Gdzie i jak pochowano Jezusa z Nazaretu? Archeolog odsłania tajemnice grobowców
Luksusowe krypty wykuwane w twardej skale, rygorystyczne zasady higieny chroniące starożytne miasto przed epidemią i wielka ekspedycja rzymskiej cesarzowej. Zapomnij o hollywoodzkich wyobrażeniach. Z pomocą ustaleń archeologów i prof. Krzysztofa Jakubiaka z Uniwersytetu Warszawskiego cofamy się o dwa tysiące lat, by krok po kroku zrekonstruować prawdziwy wygląd oraz prawdopodobną lokalizację najsłynniejszego grobowca w dziejach ludzkości.

Śmierć i zmartwychwstanie Jezusa z Nazaretu to wydarzenia stanowiące absolutny fundament wiary chrześcijańskiej. Choć dla milionów ludzi na całym świecie jest to przede wszystkim kwestia duchowa, to realia pochówku w Izraelu w pierwszym wieku naszej ery od lat stanowią fascynujący obiekt badań dla archeologów i historyków. Dzięki ustaleniom nauki oraz wnikliwej analizie starożytnych zwyczajów, jesteśmy w stanie zrekonstruować wygląd grobowców z tamtego okresu. Z pomocą prof. Krzysztofa Jakubiaka z Katedry Archeologii Orientu Uniwersytetu Warszawskiego sprawdzam, co mówią nam wykopaliska oraz gdzie z historycznego punktu widzenia mógł znajdować się grób Chrystusa.
Luksus wykuty w skale
Zgodnie z przekazami płynącymi z ewangelii, po ukrzyżowaniu ciało Jezusa zostało złożone w nowym grobowcu należącym do Józefa z Arymatei, zamożnego człowieka i wpływowego członka Sanhedrynu. Jak podkreśla badacz starożytności, w ówczesnej Jerozolimie sposób grzebania zmarłych był bezpośrednim i niezwykle czytelnym odzwierciedleniem pozycji społecznej danej rodziny.
- Pochówki bogate, od takiego poziomu, który byśmy mogli nazwać dzisiejszą klasą średnią albo wyższą klasą średnią, to są pochówki wykute w skałach. Okolice Jerozolimy dają nam dosyć dobre warunki ku temu, żeby takie grobowce wykuwać, bo sama Jerozolima jest położona na wzgórzach - wyjaśnia w rozmowie z Interią Geekweek prof. Krzysztof Jakubiak. - Rzeczywiście te pochówki, które są kute, należą do stosunkowo bogatych ze względu na to, że wykonanie takiego grobowca jest dosyć drogie. One nie były nigdy wykuwane dla jednej osoby, tylko raczej to były przedsięwzięcia o charakterze rodzinnym.
Grobowce takie wraz z upływem lat rozbudowywano o kolejne pomieszczenia, w których wykuwano tak zwane loculi, czyli specjalne nisze przeznaczone do składania ciał zmarłych. Czasami przybierały one formę wykutych w podłożu skrzynek przypominających sarkofagi, określanych jako fawisy, nad którymi nierzadko znajdowały się arcosolia - ozdobne, łukowate sklepienia ułatwiające umieszczenie tam zwłok. Wyjątkowym świadectwem ówczesnego kunsztu rzemieślników są grobowce z Doliny Cedronu.
Choć są one nieco wcześniejsze, to budowle te, wyposażone w eleganckie pilastry, tworzyły samodzielne formy architektoniczne, które przypominają budowle monumentalne, jak grobowiec Absaloma, Zachariasza, czy też grób Benei Hazir. Do dziś robią piorunujące wrażenie i stanowią doskonały przykład pochówków ówczesnej elity. Zwykli mieszkańcy miasta chowani byli z kolei w znacznie skromniejszych, prostych grobach skrzynkowych.
Miasto umarłych z dala od żywych
Co istotne, żydowskie prawo i tradycja zachodniosemicka rygorystycznie określały, gdzie można grzebać zmarłych. Niezależnie od statusu majątkowego, cmentarze musiały znajdować się bezwzględnie poza murami miasta.
- Zwłoki były wynoszone poza obręb miasta z powodów kulturowych i z takich najbanalniej higienicznych. Zabezpieczało to przed podsiąkaniem tych rozkładających się zwłok, przenikaniem toksycznych substancji do gruntu, a potem z wodą pitną wprowadzanych do organizmów. To by było coś koszmarnego - podkreśla archeolog.
Jezus musiał więc zostać pochowany w jednej z takich nekropolii znajdujących się na obrzeżach ówczesnej Jerozolimy. Warto zaznaczyć, że w przeciwieństwie do egipskich faraonów czy innych władców Bliskiego Wschodu, bogate groby żydowskie z tego okresu nie kryły w sobie bajecznych skarbów, złota ani klejnotów. Po upływie czasu, gdy ciało uległo rozkładowi, kości zmarłego przenoszono do tak zwanych ossuariów - relatywnie niewielkich, często zdobionych, kamiennych skrzynek.
- Złodziej, który wchodzi, nie wie, co zrabuje. Po prostu wchodzi się do ossuarium i poszukuje, co tam może być. W przypadku starszych kultur na Bliskim Wschodzie rzeczywiście były szanse, że znajdzie się jakąś ceramikę czy ozdoby niejednokrotnie wykonane z materiałów szlachetnych. Natomiast w judaistycznych pochówkach składa się do ossuarium tylko i wyłącznie same kości i raczej tam kosztowności nie znajdziemy - dodaje ekspert.
Metafora "grobów pobielanych". Ostrzeżenie przed nieczystością
Warto w tym miejscu wspomnieć o jeszcze jednym niezwykle ważnym obyczaju pogrzebowym tamtych czasów, który na stałe wszedł do naszego języka za sprawą kart ewangelii. Jezus, krytykując faryzeuszy, użył słynnego sformułowania, nazywając ich "grobami pobielanymi", które z zewnątrz wyglądają pięknie, ale wewnątrz pełne są trupich kości i wszelkiego plugastwa. Z perspektywy historycznej nie była to jedynie poetycka przenośnia, lecz odniesienie do bardzo konkretnej, powszechnej praktyki. W starożytnej Judei, na miesiąc przed najważniejszymi świętami, a zwłaszcza przed zbliżającą się Paschą, zarządcy cmentarzy mieli obowiązek wyraźnego oznaczania wszystkich miejsc pochówku.
Proste groby ziemne oraz wejścia do skalnych krypt malowano jaskrawobiałym wapnem. Miało to wymiar niezwykle praktyczny. Wiosną do Jerozolimy ściągały dziesiątki tysięcy pielgrzymów z całego ówczesnego świata. Zgodnie z żydowskim prawem, każdy, kto choćby przypadkowo nadepnął na grób lub dotknął miejsca spoczynku, zaciągał na siebie rytualną nieczystość trwającą siedem dni. Dla pielgrzyma, który odbył długą drogę, oznaczało to absolutną katastrofę - wykluczenie z uroczystości paschalnych i surowy zakaz wejścia na teren Świątyni. Jaskrawe, pobielane wapnem groby miały więc z daleka, niczym znaki drogowe, ostrzegać zmierzających do miasta wędrowców, by omijali nekropolie szerokim łukiem i bezpiecznie zachowali swoją rytualną czystość.
Mit okrągłego głazu
Kultura masowa, sztuka i filmy przyzwyczaiły nas do obrazu ogromnego, idealnie okrągłego niczym młyńskie koło głazu, który o poranku w Niedzielę Wielkanocną został po prostu odtoczony od wejścia do grobu. Z perspektywy archeologicznej jest to jednak obraz nie do końca precyzyjny. Chociaż w Jerozolimie odnajdywano pojedyncze okrągłe kamienie zamykające dostęp do krypt, to najprawdopodobniej nie był to widok powszechny.
- Skoro łatwo jest taki okrągły kamień przesunąć w prawo, w lewo i udrożnić przejście, co w przypadku ceremonii pogrzebowej może być wygodne, to daje to również pewne możliwości rabusiom. Więc te kamienie musiały być przymocowane zaprawą do ściany grobowca, co pozwalało na łatwe dostrzeżenie ewentualnego nielegalnego otwarcia grobu. Albo nawet nie były okrągłe. Były to duże bloki kamienne, którymi zastawiano wejścia i otwierano je tylko w momencie, kiedy trzeba było dołożyć nowy pochówek. Wypolerowane w ścianie wejścia bywały zamykane kamieniami, a czasami mamy nawet do czynienia z grobami zamykanymi kamiennymi drzwiami - opisuje prof. Jakubiak.
Oznacza to, że wejście do grobu trzeba było odblokować poprzez ostrożne usunięcie ciężkiego bloku lub wyważenie masywnych drzwi, co z pewnością wymagało użycia sporej siły.
Misja cesarzowej Heleny i narodziny Bazyliki Grobu Pańskiego
Obecnie najświętszym miejscem chrześcijaństwa, powszechnie uznawanym za miejsce ukrzyżowania i pochówku Jezusa, jest jerozolimska Bazylika Grobu Pańskiego. Historia tego fascynującego kompleksu architektonicznego sięga IV wieku naszej ery i jest nierozerwalnie związana z postacią świętej Heleny, matki cesarza Konstantyna Wielkiego.
Po stłumieniu powstań żydowskich w II wieku naszej ery, Rzymianie podjęli decyzję o zrównaniu Jerozolimy z ziemią i zbudowaniu rzymskiego miasta Aelia Capitolina. Jak wskazują przekazy historyczne, w miejscu kultu wczesnochrześcijańskiego, cesarz Hadrian kazał zasypać dawne grobowce i wznieść pogańską świątynię poświęconą Wenus. Wszystko zmieniło się diametralnie na początku IV wieku. Po legalizacji chrześcijaństwa przez Konstantyna, jego matka Helena wyruszyła do Ziemi Świętej z pionierską ekspedycją. To właśnie miejscowi chrześcijanie wskazali jej ruiny pogańskiej świątyni jako dokładne miejsce śmierci i pochówku Jezusa. Świątynię Wenus rozebrano, a w trakcie wykopalisk odnaleziono skalny grób. Wokół tego miejsca wzniesiono wspaniałą bazylikę, w której sercu po dziś dzień znajduje się komora grobowa wyizolowana z miejscowej skały.
Czy cesarzowa trafiła we właściwe miejsce? Z perspektywy archeologicznej obszar ten w I wieku faktycznie znajdował się poza murami miasta i był dawnym kamieniołomem wapienia, służącym również jako teren grzebalny.
- Trzeba zakładać, że to co zostało wybrane przez Helenę, matkę cesarza Konstantyna, jako miejsce pochówku Chrystusa, wynikało z tworzącej się od samego początku, tuż po śmierci Jezusa, tradycji wczesnochrześcijańskiej. Że społeczność ta po prostu zachowała w żywej pamięci miejsce, gdzie Chrystus był pochowany - podkreśla prof. Jakubiak.
Granice nauki, czyli gdzie kończą się fakty, a zaczyna wiara
Każdego roku miliony wiernych pielgrzymują do Jerozolimy, wierząc głęboko, że dotykają prawdziwych kamieni pamiętających moment zmartwychwstania. Czy jednak dzisiejsza nauka będzie w stanie ze stuprocentową pewnością potwierdzić autentyczność tego miejsca? Badacz z Uniwersytetu Warszawskiego uważa to za niezwykle mało prawdopodobne, ponieważ twarde dowody w postaci badań biologicznych czy bezspornych inskrypcji, są całkowicie nieosiągalne.
- Trudno znaleźć bezsporne świadectwa tego, że będziemy mieli kości Chrystusa i będziemy je mogli przebadać genetycznie. Nawet gdybyśmy namierzyli jakąś rodzinę Chrystusa w innych pochówkach, to byłoby cudownie, ale miliony pielgrzymów, którzy wchodzili do Bazyliki Grobu Pańskiego, dotykali to i całowali, sprawiły, że miejsce to jest gigantycznie zanieczyszczone. Możemy mieć tam w tym momencie przekrój 80 procent DNA świata chrześcijańskiego - tłumaczy obrazowo profesor.
Podobne metodologiczne problemy otaczają słynny Całun Turyński, którego badania radiowęglowe częstokroć budzą ogromne kontrowersje, wskazując na jego średniowieczne powstanie, co z kolei jest kwestionowane przez tych, którzy uważają, że do analizy pobrano naprawiane w późniejszych wiekach fragmenty krawędzi materiału. W badaniach nad tak emocjonującymi relikwiami największym wyzwaniem dla historyków staje się zachowanie obiektywizmu.
- Dotykamy tutaj wiary, a między wiarą a nauką czasami mamy pewien duży rozziew. Zawsze będziemy patrzyli na Bliski Wschód jako na naszą cywilizacyjną kolebkę, więc bardzo trudno podchodzić do wielu problemów badawczych z czystym, chłodem naukowym - podsumowuje prof. Krzysztof Jakubiak.










