W skrócie
- Służba sanitarna przygotowywała się przez całą okupację, szkoląc ponad 7 tysięcy sanitariuszek i gromadząc zapasy, które w obliczu walk okazały się niewystarczające.
- System ratunkowy opierał się na punktach sanitarnych i szpitalach polowych, które tworzono w piwnicach domów, często w warunkach ciągłych bombardowań.
- Brak leków i środków znieczulających zmuszał lekarzy do przeprowadzania zabiegów, w tym amputacji, bez odpowiedniego przygotowania farmakologicznego.
- Operacje ran brzucha kończyły się wysoką śmiertelnością z powodu braku antybiotyków i rozwoju zakażeń, co w fatalnych warunkach było nieuniknione.
- Po kapitulacji powstania Polski Czerwony Krzyż zorganizował ewakuację szpitali, przewożąc rannych i personel m.in. do miejscowości podwarszawskich i Krakowa.
- Więcej podobnych informacji znajdziesz na stronie głównej serwisu, otwiera się w nowym oknie
Wspominając Powstanie Warszawskie często, co oczywiste, koncentrujemy się na walce z niemieckim okupantem. Ale to historyczne wydarzenie było też gigantycznym wyzwaniem dla lekarzy, pielęgniarek i sanitariuszek, którzy przez 63 dni próbowali ratować życie rannych w mieście zamienionym w pole bitwy. Operowali w piwnicach, często bez odpowiednich leków i znieczulenia. Gdy brakowało bandaży, cięli pościel. Gdy nie było narzędzi, korzystali z tego, co akurat znajdowało się pod ręką. Mimo to powstańcza służba sanitarna uratowała tysiące ludzi.
Powstanie Warszawskie. Jak przygotowano służbę sanitarną?
Wybuch powstania nie zastał warszawskiej służby medycznej całkowicie nieprzygotowanej. Przygotowania trwały właściwie przez całą okupację. W strukturach Armii Krajowej tworzono służby sanitarne, szkolono personel i gromadzono leki, opatrunki oraz narzędzia. Lekarze wywodzili się przede wszystkim z warszawskich szpitali i przychodni, a pomagali im młodzi medycy kształceni w ramach tajnego nauczania. Szczególnie ważną rolę odgrywały pielęgniarki oraz sanitariuszki.
Co ciekawe, te ostatnie często nie miały wcześniej nic wspólnego z medycyną. Były wśród nich uczennice, studentki, urzędniczki, sprzedawczynie czy robotnice. Na specjalnych kursach uczyły się udzielania pierwszej pomocy, opatrywania ran, robienia zastrzyków, unieruchamiania kończyn i transportowania rannych. Musiały być nie tylko przygotowane teoretycznie, ale również sprawne fizycznie. W warunkach walk trzeba było przecież wynieść rannego spod ostrzału i przenieść go w bezpieczne miejsce. Łącznie przeszkolono ponad 7 tysięcy sanitariuszek.
Przed 1 sierpnia zgromadzono między innymi około 14 zestawów narzędzi chirurgicznych przeznaczonych dla szpitali i aptek polowych, 5-7 większych zestawów chirurgicznych, około 800 toreb sanitarnych, około 700 noszy polowych i około 60 tysięcy opatrunków osobistych. Było to jednak znacznie mniej, niż wymagała późniejsza rzeczywistość.
Początkowo sytuacja nie wyglądała jeszcze tragicznie. Działały przedwojenne szpitale, a w kolejnych dzielnicach spontanicznie powstawały nowe punkty pomocy. Ludność cywilna przynosiła łóżka, pościel, leki, opatrunki, żywność, a nawet naczynia. Wkrótce jednak okazało się, że skala walk przekroczyła wszystkie wcześniejsze założenia. W Warszawie działało około 25 przedwojennych szpitali, około 122 szpitali polowych i około 200 punktów ratowniczo-sanitarnych.
Co ważne, placówki te przyjmowały nie tylko walczących. Rannych cywilów było bardzo wielu, a ich liczba w szpitalach i punktach sanitarnych często wyraźnie przewyższała liczbę rannych powstańców.
Pierwsza pomoc była walką z czasem
System leczenia rannych opierał się na kilku kolejnych etapach. Najpierw sanitariuszki udzielały pomocy bezpośrednio w pobliżu linii walk. Zakładały opatrunek, podawały środek przeciwbólowy, a jeśli trzeba było, unieruchamiały uszkodzoną kończynę. Później ranny trafiał do punktu sanitarnego, a w cięższych przypadkach do szpitala.
Najczęściej leczono postrzały rąk i nóg. Lekarze starali się dokładnie oczyścić ranę, usunąć zniszczone tkanki i ciała obce, w tym odłamki. Zabezpieczano również krwawiące naczynia i zakładano jałowy opatrunek. Często podawano surowicę przeciwtężcową (nie zawsze odnotowywano ten fakt w dokumentach). Jeśli dostępne były odpowiednie środki, rannym podawano morfinę lub dolantynę.
Ważna była szybkość działania. W powstaniu wykorzystywano wiedzę o leczeniu ran wojennych zdobytą jeszcze przed 1939 rokiem. Usuwano uszkodzone tkanki i odłamki, a następnie decydowano, czy ranę pozostawić otwartą, czy częściowo ją zamknąć. W warunkach bojowych często unikano szczelnego zaszywania ran, ponieważ mogło to sprzyjać rozwojowi zakażenia.
20 sierpnia wydano powstańcze rozkazy, które miały ujednolicić zasady postępowania. Podkreślano między innymi, że świeżych ran zadanych odłamkami granatów i bomb nie należy zamykać "na głucho". Rany szarpane miały do 6 godzin trafić do chirurga, zaś te po pociskach gładkich, które spowodowały obrażenia naczyń, nerwów lub widoczne były objawy zakażenia, do 12 godzin.
Problem polegał na tym, że z czasem coraz trudniej było zapewnić nawet podstawowe warunki do takiego leczenia. Szpitale i punkty opatrunkowe były ostrzeliwane, a pod koniec sierpnia na Starym Mieście oraz później w innych dzielnicach rannych przenoszono do piwnic. Brakowało wody i prądu, a tym samym pojawiały się ogromne problemy ze sterylizacją narzędzi i materiałów. Operacje przeprowadzano w ciemnych, wilgotnych i zatłoczonych pomieszczeniach, często podczas kolejnych bombardowań.

Operacje bez znieczulenia, amputacje i walka z zakażeniami
Jednym z największych problemów szybko stał się brak leków i środków znieczulających. Początkowo wykorzystywano dostępne preparaty, między innymi morfinę, chlorek etylu, eter czy nowokainę. Później jednak ich zapasy zaczęły się kończyć. Zdarzało się więc, że zabiegi wykonywano bez znieczulenia albo jedynie po podaniu morfiny czy zastosowaniu znieczulenia miejscowego.
Brakowało również sprzętu. W sytuacjach wymagających natychmiastowej pomocy wykorzystywano nawet piły i dłuta, które normalnie nie miały nic wspólnego z chirurgią. Amputacja była ostatecznością, ale przy bardzo ciężkich obrażeniach lub zakażeniu (na przykład zgorzeli gazowej) czasem nie było innego wyjścia. Równie trudne były złamania. Kończyny unieruchamiano za pomocą szyn i gipsu, starając się jednocześnie umożliwić rannym późniejszą ewakuację.
Szczególnie złe rokowania dotyczyły ran brzucha. Pocisk lub odłamek mógł uszkodzić jelita i inne narządy wewnętrzne. Lekarze wykonywali operacje jamy brzusznej, usuwali odłamki, zszywali uszkodzone narządy i tamowali krwawienia. Nawet jeśli sam zabieg się udał, pacjentowi nadal groziło zapalenie otrzewnej, czyli ciężkie zakażenie wewnątrz jamy brzusznej. W czasach, gdy antybiotyki nie były dostępne, a szpitale działały w fatalnych warunkach, często kończyło się ono śmiercią.
Dane z kilku warszawskich placówek pokazują skalę problemu. W szpitalu przy ulicy Śliskiej spośród 163 osób operowanych z powodu ran brzucha przeżyło zaledwie 27. W innych szpitalach śmiertelność również była bardzo wysoka.
Nie mniej dramatyczne były oparzenia. Szczególnie ciężkie obrażenia powodowały pociski zapalające i niemieckie wyrzutnie rakietowe. Rozległe poparzenia leczono między innymi taniną, maścią tranową, olejem lnianym i wodą wapienną. Stosowano także opatrunki spirytusowe. Morfina, jeśli była dostępna, pomagała przynajmniej częściowo opanować ból.
W dokumentach i wspomnieniach pojawia się również temat larw much, które usuwały martwą tkankę z ran. Choć taka metoda rzeczywiście była znana w medycynie, zachowane dokumenty szpitalne z Powstania Warszawskiego nie potwierdzają jednoznacznie, że stosowano ją jako regularną terapię. To jeden z przykładów, w których późniejsze wspomnienia nie zawsze pokrywają się z dokumentacją medyczną.
Szpitale w piwnicach i ewakuacja rannych po kapitulacji
W miarę trwania walk sytuacja stawała się coraz trudniejsza. Brakowało wykwalifikowanych lekarzy, dlatego do operowania rannych musieli przystępować także specjaliści innych dziedzin, między innymi interniści, psychiatrzy czy stomatolodzy. Zaczynało brakować sulfonamidów, czyli leków stosowanych wówczas przeciw zakażeniom bakteryjnym. Nie było też wystarczającej liczby narzędzi, opatrunków i środków do dezynfekcji.
Opatrunki przygotowywano z tego, co udało się znaleźć. Sanitariuszki cięły i darły pościel, a w sytuacjach skrajnych wykorzystywano nawet... papier. Personel medyczny pracował praktycznie bez przerwy. Lekarze i pielęgniarki byli wyczerpani, pozbawieni snu, często sami chorowali i byli narażeni na ostrzał. Mimo to nadal przyjmowali kolejnych rannych.
Dramatem było również bezpieczeństwo samych szpitali. Niemieckie ataki nie omijały placówek medycznych. Zdarzało się, że były bombardowane i zdobywane przez oddziały niemieckie. Ranni i personel ginęli także podczas ewakuacji oraz zbrodni popełnianych na pacjentach.
Po kapitulacji rozpoczął się kolejny etap gehenny. Polski Czerwony Krzyż organizował ewakuację szpitali wraz z rannymi, chorymi i personelem. Część pacjentów trafiła do miejscowości podwarszawskich, inni zostali wywiezieni do Krakowa. Transport nie był prostym przedsięwzięciem. 18 października rozpoczęto przygotowania do wyjazdu, a w kolejnych dniach rannych, chorych, personel i sprzęt umieszczano w pociągach. Jeden z transportów, który dotarł pod Kraków 21 października, liczył około tysiąca osób. Byli wśród nich ciężko ranni, pacjenci z czynną gruźlicą oraz osoby starsze.
Ranni powstańcy trafiali również do niemieckich obozów jenieckich. Dla wielu osób zakończenie walk nie oznaczało więc końca cierpienia.
Powstańcza służba sanitarna nie mogła wygrać z ogromem obrażeń, brakiem leków i warunkami, w których musiała działać. Mogła jednak zrobić coś niezwykle ważnego - zapewnić pomoc możliwie szybko i możliwie wielu ludziom. Około 900-1000 lekarzy i osób z wykształceniem medycznym oraz tysiące pielęgniarek i sanitariuszek zajmowało się rannymi powstańcami i cywilami. Zespoły medyczne opiekowały się około 20 tysiącami rannych powstańców, w tym około 5 tysiącami osób z ciężkimi obrażeniami.
Liczby rannych cywilów nie da się dokładnie ustalić.
Źródła: Towarzystwo Lekarskie Warszawskie, Stowarzyszenie Pamięci Powstania Warszawskiego 1944, Polski Czerwony Krzyż, Interia Historia


















