactwa
Wyobraźmy sobie rzeczywistość, w której niemal 90 proc. populacji zarabia dwukrotnie więcej niż obecnie, pracując przy tym o połowę mniej godzin. W tym samym świecie udział najuboższej części ludzkości w globalnym majątku rośnie, podczas gdy udziały miliarderów drastycznie spadają, a globalne ocieplenie udaje się utrzymać na poziomie poniżej 1,8 °C do 2100 r. Taki scenariusz przedstawili badacze z paryskiego World Inequality Lab w swoim raporcie "Global Justice Report".
Finansowanie tego planu opierać by się miało na globalnych podatkach nałożonych na najbogatszych. Środki te trafiałyby do specjalnego funduszu wspierającego ochronę zdrowia, edukację i transformację energetyczną w kierunku odnawialnych źródeł energii. Dodatkowo autorzy postulują stworzenie nowej międzynarodowej waluty, co miałoby położyć kres przywilejom finansowym, jakimi bogate kraje cieszą się kosztem państw uboższych.
Kolejny dokument, zaprezentowany na forum ONZ, idzie jeszcze dalej. "The Roadmap for Eradicating Poverty Beyond Growth" nawołuje do porzucenia "pułapki wzrostu", czyli przekonania, że postęp zależy wyłącznie od nieustannego zwiększania PKB. Pod deklaracją podpisało się ponad 1000 sygnatariuszy, w tym laureat Nagrody Nobla z ekonomii Joseph Stiglitz. Z kolei Olivier De Schutter, odchodzący specjalny sprawozdawca ONZ ds. skrajnego ubóstwa i praw człowieka, zauważa: "Ludzie zdają sobie sprawę, że sama pogoń za wzrostem i nadzieja, że zmniejszy on ubóstwo i nierówności, nie działa".
Wielu tradycyjnych ekonomistów patrzy jednak na te propozycje z ogromnym krytycyzmem, a część z nich całkowicie je odrzuca. Czy nowa wizja świata jest w ogóle możliwa? Czy to utopia, a może konieczność?
Czy wzrost gospodarczy jest konieczny do likwidacji ubóstwa?
Dla większości ekspertów wzrost gospodarczy pozostaje fundamentalnym warunkiem eliminacji biedy. Argumentują oni, że rozwijająca się gospodarka tworzy miejsca pracy oraz wyższe dochody, co przekłada się na wpływy podatkowe, z których rządy mogą finansować m.in. szpitale i szkoły. Jako dowód wskazują na znaczny spadek skrajnego ubóstwa w ciągu ostatnich trzech dekad, co Bank Światowy przypisuje głównie rozwojowi Azji Wschodniej i Południowej. "Największą rzeczą, która zmniejszyła ubóstwo na świecie w tym stuleciu, był wzrost Chin" - twierdzi Eoin McLaughlin, historyk ekonomii z Heriot-Watt University.
Z kolei autorzy wspomnianych wcześniej raportów stoją na stanowisku, że likwidacja ubóstwa i nierówności bez wzrostu PKB jest możliwa. Proponowany plan zakłada m.in. wprowadzenie rządowych gwarancji zatrudnienia w sektorach związanych z opieką czy recyklingiem, a także reformy podatkowe obciążające najbogatszych oraz działania szkodliwe dla środowiska.
Andrew Fanning z Doughnut Economics Action Lab uważa, że ciągły wzrost przestaje być potrzebny po zapewnieniu podstawowej infrastruktury - dróg, szkół czy godnych mieszkań. O ile biedniejsze kraje muszą się rozwijać, by zaspokoić te potrzeby, o tyle po osiągnięciu tego pułapu dalsza pogoń za PKB traci sens. "Po osiągnięciu tego punktu nie potrzebujemy już wzrostu" - tłumaczy ekspert.
Postulat zatrzymania wzrostu może budzić oburzenie i postrach, bowiem uderza w założenia współczesnego kapitalizmu, które obejmują ideę nieskończonej ekspansji przy skończonych zasobach. Dla globalnych korporacji ciągły wzrost jest warunkiem przetrwania. Spółki giełdowe funkcjonują pod presją inwestorów oczekujących nieustannego zwiększania zysków i maksymalizacji wartości z kwartału na kwartał. Brak wzrostu sprzedaży lub stabilizacja przychodów są na rynkach finansowych interpretowane jako słabość, co prowadzi do spadku cen akcji, utraty kapitału i ostatecznie - wypchnięcia z rynku przez bardziej agresywnych konkurentów. To wymusza na biznesie ciągłe nakręcanie produkcji i konsumpcji, a także poszukiwanie nowych zasobów do eksploatacji.
Taki model niechybnie jednak prowadzi do zderzenia ze ścianą, bowiem próbuje realizować ideę nieskończonego wzrostu wewnątrz fizycznie ograniczonego ekosystemu. Ziemia dysponuje skończoną ilością surowców, ograniczoną przestrzenią i barierami biologicznymi, których nie da się nagiąć za pomocą mechanizmów rynkowych. Ignorowanie tych fizycznych limitów sprawia, że system gospodarczy zaczyna działać jak pasożyt niszczący swojego żywiciela. Dążenie do coraz wyższych słupków w Excelu za wszelką cenę prowadzi do degradacji gleby, wyczerpywania zasobów wody pitnej, kryzysu klimatycznego oraz cierpienia ludzi i zwierząt.
Zdaniem zwolenników koncepcji postwzrostu (ang. postgrowth) bez systemowej zmiany i odejścia od kapitalistycznego imperatywu ciągłej ekspansji globalna gospodarka nieuchronnie zmierza ku katastrofalnemu załamaniu wywołanemu przez fizyczne limity naszej planety (a w dalszej perspektywie także innych planet, jeśli ludzkość zacznie je kolonizować i eksploatować). Nie oznacza to jednak impasu. Pojawiają się bowiem pomysły na to, co dalej robić, by zlikwidować ubóstwo. Zakładają one możliwość wzrostu bez tych negatywnych skutków.
Ekologia, nowe technologie, roboty i AI. Zielony wzrost jest możliwy?
Część ekonomistów promuje ideę "zielonego wzrostu". Zakłada ona, że kraje mogą zwiększać PKB przy jednoczesnym ograniczaniu negatywnego wpływu na planetę dzięki nowym technologiom. Przykładem mają być Chiny, gdzie emisje dwutlenku węgla ustabilizowały się i zaczęły spadać, mimo wciąż relatywnie wysokiego tempa rozwoju gospodarczego.
Olivier De Schutter z ONZ zwraca jednak uwagę, że emisje gazów cieplarnianych to tylko jeden z problemów. Wzrost gospodarczy obciąża tzw. granice planetarne, zagrażając m.in. bioróżnorodności czy cyklowi hydrologicznemu. "Nie ma przykładu kraju, któremu udało się rozwijać bez wpływu na 9 granic planetarnych. Kiedy rozwijasz gospodarkę, kiedy zwiększasz metabolizm ekonomii, używasz energii, zasobów, produkujesz odpady i zanieczyszczenia" - tłumaczy ekspert.
Inną perspektywę przedstawia Diane Coyle z University of Cambridge, która wyjaśnia, że w bogatych krajach wzrost staje się coraz mniej zależny od zasobów. "Wzrost mierzony w PKB nie jest miarą użycia materiałów i energii, jako że obejmuje dobra niematerialne i usługi, które stanowią stale rosnącą część całości" - wyjaśnia ekspertka, dodając, że innowacje takie jak nowe szczepionki czy wydajniejsze inwertery solarne zwiększają PKB i są generalnie pożądane.
Warto przy tym wspomnieć, że dynamiczny rozwój sztucznej inteligencji i robotyki otwiera perspektywę gospodarki post-niedoboru (ang. post-scarcity economy), o której wcześniej pisaliśmy w GeekWeeku. Zwolennicy tej teorii twierdzą, że masowa automatyzacja pracy fizycznej i intelektualnej może doprowadzić do drastycznego spadku kosztów produkcji dóbr i usług, czyniąc je niemal darmowymi i powszechnie dostępnymi.
Przejęcie przez maszyny niemal całej ludzkiej pracy wymagałoby jednak wprowadzenia bezwarunkowego dochodu podstawowego lub innego systemu redystrybucji dóbr, który umożliwiłby dalsze trwanie gospodarki. Istnieją jednak obawy, że tego typu system mógłby służyć jeszcze większej kontroli społecznej, np. poprzez system punktowania obywateli i wymuszanie posłuszeństwa.
Dewzrost i postwzrost. Realna perspektywa czy naiwna utopia?
Koncepcje dążenia do dobrobytu bez wzrostu, takie jak dewzrost i postwzrost (ang. degrowth i postgrowth), mają długą historię, sięgającą lat 70. XX w. W środowisku naukowym wciąż brakuje jednak konsensusu co do ich charakteru i implikacji. Eoin McLaughlin przywołuje przegląd badań z 2024 r., z którego wynika, że brakuje dowodów na skuteczność większości strategii opartych na koncepcji dewzrostu. Z kolei inny przegląd, opublikowany rok wcześniej, sugeruje coś przeciwnego - że w krajach o wysokim dochodzie rezygnacja ze wzrostu mogłaby przynieść korzyści środowiskowe bez obniżania poziomu życia mieszkańców.
Badacze spierają się nawet o same definicje tych koncepcji, co utrudnia jakiekolwiek konstruktywne działanie. "Zamiast ze sobą rozmawiać, mówimy nad swoimi głowami. Nie używamy tej samej terminologii albo mamy inne zrozumienie tego, czym właściwie jest wzrost" - zauważa McLaughlin. Eksperci nie mogą też dojść do ładu z tym, czy obecnie panuje właściwy czy raczej późny kapitalizm.
Zdecydowaną krytyczką porzucenia wzrostu jest Diane Coyle. "Wzrost jest kluczowy - choć niewystarczający - do eliminacji ubóstwa" - mówi. Jej zdaniem redystrybucja dóbr na ogromną skalę, która musiałaby zastąpić wzrost, jest politycznie niewykonalna, przez co dyskusje o rezygnacji z rozwoju są "w najlepszym razie politycznie naiwne".
Paraliżujące przekonanie, że nic już się nie zmieni
Wielu zwolenników zmian uważa jednak, że przekonanie o "naiwności" i brak wiary w możliwość reform to efekt głęboko zakorzenionego przekonania, że kapitalizm w dzisiejszej formie stanowi jedyny naturalny i ostateczny stan dla ludzkości, mimo że istnieje on przez ok. 0,01 proc. czasu istnienia naszego gatunku. Podobnie jak niegdyś feudalizm czy monarchia, obecny system zdołał przekonać miliardy ludzi, że jego ewentualny koniec byłby równoznaczny z końcem całego świata.
To zjawisko Albert Einstein określał mianem "okaleczania świadomości jednostek", nazywając je wręcz "najgorszym grzechem kapitalizmu". Wtóruje mu filozof Slavoj Žižek, twierdząc, że "łatwiej jest wyobrazić sobie koniec świata niż koniec kapitalizmu". Problem z tym mają nie tylko zwykli ludzie, ale nawet twórcy fantastyki, którym łatwiej przychodzi przedstawienie świata postapokaliptycznego niż postkapitalistycznego.
W tym kontekście największą przeszkodą dla wprowadzenia odważnych, proekologicznych i sprawiedliwych społecznie rozwiązań zdaje się wpajana nam od pokoleń niechęć i przekonanie o niemożności dokonania jakichkolwiek regulacji ekonomicznych, mimo że historia pamięta cały szereg takich zmian. To właśnie te przeświadczenia blokują debatę publiczną i paraliżują polityczną wyobraźnię.
Mimo to świat nie stoi w miejscu, a pewne eksperymenty już trwają na poziomie lokalnym. Przykładem jest Amsterdam, który współpracuje z Doughnut Economics Action Lab, dążąc do ograniczenia zużycia nowych, nieodnawialnych surowców o 50 proc. do 2030 r. i całkowitego wyeliminowania ich do 2050 r.
Na tym polu działa również Polska. Obecnie w naszym kraju trwa rządowy pilotaż skróconego czasu pracy, koordynowany przez Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej. Od początku 2026 r. około 90 firm i instytucji (zatrudniających łącznie ponad 5 tys. osób) testuje w praktyce czterodniowy tydzień pracy lub zmniejszoną liczbę godzin pracy każdego dnia, a dotychczasowe wyniki tego eksperymentu są dość obiecujące.
Źródła:
- Global Justice Project. The Global Justice Report: A Plan for Equality & Prosperity Within Planetary Boundaries (2026).
- de Schutter O. et al. The Roadmap for Eradicating Poverty Beyond Growth: report of the Special Rapporteur on Extreme Poverty and Human Rights. United Nations Digital Library (2026).
- Lenharo M. How to end poverty and protect Earth: inside the debate tearing up economics. Nature (2026).
- Vox Media. The Stock Market. Explained, S01E07 (2018).














