Kiedy 11 września 2001 roku 19 członków Al-Kaidy porwało cztery samoloty pasażerskie i przeprowadziło zamach na World Trade Center w Nowym Jorku i Pentagon (czwarty rozbił się w Pensylwanii po próbie przejęcia kontroli nad maszyną przez pasażerów), świat dosłownie się zatrzymał. Nad śmiercią 2977 osób nie można było po prostu przejść do porządku dziennego.
Wiedzieliśmy to wszyscy, również 15-letnia ja, którą informacje o zamachu zastały w szkolnej ławce. Bo sytuacje, w których cała klasa nastolatków nagle milknie, a w oczach większości z nich pojawiają się łzy, niedowierzanie i strach, nie zdarzają się często. Z czego nie zdawałam sobie jednak sprawy, to fakt, jak bardzo wydarzenia tego dnia zmienią życie nas wszystkich na długie lata.
Wtedy nie wiedziałam jeszcze, że konsekwencje zamachów z 11 września będą wykraczać daleko poza wojny, kontrole, otwiera się w nowym oknie bezpieczeństwa na lotniskach czy politykę zagraniczną. A zmienić miało się także coś znacznie mniej widocznego, a jednocześnie dużo bardziej osobistego, a mianowicie sposób, w jaki państwo patrzy na nasze rozmowy, wiadomości i aktywność w internecie.
Runęła infrastruktura
Atak terrorystyczny Al-Kaidy pokazał, jak poważne konsekwencje może mieć awaria infrastruktury, od której zależy funkcjonowanie nowoczesnego państwa. Zniszczenie części zaplecza telekomunikacyjnego w rejonie World Trade Center zakłóciło działanie sieci i pozbawiło łączności tysiące odbiorców.
Zwłaszcza że po zamachach sieci telekomunikacyjne zostały dodatkowo poddane ogromnemu obciążeniu - miliony osób jednocześnie próbowały dodzwonić się do bliskich, by sprawdzić, czy są bezpieczni i zdobyć jakiekolwiek informacje o tym, co właśnie dzieje się w Nowym Jorku i Waszyngtonie. Ale był to dopiero początek problemów, bo terroryści ujawnili coś więcej niż tylko fizyczne słabości sieci, czyli problem z komunikacją pośród amerykańskich służb.
Problemy z przepływem informacji
Z czasem na światło dzienne zaczęły wypływać historie o tym, że administracja USA dysponowała fragmentami danych dotyczących działalności Al-Kaidy, ale informacje znajdujące się w różnych agencjach nie zawsze trafiały do osób, które mogły je połączyć w spójny obraz zagrożenia.
Jak możemy przeczytać w publikacji amerykańskiego portalu analityczno-komentatorskiego War on the Rocks, latem 2001 roku większość środowiska wywiadowczego zdawała sobie sprawę, że liczba i skala napływających informacji o zagrożeniach były bezprecedensowe. A mówimy tu o źródle, które specjalizuje się w tematyce bezpieczeństwa narodowego i jest tworzone przez "insiderów bezpieczeństwa narodowego", tj. weteranów, byłych pracowników wywiadu czy dyplomatów, więc dysponuje informacjami z pierwszej ręki.
Wielu urzędników mówiło później, że mieli świadomość, iż przygotowywane jest coś strasznego, i desperacko próbowali temu zapobiec. Mimo dużej liczby takich ostrzeżeń zawierały one niewiele konkretnych informacji dotyczących czasu, miejsca, sposobu czy celu potencjalnego ataku - czytamy w artykule "Bin Ladin Determined To Strike".
45 dni, które zmieniły internet
Jednym z kluczowych wniosków wyciągniętych po atakach była więc potrzeba skuteczniejszej wymiany informacji, a przy okazji także ich zbierania i analizowania. W efekcie zaledwie 45 dni po zamachach, 26 października 2001 roku, prezydent George W. Bush podpisał USA PATRIOT Act. Ustawa miała wyposażyć organy ścigania i służby w dodatkowe narzędzia do walki z terroryzmem, co w praktyce oznaczało także rozszerzenie możliwości monitorowania komunikacji i pozyskiwania danych elektronicznych.
Krytycy od początku wskazywali, że ustawa daje władzom zbyt szerokie uprawnienia i została przyjęta zbyt pospiesznie, ale nie miało to większego znaczenia. Maszyna zmian ruszyła, a rozmowy telefoniczne, wiadomości, maile czy wpisy w sieci internet przestały być postrzegane wyłącznie jako narzędzia komunikacji. Stały się źródłem informacji, które państwo mogło wykorzystywać do wykrywania powiązań, identyfikowania podejrzanych osób i poszukiwania śladów działalności terrorystycznej.
PATRIOT Act otworzył drogę inwigilacji
Czy PATRIOT Act stworzył od podstaw system elektronicznej inwigilacji? Nie, ale wprowadził szereg zmian, które znacząco rozszerzyły istniejące możliwości państwa. Ustawa dostosowywała przepisy do świata, w którym komunikacja coraz częściej wykraczała poza tradycyjną rozmowę telefoniczną - objęto nimi m.in. pocztę głosową i dokumentację elektroniczną.
Wprowadzała też możliwość prowadzenia nadzoru nad komunikacją konkretnej osoby bez konieczności wskazywania jednego konkretnego urządzenia czy numeru, co miało znaczenie w sytuacji, gdy podejrzany mógł zmieniać telefony lub korzystać z różnych sposobów komunikacji.
Jeszcze większe kontrowersje wzbudził przepis, który pozwalał władzom - po spełnieniu określonych warunków - żądać określonych dokumentów i innych materiałów uznanych za istotne dla prowadzonego dochodzenia dotyczącego terroryzmu, np. od firm i operatorów telekomunikacyjnych. Nie chodziło nawet o nagrywanie i odczytywanie treści każdej rozmowy, ale metadane pozwalające odtworzyć sieci kontaktów, czyli informacje o tym, kto z kim się kontaktował, kiedy i jak długo trwało połączenie.
Panika sprawiła, że staliśmy się politycznie podatni na wpływy. Tę podatność wykorzystał nasz własny rząd, aby przyznać sobie radykalnie rozszerzone uprawnienia, które przez dziesięciolecia pozostawały poza jego zasięgiem
Tajne państwo w państwie
Gdzie problem? Mogła zapytać część amerykańskich obywateli, przecież osoby niewinne nie mają nic do ukrycia i nie będą inwigilowane, prawda? No cóż, ta część obywateli nie wiedziała jeszcze, o jakiej skali działania mówimy. W 2010 roku The Washington Post opublikował wyniki swojego dziennikarskiego śledztwa "Top Secret America", które wykazały istnienie 1271 rządowych organizacji i 1931 prywatnych firm zajmujących się kontrterroryzmem, bezpieczeństwem wewnętrznym i wywiadem.
Działały one w około 10 tys. lokalizacji, a 854 tys. osób posiadało poświadczenia bezpieczeństwa na poziomie top secret. Sam aparat był już tak rozbudowany i nieprzejrzysty, że - jak zauważyli dziennikarze - właściwie nie sposób było określić dokładnie, ile kosztuje, ile programów obejmuje i czy rzeczywiście zwiększa bezpieczeństwo Amerykanów.
Rząd stworzył system bezpieczeństwa narodowego i wywiadu tak ogromny, złożony i trudny w zarządzaniu, że właściwie nikt nie wie, czy spełnia on swój najważniejszy cel - zapewnienie obywatelom bezpieczeństwa
Snowden pokazał skalę
Trzy lata później Edward Snowden sprawił, że skala tego systemu przestała być tajemnicą. Ba, jak przypomina The Guardian w tekście "Panic made us vulnerable': how 9/11 made the US surveillance state - and the Americans who fought back", pozyskane przez niego informacje pokazały, że ówczesny dyrektor National Security Agency (NSA) Michael Hayden podjął "taktyczną decyzję" o rozpoczęciu monitorowania cyfrowej komunikacji osób przebywających w USA zaledwie trzy dni po zamachach, już 14 września!
Od tego momentu NSA przyznała sobie uprawnienia do inwigilowania każdego Amerykanina znajdującego się na terytorium Stanów Zjednoczonych, który komunikował się cyfrowo z osobami lub podmiotami w kraju, w którym znane były przypadki działalności terrorystycznej i nie wymagało to nakazu sądowego.
Inne ujawnione przez Snowdena dokumenty pokazały zaś, jak daleko rozwinął się system elektronicznego nadzoru budowany przez amerykańskie służby. Dotyczyły one m.in. programu PRISM, który umożliwiał NSA pozyskiwanie danych związanych z komunikacją użytkowników największych internetowych platform, w tym pocztą elektroniczną, czatami, wideorozmowami i aktywnością w serwisach społecznościowych. Miały brać w nim udział m.in. Microsoft, Google, Yahoo!, Facebook, Skype i Apple, choć "udział i zakres współpracy" poszczególnych firm długo wywoływały dyskusje.
Jeszcze większe emocje wywołał tajny nakaz sądu FISC (Foreign Intelligence Surveillance Court - specjalny, tajny sąd federalny USA), zobowiązujący operatora Verizon do codziennego przekazywania NSA metadanych dotyczących połączeń telefonicznych. Ujawnienie istnienia brytyjskiego programu Tempora pokazało natomiast, że rozbudowa możliwości elektronicznego nadzoru nie była wyłącznie amerykańskim zjawiskiem - wydarzenia 11 września miały znaczenie globalne i zmieniły sposób działania również innych zachodnich państw.
Telefon, internet i inne formy elektronicznego kontaktu zaczęły być traktowane nie tylko jako prywatna strefa obywatela, ale także jako źródło informacji potrzebnych do zapewnienia bezpieczeństwa. W Europie znalazło to odzwierciedlenie m.in. w przepisach dotyczących retencji danych i dostępu do danych telekomunikacyjnych.
Polska również stopniowo rozszerzała możliwości służb w zakresie dostępu do danych telekomunikacyjnych i internetowych. I choć nasze przepisy powstawały w innym systemie prawnym, dylemat pozostał ten sam. Gdzie kończy się uzasadniona potrzeba zapewnienia bezpieczeństwa, a zaczyna masowe gromadzenie informacji o życiu zwykłych obywateli, które można wykorzystać do różnych celów?













