Bogacz, poliglota i marzyciel
Heinrich Schliemann urodził się 6 stycznia 1822 roku w niemieckim miasteczku Neubukow. Już za młodu zaczytywał się w starożytnych opowieściach, w szczególności lekturach o wojnie trojańskiej. Ponoć już jako młody chłopiec miał zamarzyć o odkryciu mitycznej Troi z "Iliady" Homera. Początkowo jednak zamiast do wykopalisk, losy życiowe poprowadziły go przez różne zawody m.in. pomocnika w sklepie czy chłopca pokładowego. Jednak dla jego przyszłości szczególnie pomocne były dwie umiejętności.
Pierwszą była umiejętność nauki języków. Już jako chłopiec pokładowy okazał się poliglotą, samemu ucząc się angielskiego, francuskiego, hiszpańskiego, portugalskiego, włoskiego i holenderskiego, polskiego, rosyjskiego i szwedzkiego. Ponoć wystarczyło mu tylko sześć tygodni, aby nauczyć się każdego języka w mowie i piśmie.
Drugą była smykałka do biznesu. W 1847 roku Heinrich Schliemann założył prosperujący dom handlowy w Sankt Petersburgu. Rok później wyemigrował do Stanów Zjednoczonych w czasie kalifornijskiej gorączki złota, gdzie pomnożył majątek. Przez następne lata udało mu się utrzymać liczne biznesy, które uczyniły go niezwykle majętnym człowiekiem.
Heinrich Schliemann wykorzystywał swoje pieniądze do spełniania różnych zachcianek. W latach 1864-1866 odbył podróż dookoła świata odwiedzając m.in. Indie, Chiny, Japonię, Indonezję, Meksyk czy Nikaraguę. Ponoć poznawanie różnych kultur i języków wzbudziły w nim jeszcze większe zafascynowanie światem i poszukiwania skarbów.

Poszukiwanie Troi jak tropienie Atlantydy
Szczególnie ważna w życiu Schliemanna była wyprawa z 1868 roku na kilka greckich wysp m.in. do Itaki. Schliemann znów przypomniał sobie opowieści o wojnie trojańskiej i zechciał znów odkryć Troję. Wtedy było to trochę jak stwierdzenie, że chce się odkryć Atlantydę. Miasto z opowieści Homera traktowano tylko jako figurę literacką. Jednak Heinrich Schliemann wierzył, że Troja istniała naprawdę i jeśli ktoś ją kiedykolwiek odkryje, to właśnie on.
W poszukiwaniu Troi Schliemann pokierował się najbardziej logicznym tropem w ówczesnych czasach - na wzgórze Hisarlik w Cieśninie Dardanele. W drugiej połowie XIX wieku ci, którzy wierzyli w istnienie Troi, podejrzewali właśnie to miejsce jako "grobowiec" starożytnego miasta. Na przełomie lat 60. i 70. Schliemann nawiązał kontakt z brytyjskim dyplomatą Frankiem Calvertem, który już wcześniej na własność zakupił wzgórze i prowadził na nim wykopaliska. Sam wierzył w istnienie Troi więc szybko dogadał się ze Schliemannem
W kwietniu 1870 roku Schliemann sfinansował wykopaliska na terenie Hisarliku, podczas których udało mu się odnaleźć starożytne ruiny w postaci wielkiego kamiennego muru. To tylko napędziło jego przypuszczenia, że faktycznie w tym miejscu znajdowała się Troja z Iliady. Niemniej według Schliemanna mogła ona być zakopana głębiej i została przez wieki pokryta śladami nowszego osadnictwa. Niemiecki poszukiwacz skarbów chciał znaleźć warstwę, która mogłaby zostać zidentyfikowana jak zniszczone i ograbione miasto. Tak rozpoczęła się seria wykopalisk...które ponownie zrównały Troję z ziemią.
Wybuchowe wykopaliska
W 1871 roku Schliemann wraz z wynajętą grupą robotników rozpoczął kolejne prace. Tu zaczyna się właśnie tragiczna część tej opowieści. Archeolog-amator kładł niewiele uwagi na zabezpieczenie odkrywanych warstw historycznych i reliktów. Nie prowadził nawet dokumentacji swoich prac i nie opisywał wielu znalezionych reliktów. Skupiony był tylko na odkryciu Troi i chciał do niej dojść za wszelką cenę. W efekcie to, co Schliemanna nie interesowało i nie mógł połączyć z mityczną Troją, było często niszczone.
Schliemann nakazywał prowadzić bardzo szybkie wykopaliska, które niszczyły warstwy historyczne. Do wykopywania dziur używano nawet dynamitu. W ten sposób powstał tzw. Rów Schliemanna, czyli szerokie na 40 m i głębokie na 17 m wgłębienie we wzgórzu, które miało odsłonić warstwy historyczne. Do 1890 roku wykopaliska Schliemanna ujawniły przynajmniej dziewięć warstw osadnictwa. Ze względu jednak na metody pracy, wiele z ich pozostałości zniszczono.
Schliemann wskazał trzecią najstarszą warstwę osadnictwa jako ślady homerowskiej Troi. W niej odkrył pozostałości popiołu i spalenizny, więc uznał to za znak, że miasto musiało zostać ograbione i spalone, zupełnie jak w mitycznej opowieści. To właśnie na tej warstwie Schliemann skupił swoje prace, które przyniosły bardzo ciekawe odkrycia, które Niemiec dodatkowo "podkręcił".
W 1873 roku odkryto być może najważniejsze relikty z całych wykopalisk Schliemanna i być może najważniejsze w całej archeologii - Skarb króla Priama. Było to kilka tysięcy przedmiotów wytworzonych głównie ze złota. Schliemann w swoich zapiskach z wykopalisk opisał to odkrycie jako największą pozostałość po mitycznej Troi, prawdziwy ukryty skarb ostatniego króla tego wielkiego miasta, które padło ofiarą podstępu Odyseusza. Realny dowód na prawdziwość homerowskiej opowieści.

Odkrycie, które dało początek współczesnej archeologii
Schliemann od razu postanowił rozprzestrzenić swoje rewelacje na cały świat, ogłaszając, że to on odkrył mityczną Troję, która jeszcze do niedawna była uważana za wymysł Homera. Odkryty Skarb króla Priama przetransportował do swojej greckiej rezydencji, a potem zaczął go pokazywać szerszej publiczności. De facto przywłaszczył odkryte relikty. Sławną historią jest to, że jego żona Sophia, nosiła biżuterię ze zbiorów skarbu króla Priama na różne bankiety, podkreślając na nich dokonania swojego męża

Chęć chwalenia się swoimi odkryciami przyniosła efekty. W międzynarodowej opinii Schliemann stał się swego rodzaju celebrytą. I właśnie ta popularność sprawiła, że dziś można go uznać de facto za prekursora współczesnej archeologii. Wcześniej była ona bowiem traktowana jako bardzo niszowy podgatunek nauki lub hobby dla bogatych. Odkrycie Troi sprawiło, że archeologia "weszła na salony" i zaczęła zagnieżdżać się w umysłach zachodniego społeczeństwa. Faktem jest, że to właśnie wykopaliska Schliemanna zainteresowały świat nauki bardziej metodologicznym badaniem przeszłości i odkrywania jej śladów. Po rewelacyjnych doniesieniach Schliemanna ta dyscyplina przeżyła prawdziwy rozkwit zainteresowania, a różne zachodnie ośrodki badawcze zaczęły kłaść większy nacisk na jej rozwój merytoryczny oraz finansowy. Schliemann więc dał podwaliny współczesnej archeologii, mimo że de facto stanowi przykład jej absolutnego antagonisty.
Ojciec archeologii, znienawidzony przez archeologów
Już opisane metody wykopalisk Schliemanna należy dziś uznać bardziej za działanie jakiegoś samozwańczego watażki. Przywłaszczanie swoich odkryć też podlegałoby teraz pod paragraf. I faktem jest, że gdy Imperium Osmańskie szybko dowiedziało się o przywłaszczeniu odkryć przez Schliemanna, wydało mu zakaz prowadzenia wykopalisk na swoim terytorium i próbowało uzyskać od niego odszkodowanie finansowe. W obu przypadkach bezskutecznie. Przez to sam Schliemann przyczynił się do zagubienia części artefaktów, które odkrył i przejął.
Archeologia Schliemanna cierpiała też na identyfikację odkryć bardziej na zasadzie odczucia i przypisywania własnych teorii. Sam Skarb króla Priama został tak nazwany, bo Schliemann założył, że skoro on na bazie kilku poszlak "zidentyfikował" homerowską Troję, to w sumie wszystko, co ma dla niego dużą wartość, musi być z tą Troją powiązane. Trochę tak jakby znaleźć w ogródku kość i traktować ją jak szczątki dinozaura. Schliemann robił tak z wieloma reliktami. Wszystko to bez badań i metodologii, co odbija się do dziś. Współcześnie archeolodzy wskazują, że np. Skarb króla Priama wcale nie był powiązany z homerowską Troją, a stanowił tak naprawdę zbiór złotych reliktów z różnych okresów, którym Schliemann mniej lub bardziej intencjonalnie chciał nadać jeszcze większe znaczenie.
I tu znajduje się być może źródło problemów archeologii Schliemanna. Nie chodziło w niej bowiem o faktyczne poznawanie tajemnic historii i odkrywanie reliktów, a samo kreowanie postaci i mitu. Schliemann faktycznie mógł być człowiekiem zadufanym w sobie, który chciał być sławny, a wykopaliska traktował jako drogę do swojego celu, bez względu na koszty. Tym samym był w stanie pogrzebać faktyczne zdobycze w całej historii jeszcze raczkującej archeologii dla własnych korzyści.

Największa ironia losu
Historia Schliemanna zwieńczona została być może jedną z największych przykładów ironii w historii. Bowiem długo po jego śmierci w 1890 roku okazało się, że ten ekscentryczny poszukiwacz skarbów naprawdę znalazł ślady mitycznej Troi. Dzisiejszy konsensus naukowy wskazuje,że na wzgórzu Hisarlik faktycznie znajdują się resztki miasta, które padło ofiarą wielkiego oblężenia i najprawdopodobniej to jego historia posłużyła za podstawę opowieści Homera.
To dlatego dziś Hisarlik jest wpisany na listę światowego dziedzictwa UNESCO jako stanowisko archeologiczne Troi. Niemniej to, że możemy już mówić naprawdę o resztkach prawdziwej Troi, możemy przypisać pomyłce Schliemanna.
Dziś wiemy bowiem, że warstwę osadnictwa, którą Niemiec uznał za prawdziwą Troję, są na nią za stare. Określane dziś jako Troja III pochodzą z 2350-2250 r. p.n.e. Wydarzenia, na których bazować mogła Iliada i Odyseja datowane są na rozległy okres 950-1700 r. p.n.e. z którymi pokrywają się warstwy Troja VI i Troja VII. Niestety duża ich część została zniszczona podczas wykopalisk Schliemanna. Tym samym ten archeolog-amator owładnięty manią znalezienia swojej "wymarzonej" Troi, zniszczył tę prawdziwą. Dlatego dziś możemy go uznawać za ojca współczesnej archeologii, bo w swoich wykopaliskach zrobił wszystko, czego współczesny archeolog robić nie powinien.










