Reklama

Morderstwo za nowy samochód. Zwłoki znaleziono w willi

Prawda wyszła na jaw dopiero po 10 latach /123RF/PICSEL

Reklama

Nawet gdy policjanci są przekonani o pewnym przebiegu zdarzeń, muszą jeszcze do swojego zdania przekonać prokuraturę. Choć czasami może trwać to latami, służby łatwo się nie poddają. Kilka lat zajęło rozwiązanie sprawy zaginięcia Zbigniewa S, jednak w końcu ta sztuka się udała.

Kraków, rok 2000

Pod koniec stycznia do pewnej kobiety zadzwonił jej brat, Zbigniew, który poinformował ją, że zamierza pojechać do sąsiedniego miasta, aby odwiedzić ojca. Po sposobie mówienie siostra wyczuła, że był on na lekkim rauszu, więc namówiła go na zmianę planów. Za pół godziny mieli się razem spotkać w wyznaczonym miejscu.

Niestety, mężczyzna się tam nie zjawił. Zaniepokojona tym faktem kobieta spróbowała jeszcze kilkukrotnie do niego zatelefonować, lecz bez żadnego efektu. W końcu postanowiła wybrać się do mieszkania brata, gdzie spodziewała się go zobaczyć.

Reklama

Zbigniew mieszkał wraz z rozwiedzioną żoną - Lucyną - oraz dwójką dzieci. Nie układało im się za dobrze i często dochodziło do awantur. Odnotowano nawet sytuacje, w których mężczyzna bił swoją byłą wybrankę wałkiem albo uciekał przez okno przed agresywnym starszym synem - Markiem.

Gdy siostra pojawiła się na miejscu, jej uwagę zwrócił wyjątkowo głośno grający telewizor, który doskonale było słychać przed wejściem do mieszkania. Mimo tak ewidentnego dowodu świadczącego o tym, że ktoś jest w środku, po zapukaniu do drzwi nikt ich nie otwierał. Niezrażona tym faktem kobieta nie przestawała jednak próbować, aż w końcu jej wysiłek został nagrodzony. Drzwi uchylił Marek.

Zachowywał się on nadzwyczaj dziwnie. Widać było u niego zdenerwowanie, a do swojej własnej cioci zaczął zwracać się per pani, choć nigdy wcześniej nie używał wobec niej takiej formy. Usilnie blokował on przejście i nie wpuścił kobiety do środka. Zapytany, czy ojciec jest w domu, stanowczo zaprzeczył i trzasnął drzwiami.

Od tego czasu minęło kilka dni, a kontaktu ze Zbigniewem nadal nie uzyskano. Oczywiście w tzw. międzyczasie zawiadomiono o wszystkim policję, która zaczęła badać całą sprawę. Wkrótce siostra zaginionego kolejny raz odwiedziła mieszkanie, gdzie wraz z byłą żoną swojego brata dysputowała na temat bieżącej, tragicznej sytuacji.

Nagle rozmowę przerwali im dwaj młodzi mężczyźni, którzy szukali Marka. Sytuacja zapewne zostałaby szybko zapomniana gdyby nie fakt, że jednego z nich rozpoznała pierwsza z kobiet. Wyglądał on identycznie, jak osoba, która niedawno ukradła z parkingu samochód poszukiwanego. Oczywiście mógł to być zwykły zbieg okoliczności.

Pewnego dnia do wspomnianego mieszkania zawitali również funkcjonariusze policji, którzy od początku podejrzewali, że doszło tutaj do morderstwa. Zwrócili oni uwagę na wyjątkowo dziwny zbieg okoliczności. Drzwi od pokoju Zbigniewa zostały wyłamane, a jego telewizor przeniesiony do pomieszczenia Lucyny - tak jakby doskonale wiedziała, że on już nigdy nie wróci. Dodatkowo zabezpieczono w przedpokoju plamę przypominającą krew, jednak była ona zbyt zdegradowana, żeby potwierdzić jej rzetelność.

Policji brakowało twardych dowodów, a prokuratura nie mogła opierać się jedynie na domysłach. Sprawę umorzono.

Sprawiedliwość po latach

Dziewięć lat po wspomnianych wydarzeniach policjanci dostali mocny sygnał świadczący o tym, że ich wersja wydarzeń jest jak najbardziej prawidłowa. Do funkcjonariuszy zgłosił się wówczas siedemnastoletni, młodszy potomek Zbigniewa, który zeznał, że to właśnie jego matka wraz ze starszym bratem zamordowali ojca w mieszkaniu - tak przynajmniej mu kiedyś powiedziała.

Policja nie dawała więc za wygraną i chciała za wszelką cenę doprowadzić śledztwo do końca. Pozyskano między innymi billingi z telefonu stacjonarnego, dzięki czemu dowiedziano się, że Marek kontaktował się w dniu zaginięcia z dwoma kolegami - dobrze znanymi policji włamywaczami.

W trakcie przesłuchań obaj milczeli, nie przyznając się do niczego. Jednak w końcu jeden z nich zmienił zdanie i wyznał służbom całą prawdę. Później, jak sam się przyznał, po raz pierwszy od tylu lat mógł normalnie zasnąć.

Tamtego styczniowego dnia Marek kazał matce zabrać młodszego brata i wyjechać. Później metalową rurką kilkukrotnie uderzył ojca w głowę, a gdy ten jeszcze ledwo żył, uśmiercił go, dusząc w misce wypełnionej wodą. Następnie owinął głowę zamordowanego workiem foliowym, a zwłoki zawinął w dywan. Pomagał mu wtedy jeden ze wspominanych włamywaczy.

Rankiem następnego dnia wraz dwójką kolegów-włamywaczy wywieźli ciało za miasto i zakopali w wybranej szopie. Dziesięć lat po zabójstwie w tym miejscu stała już willa, a jej właściciele byli mocno zaskoczeni wizytą policji. Ciało zostało znalezione.

Okazało się również, że Lucyna od dawna namawiała swojego starszego syna do morderstwa i obiecała w zamian kupić mu nawet bmw. Odkryto także, że znęcała się nad młodszym synem. W końcu całą czwórkę dopadła sprawiedliwość.

Więcej trzymających w napięciu spraw kryminalnych zobaczycie w serialu "Gliniarze" - od poniedziałku do piątku o 16:35 na antenie telewizji Polsat lub w PolsatGo kiedy tylko chcecie!

Reklama

Reklama

Reklama