Rekruterzy znaleźli sposób na koreańskich szpiegów. Demaskuje ich jedno zdanie
Korea Północna może być najbardziej odizolowanym krajem świata, niemniej jednak jej obywatele podejmują się pracy za granicą - oczywiście za przyzwoleniem i pod nadzorem państwa. Nierzadko starają się o to hakerzy, szpiedzy i oszuści, pracujący na zlecenie "najwyższego przywódcy". Rekruterzy odkryli sposób na ich dekonspirację. Okazuje się, że żaden Koreańczyk z północy nie powtórzy pewnego zdania na temat Kim Dzong Una.

W skrócie
- Koreańczycy z północy podejmują pracę za granicą pod nadzorem państwa, często jako hakerzy, szpiedzy i oszuści.
- Rekruterzy i eksperci cyberbezpieczeństwa odkryli, że obywatele Korei Północnej nie są w stanie powtórzyć zdania na temat tuszy Kim Dzong Una podczas rozmów rekrutacyjnych lub internetowych.
- Reakcja na polecenie wypowiedzenia tego zdania ujawnia ich prawdziwą tożsamość i jest powiązana ze strachem przed znieważeniem przywódcy oraz rygorystycznym kultem jednostki.
- Więcej podobnych informacji znajdziesz na stronie głównej serwisu
Jak zdemaskować szpiega? Jest zdanie wyzwalające panikę
Szpiedzy z całego świata dysponują wachlarzem środków, które mają uwiarygodnić ich legendę, czyli fałszywą tożsamość. Mogą kłamać w żywe oczy, a dla dobra misji zdolni są nawet wchodzić w związki małżeńskie czy jawnie szkalować swoich prawdziwych przywódców. Słowem tajni agenci są bardzo dobrzy w udawaniu kogoś, kim nie są. Ale czy istnieje sposób, by ich zdekonspirować? Okazuje się, że w przypadku Koreańczyków z północy istnieje pewne zdanie, które działa niczym wyzwalacz, wprowadza ich w natychmiastowe zakłopotanie czy nawet panikę. I trudno im się dziwić. Ale zacznijmy od początku.
Korea Północna uchodzi za najbardziej odizolowane państwo świata. Jej obywatele są monitorowani na każdym kroku, nie posiadają swobód obywatelskich, a o ich życiu niemal w każdym aspekcie decydują władze państwowe. Nie mogą oni swobodnie podróżować (nawet po własnym kraju) ani korzystać z ogólnoświatowego internetu. Na ich komputerach i smartfonach zainstalowane są specjalne wersje systemów, które szpiegują każdy ich ruch, dodają spersonalizowany znak wodny do każdego zrobionego przez nich zdjęcia i meldują władzom o wszelkich podejrzanych zachowaniach.
Nic dziwnego, że Koreańczycy z północy żyją w ciągłym strachu i praktycznie nie mają przestrzeni do swobodnego wypowiadania się. Najgorszym przewinieniem jest oczywiście krytyka władzy, za którą delikwent może trafić do obozu pracy wraz z całą rodziną. To ta sama władza, która daje pracę - w tym także specjalistom, którym dane jest kontaktować się ze światem w ściśle nadzorowanych warunkach.
Oszuści z Korei Północnej na rekrutacji w zachodnich firmach
Liczne doniesienia z zaufanych źródeł wskazują, że Korea Północna ma swoich hakerów pracujących na rzecz państwa. Ci eksperci od łamania zabezpieczeń prowadzą ogólnoświatowe kampanie, mające na celu wykradanie tajemnic, szpiegostwo przemysłowe, ale przede wszystkim pozyskiwanie środków na finansowanie reżimu Kimów i jego programu militarnego, m.in. poprzez kradzież kryptowalut czy żądania okupu.
Eksperci dokumentują także próby oszustw m.in. na Discordzie i LinkedIn. Przykładowy scenariusz to obywatel KRLD podający się za Japończyka lub Koreańczyka z południa, który szuka pracy za granicą i prosi kogoś, by użyczył mu swojego konta na LinkedIn. W zamian za możliwość "pożyczenia" jego tożsamości oferuje 10% od swojego wynagrodzenia. Oczywiście nic takiego nie ma miejsca i interes kończy się kradzieżą tożsamości i konta z wieloma dalszymi implikacjami.
Koreańczycy łączą się też zdalnie przez kamerkę z działami rekrutacji w zachodnich firmach. Jako że internet w kraju rządzonym przez dynastię Kimów jest ściśle reglamentowany i nadzorowany, nie jest to swobodna rozmowa i praktycznie można mieć pewność, że kandydat jest w tym czasie obserwowany, a być może nawet zastraszany.
Osoba ta może udawać obywatela Korei Południowej, co jest chyba najprostszą legendą. W końcu obie strony podzielonego państwa posługują się tym samym językiem (choć z pewnymi drobnymi różnicami, które mogą mieć znaczenie przy próbie zdemaskowania) i wyglądają tak samo (oprócz strojów i fryzur, ale o to można zadbać). Jest jednak sposób, by to zweryfikować. Prawdopodobnie działa on w 100% przypadków.
"Kim Dzong Un jest gruby". Tak spala się cała przykrywka
Zarówno podczas pogawędek na Discordzie, jak i w trakcie rozmowy kwalifikacyjnej na kamerce, można próbować zdemaskować obywatela Korei Północnej w bardzo prosty sposób. Rekruterzy w zachodnich firmach odkryli, że wystarczy poprosić kandydata (zazwyczaj na stanowisko IT), aby powtórzył zdanie "Kim Dzong Un jest gruby".
Polecenie to "triggeruje" Koreańczyka z północy i wprawia w zakłopotanie czy wręcz w panikę. Jako że fizycznie znajduje się on na terytorium swojego kraju, gdzie za wypowiedzenie tych słów grozi mu zesłanie do obozu pracy lub nawet śmierć, kandydat taki nie wie, co ma zrobić. Nagrania z rozmów rekrutacyjnych pokazują, że osoba ta może początkowo próbować zbywać rozmówcę i grać na czas, zerkając gdzieś obok (prawdopodobnie na drugi monitor z poleceniami lub na osobę decyzyjną), ale ostatecznie się rozłącza bez jakichkolwiek wyjaśnień.
Analogiczną sytuację zaobserwowali też eksperci cyberbezpieczeństwa, którzy zostali zaczepieni przez rzekomych Koreańczyków na Discordzie. W jednym takim przypadku obie strony prowadziły zwykłe pogawędki o językach obcych. Gdy ekspert poprosił tę osobę o przetłumaczenie napisanego po koreańsku zdania "Kim Jong Un to gruba świnia", ten po chwili go zablokował. Podobne sytuacje powtarzały się wielokrotnie.
W innym scenariuszu specjalista celowo dawał się wciągać w kolejne etapy oszustwa, polegające na udzieleniu zdalnego dostępu do swojego komputera przez specjalną aplikację (jak w scamach z indyjskimi call centers). Nie był to jednak jego "produkcyjny" komputer, a najpewniej maszyna wirtualna, czyli odizolowany system w systemie, na którym można do woli eksperymentować. Gdy haker prosił o wprowadzenie danych na stronie phishingowej, ekspert użył nazwiska Kim Dzong Una, po czym oszust po prostu się rozłączył. Inny wpadł w zakłopotanie, gdy na tapecie pulpitu eksperta zobaczył parodystyczną grafikę z wizerunkiem "najwyższego przywódcy".
Niektórzy komentatorzy zwracają też uwagę na akcent północnokoreański. Obywatele KRLD mogą być jedynymi na świecie, którzy słowo "America" wypowiadają w charakterystyczny sposób "Americar", dodając na końcu tzw. "intruzywne r". Ta unikalna fonetyka odróżnia ich od Japończyków czy Koreańczyków z południa, za których często się podają.
Kult jednostki ważniejszy od powodzenia operacji
Kult jednostki w Korei Północnej oraz strach przed reperkusjami za jej znieważenie zdają się tak silne, że wywołane w odpowiedni sposób powstrzymują nawet zakonspirowane operacje w trakcie ich trwania. Obywatele tej współczesnej dystopii nie są w stanie nawet wymówić zdania "Kim Jong Un jest gruby", choć nie jest to obraźliwe (przykład z "grubą świnią" już jest) i jest zgodne z prawdą - koreański dyktator jest otyły i waży ok. 120-140 kg. Co więcej, ratują się ucieczką, gdy taki temat w ogóle jest podnoszony. Trudno jednak im się dziwić. Nauczeni są od dziecka, że o Kimach można wyrażać się tylko z najwyższym szacunkiem, najlepiej powtarzając słowo w słowo narrację propagandy.
Zaskakujące jednak jest to, że koreańscy oszuści nie boją się dekonspiracji ani porażki operacji - a przynajmniej nie w takim stopniu, jak znieważenia przywódcy, które miałoby uwiarygodnić ich legendę i zapewnić powodzenie, co w dalszej perspektywie oznaczałoby zbieranie środków dla reżimu czy wykradanie dla niego tajemnic i pozyskiwanie zasobów, takich jak np. wykradzione tożsamości obywateli państw zachodnich.
Z przykładów takich konfrontacji z obywatelami Korei Północnej wynika, że schemat ten zachodzi praktycznie zawsze. Nie ma jednak gwarancji, że zawsze tak będzie. Niewykluczone, że administracja państwowa w Pjongjangu, nadzorująca oszustów i hakerów, w przyszłości zezwoli im na wypowiadanie się o tuszy "najwyższego przywódcy" dla dobra misji, choć z drugiej strony - znając kuriozalność tego reżimu - może do tego nigdy nie dojść.
Trzeba bowiem pamiętać, że Kim Dzong Un, podobnie jak jego przodkowie, jest kimś w rodzaju świętego czy wręcz boga. Podobnie jak dawni męczennicy chrześcijańscy nie wyrzekali się wiary nawet na pokaz, by uniknąć śmierci, tak samo Koreańczycy mogą za wszelką cenę bronić dobrego imienia swojego lidera i przysięgać wierność ideologii dżucze - nawet jeśli oznacza to utratę wiarygodności operacyjnej i fiasko misji.










