Do dramatycznej sytuacji doszło w lipcu 1969 roku, po pierwszym spacerze Neila Armstronga i Buzza Aldrina po Księżycu. Gdy astronauci przygotowywali się do odpoczynku, Aldrin zauważył na podłodze niewielki czarny element. Okazało się, że był to ułamany przełącznik odpowiedzialny za aktywację silnika wznoszącego modułu Eagle.
Awaria, która mogła zakończyć się katastrofą
Bez niego nie można było uruchomić napędu potrzebnego do opuszczenia powierzchni Księżyca. Centrum Kontroli Misji w Houston próbowało znaleźć rozwiązanie, jednak po wielu godzinach przekazało załodze złą wiadomość, że nie da się obejść uszkodzonego obwodu.
Genialnie proste rozwiązanie
Aldrin postanowił więc wziąć sprawy w swoje ręce. Wiedział, że nie może użyć metalowego przedmiotu ani własnego palca ze względu na ryzyko zwarcia. Wtedy przypomniał sobie o czarnym plastikowym długopisie Duro Rocket, który zabrał ze sobą jako jeden z osobistych przedmiotów.
Delikatnie wsunął końcówkę pisaka w miejsce uszkodzonego przełącznika. Rozwiązanie zadziałało - obwód został zamknięty, silnik uruchomił się, a Apollo 11 mógł wystartować z powierzchni Księżyca i połączyć się z modułem dowodzenia na orbicie.
Na aukcję trafił nie tylko sam długopis, ale również oryginalny ułamany przełącznik z modułu Eagle. Oba przedmioty pochodziły z prywatnej kolekcji Buzza Aldrina i zostały sprzedane jako jeden zestaw. Historia tego niepozornego przedmiotu przypomina, że o sukcesie wielkich misji kosmicznych nie zawsze decydują najbardziej zaawansowane technologie. Czasem potrzebna są odrobina kreatywności, zimna krew i nieco szczęścia.












