Reklama

Tragedia na stadionie

Dokładnie 28 lat temu, 20 października 1982 r., kiedy na murawie Stadionu Lenina w Moskwie piłkarze miejscowego Spartaka cieszyli się z drugiego gola strzelonego holenderskiej drużynie HFC Haarlem, na trybunach umierali ludzie. W ciemnym i oblodzonym wyjściu z sektora zginęło oficjalnie 67 osób. Tak naprawdę ofiar mogło być nawet 340...

Stadion Lenina, obecnie Stadion Łużniki, to ogromny obiekt mogący pomieścić ponad 80 tys. widzów. Olbrzym, otwarty pod koniec lipca 1956 r., nadal jest główną areną sportową Moskwy. Grają tu piłkarskie drużyny: Spartak i Torpedo. To tutaj podczas igrzysk olimpijskich w 1980 r. polski tyczkarz Władysław Kozakiewicz pokazał wygwizdującym go Rosjanom obraźliwy gest.

Dwa lata później na trybunach tego stadionu zginęły dziesiątki, a być może nawet setki kibiców Spartaka, jednak o tej tragedii przez lata w Moskwie otwarcie się nie mówiło.

O jednego gola za dużo

W mroźny, wietrzny i śnieżny październikowy wieczór na murawę Stadionu Lenina wybiegli piłkarze Spartaka i holenderskiego HFC Haarlem, by rozegrać mecz fazy grupowej Pucharu UEFA. Zła pogoda sprawiła, że na trybunach zasiadło niewiele ponad 15 tys. kibiców Spartaka oraz garstka Holendrów.

Fanów obu drużyn umieszczono tylko na jednej, wschodniej trybunie. Pozostałych nawet nie odśnieżono. Do sektora kibiców prowadziło tylko jedno ciemne, wąskie i oblodzone wejście.

Reklama

Sam mecz należał do kategorii "wymęczonych" - piłkarze zdawali się biegać za piłką z musu. Dla kibiców Spartaka ważne było jednak, że ich zespół prowadził 1-0. Pod koniec meczu zaczęli wychodzić, ale zawrócili, kiedy Siergiej Szwiecow strzelił gola...

Przyciskani do ścian i metalowych poręczy

Kiedy kilka tysięcy kibiców Spartaka krzyknęło po tym, jak ich ukochana drużyna podwyższyła na 2-0, tłum, stłoczony na śliskich schodach w ciemnym wyjściu z sektora, chciał czym prędzej zobaczyć radość piłkarzy na boisku. W ciemnym przejściu zakotłowało się.

Ci, którzy wyszli przed drugim golem, nacierali na tych, którzy schodzili z trybuny po ostatnim gwizdku sędziego. Na kilku metrach nagle znalazły się setki osób przyciskanych do betonowych ścian i metalowych poręczy przez tysiące innych...

Zabezpieczający mecz milicjanci nie wiedzieli, co dzieje się w przejściu. Świadkowie mówili później, że po prostu stali na trybunach i nikomu nie pozwalali na nie wrócić. Inni natomiast twierdzą, że stali, bo po prostu nie wiedzieli, co mają robić.

Kiedy zorientowano się, co się dzieje, najpierw innym wyjściem, specjalnie w tym celu otwartym, wyprowadzono kibiców holenderskich, a dopiero później zajęto się pomocą dla rannych.

Piłkarze obu drużyn także nie wiedzieli, co się dzieje na trybunach. O tragedii dowiedzieli się kilka dni później.

Poręcze uginały się pod naporem ludzi

Jedną z osób, która znalazła się w przejściu, kiedy z dwóch stron napierały masy ludzi, był jeden z najlepszych później rosyjskich tenisistów, Andriej Czesnokow - w 1982 roku szesnastoletni kibic Spartaka.

- Na śliskich stopniach ludzie przewracali się i powalali innych na ziemię, jak kostki domina. Nie można było uciec. Metalowe poręcze uginały się pod naporem ludzi. Zostali oni ściśnięci na śmierć - wspomina Czesnokow. - By się ratować, przeskoczyłem przez poręcz nad rzędami ciał. Niektórzy wyciągali do mnie ręce i płakali: "Pomóż mi! Uratuj mnie!", ale większość była przygnieciona trupami - kontynuuje.

- Udało mi się wyciągnąć młodego chłopaka i zanieść go do karetki, ale był już martwy. Widziałem przynajmniej setkę ciał ułożonych w rzędach na bieżni, u podnóża wejścia do sektora - opowiada Czesnokow.

Największa tragedia w historii

Oficjalnie 20 października 1982 r. na Stadionie Lenina zginęło 67 osób. Świadkowie mówią, że było ich dużo więcej. Nieoficjalnie mówi się o 340 zabitych. Oznaczałoby to, że tragedia na Łużnikach była największą w historii najstraszniejszych katastrof na piłkarskich stadionach. Większą nawet od masakry na stadionie w Limie, stolicy Peru, jaka wydarzyła się w 1964 r. Tam życie w pomeczowych zamieszkach straciło 318 osób.

Zobacz, jak mogła wyglądać tragedia na Łużnikach:

Władze zrobiły wszystko, by ukryć nie tylko rozmiar, ale i sam fakt tragedii na Łużnikach. Jedyna wzmianka o tym, że coś się stało na stadionie, przewinęła się przez popołudniówkę "Wieczorna Moskwa" na drugi dzień po wydarzeniu. W suchej informacji ograniczono się jednak tylko do sformułowania, że "kilka osób odniosło rany". Ani słowa o zabitych. Miasto jednak huczało od plotek.

Władza miała inne problemy

Z relacji osób, których bliscy zginęli stratowani w stadionowym przejściu, wynika, że rodziny miały tylko około 40 minut na pożegnanie swoich bliskich. Potem większość ofiar miała zostać pochowana w zbiorowym grobie. Części rodzin władza pozwoliła na pochowanie bliskich, ale dopiero po 13 dniach.

Choć oficjalnie nie mówiło się o tragedii, władza od razu ogłosiła, że winni są sami kibice. Zresztą partia miała wówczas większe problemy na głowie - umierał Leonid Breżniew i koniecznie trzeba było znaleźć kogoś na jego stanowisko. Znaleziono szefa KGB, Jurija Andropowa.

Byle tylko nie składali kwiatów

Do tragedii na Łużnikach władza jednak wróciła. W lutym 1983 r., w pokazowym procesie, skazano na 18 miesięcy pracy przymusowej Jurija Panczykina, który był kierownikiem Stadionu Lenina. Do chwili tragedii pełnił tę funkcję tylko przez niespełna trzy miesiące.

Śledczy zapytali go w toku postępowania, czy czuje się winny. - Oczywiście, że czuję się winny. To takie ludzkie - odpowiedział. Tego, że był kozłem ofiarnym, już nie musiał dodawać.

Choć świadkowie podczas procesu mówili o katastrofalnych błędach milicji, to nie wszczęto dochodzenia w sprawie działania służb porządkowych po meczu Spartaka z HFC Haarlem. O procesie przez kilka lat w ogóle nie mówiono.

Aż do końca lat 80. ubiegłego wieku władza nie pozwalała na rozgrywanie meczów na Stadionie Lenina pod koniec października, by rodziny ofiar nie mogły składać tam kwiatów. Kibice piłkarscy nie mogli tego widzieć, bo mogliby zacząć zadawać pytania. Do dziś to najważniejsze: ile tak naprawdę osób zginęło? - pozostaje otwarte.

Dopiero po upadku ZSRR przed wejściem do tunelu, w którym zginęły dziesiątki, a może i setki kibiców Spartaka, wybudowano pomnik ku ich pamięci. W 2007 roku, w 25. rocznicę tragedii, na murawie Stadionu Łużniki ponownie spotkali się piłkarze Spartaka i HFC Haarlem. Mecz skończył się remisem 2-2, a dochód ze sprzedaży biletów przekazano na rzecz rodzin ofiar.

Marcin Wójcik

INTERIA.PL
Dowiedz się więcej na temat: stadiony | świadkowie | mecz | Piłkarze | tragedia | Rosja | Rosjanie | KGB | piłka nożna | Lenin | łużniki | zabójstwo

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy