Przedwojenny LOT. Symbol rozwoju II Rzeczpospolitej
Po odzyskaniu niepodległości państwo polskie chciało pokazać, że nie odbiega zaawansowaniem od innych europejskich krajów. Dlatego jej władze szczególnie starały się rozwijać lotnictwo cywilne, które w okresie międzywojnia stawało się coraz popularniejsze. Oczkiem w głowie władz były powstałe w 1928 roku Linie Lotnicze LOT. W 1929 roku nazwę rozszerzono o znany nam przymiotnik "Polskie". Starano się modernizować LOT i utrzymywać jego prestiż za pomocą inwestycji w lotniska, rozbudowę i modernizację flotę samolotów pasażerskich czy tworzenie nowych połączeń.
Pomimo wielu sukcesów historia LOT-u w latach 30. była naznaczona także licznymi porażkami. Najbardziej bolesne były katastrofy samolotów. W latach 30. lotnictwo pasażerskie jeszcze się rozwijało i wypadki były bardzo powszechne. W samym okresie 1936-1938 doszło do pięciu katastrof maszyn LOT, w których łącznie zginęło 28 osób. Połowa z nich w jednej, największej katastrofie w historii II Rzeczpospolitej.
Katastrofa najnowocześniejszego samolotu pasażerskiego w międzywojennej Polsce
22 lipca 1938 roku lotniska na warszawskim o godz. 13 wystartował samolot L-14H Super Electra. Była to najnowocześniejsza maszyna we flocie LOT-u, dostarczona jeszcze w tym samym roku. Stanowiła prawdziwy skarb polskiego lotnictwa. Zaprojektowana przez amerykańskie przedsiębiorstwo Lockheed mogła przemierzyć 3100 kilometrów, zabierając 12 pasażerów i 4 załogantów. W 1938 roku jej osiągi robiły wrażenie, jak dziś robią na nas super samoloty pasażerskie, latające między kontynentami.

Samolot ten leciał do Bukaresztu, lądując po drodze we Lwowie i Czerniowcach. O godz. 16.55 wylądował na ostatnim lotnisku przed Bukaresztem, zabierając kilku pasażerów, po czym wzbił się w powietrze o 17.25. Jednak dla załogi była to trudna przeprawa, ze względu na górzysty teren i złe warunki atmosferyczne. Podczas lotu panowało duże zachmurzenie, wiał silny wiatr, padał deszcz i szalały błyskawice. O godz. 17.38 radiooperator samolotu nadał ostatnią wiadomość do kontroli lotów lotniska w Czerniowcach. Mówił w niej o osiągnięciu wysokości 3000 metrów, raportując o słabym odbiorze radiowym ze względu na wyładowania atmosferyczne.
Ostatnie chwile samolotu linii LOT obserwowali mieszkańcy rumuńskich wsi Găinești oraz Stulpicani ok. 40 kilometrów od Czerniowców. Oto jak ich relacje i pierwsze godziny po wypadku opisał reporter zagraniczny na łamach Ilustrowanego Kuriera Codziennego.
- Według zeznań wieśniaków rumuńskich widzieli oni ok. 17.30 samolot wylatujący z jednej z chmur i wchodzący w drugą czarną chmurę o charakterze burzowym. W chmurze tej ujrzano silny błysk, a w chwili następnej zobaczono spadający z niej samolot, który uderzył o ziemię z niezmierną siłą. Miejsce upadku samolotu znaleziono dopiero w późnych godzinach nocnych. Jak stwierdzono, kadłub samolotu nie był specjalnie uszkodzony. Wybuchu benzyny i pożaru nie było. Wszyscy lecący maszyną ponieśli jednak śmierć - pisał Ilustrowany Kurier Codzienny w pierwszej relacji z katastrofy.
Ofiary katastrofy i dwóch "szczęśliwców"
Wśród ofiar na pokładzie samolotu było 4 załogantów i 12 pasażerów. Kapitanem lotu był sierżant pilot Władysław Kotarba, radiooperatorem Zygmunt Zarzycki, a mechanikiem pokładowym Franciszek Panek. Oprócz nich leciał także pilot Olimpiusz Nartowski, który jako pasażer miał kontrolować lot.

Wśród pasażerów był m.in. podpułkownik Cesarskiej Armii Japońskiej Masakatsu Waka. 26 czerwca 1938 roku został wyznaczony na samodzielnego attache wojskowego w Bukareszcie, otrzymując jednakowo awans. Kilka dni przed katastrofą odebrał swoją oficjalną nominację w Warszawie. Innym zagranicznym pasażerem był porucznik armii rumuńskiej Wasyl Jonescu, który był kierownikiem lotniska w Czerniowcu i wszedł do samolotu chwilę przed katastrofą. Na pokładzie byli także pracownik poselstwa RP w Atenach Edward Gozdowski, bułgarski inżynier Radi Radew, pilot Władysław Gnyś zmierzający na zawody lotnicze na wyspie Rodos, polski wojskowy kapitan Tadeusz Leszek Leszczyc-Waliszewski i amerykański doktor Lemuel Caro.
W polskiej prasie szeroko obiły się także dwie osoby, które można powiedzieć, że "cudem" uniknęły śmierci w katastrofie. Pierwszym był wiceminister spraw zagranicznych Jan Szembek, który podróżował na uroczystości pogrzebowe królowej Rumunii Marii Koburg. Według planów miał lecieć właśnie tragicznym L-14 Electrą. Drugim nazwiskiem był Kazimierz "Szczepko" Wajda, popularny w kraju aktor teatralny i filmowy, który miał wejść do samolotu na lotnisku we Lwowie, jednak w ostatniej chwili zrezygnował z podróży.
Sprawa nierozwikłana do dziś
Już dzień po katastrofie do Rumunii wyruszyła z Warszawy specjalna komisja pod wodzą inżyniera Eugeniusza Małeckiego z Ministerstwa Komunikacji. Przez cały okres prac Polacy współpracowali z przedstawicielami rumuńskiej komisji z Aviația Civilă. Niemniej prace nie przyniosły ostatecznej odpowiedzi na to, dlaczego doszło do katastrofy. Powodem tego miała być nierozwikłana utrata dokumentów podczas prac, co w pewnym momencie cofnęła badania do samego początku. To sprawiło, że nie udało się wskazać bezpośredniej przyczyny tragedii przed wybuchem II Wojny Światowej, po której już nie wrócono do prac. De facto do dziś więc wszystkie przyczyny największej katastrofy lotniczej międzywojennej Polskie nie zostały rozwikłane.
Niemniej ogólnie przyjmuje się, że głównym powodem wypadku w pobliżu Găinești były warunki atmosferyczne. Podejrzewano nawet, że w samolot uderzył piorun. Jerzy Liwiński, redaktor magazynu "Lotnictwo" specjalizujący się w historii polskiego lotnictwa cywilnego wskazał, że podczas lotu mogło dojść do przetarcia linki steru wysokości i utraty sterowności. Niemniej są to tylko przypuszczenia, a prawda o tej katastrofie najprawdopodobniej już nigdy nie zostanie rozwiązana.










