W skrócie
- Piloci z Południowoafrykańskich Sił Powietrznych, operujący z baz we Włoszech, wspierali Powstanie Warszawskie, wykonując niebezpieczne loty bombowcami B-24 Liberator.
- Loty nad Warszawę wymagały pokonania około 1500 km w jedną stronę, często przy konieczności zniżania pułapu do kilkudziesięciu metrów, aby uniknąć wykrycia przez wroga.
- Misje te były bardzo kosztowne, co przypominają dziś liczne pomniki i tablice upamiętniające ponad 30 lotników z Afryki Południowej, którzy zginęli niosąc pomoc powstańcom.
- Więcej podobnych informacji znajdziesz na stronie głównej serwisu, otwiera się w nowym oknie
O locie z 14 i 15 sierpnia 1944 r. przypomina pomnik stojący w Michalinie, na wydmie na wschód od Józefowa, na obrzeżach Warszawy. Prawobrzeżnej Warszawy - to w tym wypadku jest bardzo istotne. W czasie Powstania Warszawskiego, latem 1944 r., Armia Czerwona kontrolowała ten brzeg. Po drugiej stronie Wisły zaś płonęło i waliło się w gruzy miasto z dogorywającym powstaniem, którego niedobitki jednak wciąż walczyły. I wymagały pomocy.
Związek Radziecki zgodził się na lądowanie alianckich samolotów po prawej stronie Wisły dopiero 10 września 1944 r. To znaczy, że w kluczowych chwilach walk powstańczych, gdy powstańcy szczególnie potrzebowali wsparcia i dostaw, alianckie samoloty musiały po dolocie nad Warszawę wrócić do baz tą samą drogą, co oznaczało bardzo daleki lot przez Bałkany czy Węgry, gdzie roiło się od niemieckich myśliwców. I to coraz lepszych, bo do walki wchodziły nowe, nocne myśliwce wyposażone w radary i mową technologię. Od lipca 1944 r. Niemcy stopniowo wprowadzali też do walki pierwsze użyte bojowo samoloty odrzutowe Messerschmitt Me 262.
Bombowce alianckie w początkowej fazie mostu powietrznego leciały nad Warszawę same, bez eskorty. Dopiero później doszło bezcenne wsparcie w postaci amerykańskich szybkich myśliwców P-51 Mustang o bardzo dużym zasięgu, który pozwalał długo eskortować bombowce i zapewniać im większe bezpieczeństwo.

Bazy we Włoszech pozwalały na loty do Polski
Rok wcześniej wojska alianckie wylądowały we Włoszech i zdobywały je począwszy od Sycylii, kończąc władztwo Benito Mussoliniego. Włochy nie były już faszystowskie, ale były okupowane przez Niemców, a walki na froncie włoskim trwały. Dzięki m.in. polskim żołnierzom pod Monte Cassino alianci posuwali się jednak na północ i latem 1944 r. doszli już ponad 300 km za Rzym, w okolice Livorno. Na terenie Włoch można było otworzyć bazy dla swych samolotów i nękać stąd chociażby cele na Bałkanach czy pola naftowe Ploești w Rumunii. Bombowce mogły też dolecieć do Polski, bo było stąd bliżej niż z Anglii.
Na przykład z lotniska Celone położonego koło Foggii w Apulii. Tu, niedaleko Adriatyku stacjonowały m.in. samoloty Drugiego Skrzydła SAAF, czyli Południowoafrykańskich Sił Powietrznych. Piloci z Afryki Południowej wspomagali już RAF w wielu misjach, zwłaszcza w Afryce Wschodniej i na Madagaskarze, ale także w patrolach morskich na Atlantyku i Morzu Śródziemnym oraz w walkach z Afrika Korps. Po ich zakończeniu SAAF miał na lotniskach Egiptu i Palestyny dwa skrzydła i szesnaście dywizjonów, liczące 8000 ludzi. W większości przeniesiono ja na lotniska w południowych Włoszech.
Miały się one skupić na Bałkanach. Tam atakowały niemieckie bazy i cele w Grecji, ale w ramach operacji Flotsam dokonywały zrzutów dla partyzantów w Jugosławii. To były misje specjalne, wymagające odpowiedniego wyszkolenia i piloci z Afryki potrafili je wykonywać. Gdy więc wybuchło powstanie, stali się kandydatami do misji jeszcze trudniejszej - bardzo długiego lotu do Warszawy.
Trzeba było przelecieć nad Adriatykiem, Bałkanami, Węgrami, Słowacją, kawałem Polski, zrzucić pomoc dla powstania i wrócić. Gdybyśmy wyznaczyli linię prostą między Warszawą a Foggią, wyszłoby 1250 km. Tyle że samoloty musiały pokonać znacznie więcej, nawet 1500 km w jedną stronę, gdyż trzeba było omijać punkty obrony przeciwlotniczej i kluczyć w obawie przed myśliwcami Luftwaffe.

Polacy błagali sojuszników o pomoc dla powstania
Prawie trzy tysiące kilometrów łącznie. Od 12 do 16 godzin w powietrzu. A zatem od 12 do 16 godzin, w trakcie których można było zostać zestrzelonym na wiele sposobów. Taki lot był zarazem dzienny, jak i nocny. Muzeum Powstania Warszawskiego opisuje to tak: "Szczególnie niebezpieczne były rejony położone niedaleko jeziora Balaton na Węgrzech oraz tereny podkrakowskie, obszary w pobliżu Tarnowa i Bochni. Latano zazwyczaj na wysokości ok. 4 tys. m, czasem - z uwagi na zagrożenie oświetleniem przez niemieckie reflektory - należało zniżyć się na pułap 200-300 m. Żeby wykonać precyzyjny zrzut, trzeba było zniżyć lot mniej więcej na 100 m. Jedna maszyna mogła zrzucić jednorazowo 12 zasobników ważących po blisko 100 kg i od 6 do 12 paczek mających 30 kg".
Misja niemal samobójcza. A jednak byli chętni. To, że latali nad Warszawę piloci polskich dywizjonów, to jasne. To jednak, że latały załogi z odległej Afryki Południowej zasługuje na dodatkowe uznanie. Jak na stronie Muzeum Powstania Warszawskiego wspominał bombardier Bryan Desmond Jones, to Polacy, a konkretnie kpt. Zbigniew Szostak błagali ich o pomoc.
Południowoafrykańskie dywizjony 31. i 34. wyposażone były w ciężkie bombowce B-24 Liberator amerykańskiej konstrukcji. Czterosilnikowe olbrzymy zaprawione były w bojach z Luftwaffe nad polami naftowymi Rumunii czy nad Jugosławią, ale to była misja szczególnie trudna. Gdy tylko jednak powstanie wybuchło, w nocy z 1 na 2 sierpnia 1944 r. polska 1586 Eskadra Specjalnego Przeznaczenia na bombowcach Halifax zainicjowała loty z Campo Casale koło Brindisi do Warszawy. Jej piloci byli jednak wyczerpani wcześniejszymi lotami, wykrwawieni, samolotu zużyte.
Polacy potrzebowali wsparcia i w tym celu alianci zdecydowali się wyłączyć z udziału w Operacji Dragoon na południu Francji i skierować na pomoc Warszawie dwa dywizjony z 205. Grupy Bombowej RAF: brytyjski 178. dywizjon oraz południowoafrykański 31. dywizjon. Z czasem dołączył też dywizjon 34. Nie chodziło o bombardowanie pozycji niemieckich, ale zrzuty broni, lekarstw, wszelkiego zaopatrzenia.
Liberatory z Afryki nadleciały nad Polskę
W nocy z 13 na 14 sierpnia 1944 r. południowoafrykańskie Liberatory ruszyły nad Warszawę razem z maszynami RAF i wtedy spadł na Okęcie trafiony przez artylerię samolot pilotowany przez por. Roberta Kettle. Niemcy wzięli załogę do niewoli. Drugi Liberator - trafiony w silnik, zapalił się i wtedy doszło do wydarzeń iście dramatycznych. W ogromnym stresie pierwszy pilot por. William Norval puścił stery i w panice wyskoczył ze spadochronem (trafił do niewoli). Pilotowaniem uszkodzonej maszyny zajął się niedoświadczony ppor. Robert Burgess i jakoś doprowadził ją na Ukrainę, gdzie lotnicy z Afryki zostali internowani przez Armię Czerwoną. Rosjanie bynajmniej nie potraktowali ich jak sojuszników.

Następnej nocy strącone zostały aż trzy Liberatory z Południowej Afryki. Jeden uderzył w dom przy ul. Miodowej, drugi roztrzaskał się na Pradze i zginęła cała kanadyjsko-afrykańska załoga dowodzona przez kpt. Nicolaasa Van Revensburga, a trzeci runął w Michalinie. Kpt. Jack Van Eyssen z tego samolotu wspominał w materiałach Muzeum Powstania Warszawskiego, że w ostatniej chwili udało się wznieść na 300 metrów i przelecieć Wisłę, ale Liberator zaczął się rozpadać. Trzech lotników zginęło, z czego Robertowi Hamiltonowi nie otworzył się spadochron. "Najwyraźniej zbyt późno pociągnął za linkę wyzwalającą" - wspominał Van Eyssen. Imię lotnika otrzymał jeden ze szczepów ZHP.
17 sierpnia lotnicy z Afryki ponieśli dotkliwe straty - trzy zestrzelone samoloty, w tym jeden w drodze powrotnej pod Łysą Górą. Ocalała z nich tylko jedna osoba. Straty były tak dotkliwe, że loty zostały zawieszone aż do września, gdy Liberatory z Afryki wróciły nad Warszawę i wtedy też musiały zapłacić wysoką cenę - jedna z maszyn została zestrzelona nad Jugosławią.
Poza pomnikiem na wydmie koło Józefowa, pilotów z dalekiej Afryki Południowej upamiętniają też tablice na Placu Krasińskich, ul. Jagiellońskiej, ul. Miodowej czy na lotnisku Okęcie, a także tablica na Murze Pamięci w Parku Wolności w Warszawie i pomnik koło Łysej Góry w Małopolsce, gdzie rozbiły się Liberatory SAAF. Zginęło na nich ponad 30 lotników z Afryki Południowej.










