Zrobiłam detoks dopaminowy. Dwa tygodnie bez telefonu, muzyki i słodyczy
Telefon, dwa komputery, tablet, telewizor - w ciągu dnia przenosimy się często od jednego ekranu do drugiego, z fotela na łóżko i na odwrót. Przed każdym z nich niemal non stop konsumujemy treści, które są dla nas w jakiś sposób atrakcyjne. Dwudziesty siódmy krótki film, może serial, smartfon już cztery razy wydał dźwięk informujący o nowej wiadomości, a minęły tylko trzy minuty, odkąd kliknęliście ten artykuł. Czy da się zatrzymać pętle bodźców? Niektórzy twierdzą, że tak, chociaż naukowcy mają na ten temat różne zdanie. Postanowiłam przez dwa tygodnie na własnej skórze sprawdzić, o co chodzi z detoksem dopaminowym.

Spis treści:
- Detoks dopaminowy pod lupą. Rezygnacja z technologii to dopiero początek
- Przetestowałam detoks dopaminowy. Założenia były proste
- Detoks dopaminowy po dwóch tygodniach. Co teraz? Plusy i minusy
Telefon mamy cały czas w ręku albo przynajmniej w zasięgu wzroku, dłoń wyciągamy po niego niemal nieświadomie. Powiadomienia z różnych aplikacji prześcigają się o naszą uwagę. Gdy już otworzymy ulubioną apkę - przepadamy na długie godziny.
Dostępne treści są dynamiczne, kolorowe, zabawne, wzruszające, znowu zabawne i nawet jeśli na konkretne wideo poświęcamy góra 20 sekund, a scrollowanie zdecydowanie pozbawione jest dogłębnej analizy, nasz mózg jest wręcz karmiony dopaminą i czujemy się, jakbyśmy non stop byli nagradzani małym kolorowym cukierkiem. Jak wspaniale! A potem odkładamy telefon i wracamy do smutnej, szarej rzeczywistości, wszystko wydaje się nieatrakcyjne.
O detoksie dopaminowym powstało kilka książek, swego czasu termin też był na językach twórców lifestylowych, którzy zdają się regularnie karmić naszą chęcią wprowadzenia zmian w życiu, zwłaszcza jeśli przynajmniej ze sloganu mają one być rewolucyjne. Co ciekawe, na jego temat różne zdanie mają naukowcy. Zacznijmy jednak od początku: co to właściwie jest detoks dopaminowy?
Detoks dopaminowy pod lupą. Rezygnacja z technologii to dopiero początek
Jak czytamy w artykule "A Literature Review on Holistic Well-Being and Dopamine Fasting: An Integrated Approach", którego autorzy pochylili się nad szeroką gamą materiałów naukowych dotyczących tego tematu, jest to koncepcja mająca na celu zmniejszenie uzależnienia od natychmiastowej gratyfikacji i nadmiernej stymulacji, by "osiągnąć jasność umysłu". Mamy też naturalnie odczuwać mniej stresu i niepokoju, a jednocześnie czerpać radość z codziennych, prostych wydarzeń. Brzmi dobrze, czyż nie?
Niektórzy naukowcy twierdzą jednak, że ten konkretny detoks nie ma naukowego uzasadnienia i może wcale nie rozwiązywać problemu zaburzeń regulacji dopaminy, a co więcej, może nawet prowadzić do pogorszenia naszego stanu psychicznego. W najbardziej "intensywnych" założeniach wyszczególniono bowiem, że wskazana jest izolacja oraz rygorystyczna dieta, co faktycznie może wpływać na pogorszenie samopoczucia partycypujących. Jakby tego było mało, w literaturze dotyczącej detoksu dopaminowego możemy przeczytać, że te ekstremalne formy postu mogą prowadzić do zwiększenia poczucia samotności, lęku, a nawet niedożywienia.
Autorzy analizy podkreślają, że nie ma uniwersalnego podejścia do tego detoksu, a jeśli chcemy spróbować, powinniśmy koniecznie uwzględnić nasze indywidualne potrzeby, preferencje oraz możliwości. Ma to mieć kluczowe znaczenie przede wszystkim dla skuteczności eksperymentu, ale i po prostu po to, aby nie zrobić sobie przypadkiem krzywdy. Naukowcy dodają, że w dzisiejszych czasach te praktyki mogą być po prostu trudne do wdrożenia, trzeba więc pójść na pewne ustępstwa, o czym musiałam pamiętać przed rozpoczęciem detoksu.
Przetestowałam detoks dopaminowy. Założenia były proste
W związku z tym, że na co dzień pracuję przy komputerze (a właściwie dwóch), musiałam pójść na swego rodzaju kompromis. Obawiam się bowiem, że mój szef nie zrozumiałby potrzeby całkowitej rezygnacji z elektroniki wokół mnie na rzecz dziergania i uspokajania umysłu - trzeba było więc pogodzić się z faktem, że osiem godzin dziennie spędzam w pracy.
Większe zmiany wprowadzałam po niej: przede wszystkim dotyczyło to włączenia trybu skupienia w telefonie, który wyciszał wszelkie powiadomienia. To rozwiązanie nie do końca spodobało się mojej rodzinie, bo zdarzało się, że po prostu nie odbierałam połączeń i oddzwaniałam dopiero po jakimś czasie. Czy coś się w związku z tym stało? No nie, po prostu zirytowałam parę osób, które są przyzwyczajone do tego, że odpowiedź otrzymują natychmiast. Smartfon po pracy często też po prostu lądował w szufladzie.
Nie widziałam większego sensu w tym, żeby rezygnować ze sporadycznie oglądanych seriali czy filmów, bo nie tu leżał mój problem. Sporo czasu poświęcałam jednak na przeglądanie YouTube'a i to to medium postanowiłam ukrócić. W związku z tym, że dzierganie zadomowiło się w mojej rutynie na dobre już dwa lata temu, nie było szokiem, że to właśnie tę aktywność wybierałam, tylko tym razem bez wideo lecącego w tle. Nie zdziwi, jeśli powiem, że pracowałam dzięki temu szybciej.
Niedawno w mediach społecznościowych panowała moda na "analogowe hobby". Wśród nich było oczywiście wspomniane już dzierganie, ale i kolorowanie, scrapbooking, haftowanie, czytanie, malowanie, wszystko to, do czego nie potrzebujemy ekranu. Muszę przyznać, ze to doskonałe rozwiązanie, jeśli chcemy ograniczyć nasz czas online. Każda z tych czynności w jakiś sposób rozwija, a przy okazji jesteśmy w stanie odpocząć i zrelaksować się.
Mam skomplikowaną relację z ciszą. Bywa, że pragnę jej ponad wszystko, ale są też momenty, kiedy nie mogę jej znieść. Dlatego gdziekolwiek idę - w tle gra muzyka. Momenty, w których musiałam wyjść z domu i zrezygnować ze słuchania muzyki wspominam z dreszczem niepokoju i raczej nie jest to nawyk, który ze mną zostanie.
W założeniach detoksu dopaminowego jest też rezygnacja ze słodyczy, co wcale nie było proste. Obecnie nazywamy to "cukrownikiem", za czasów mojego dzieciństwa wszelkie słodkości trzymaliśmy w "barku" - jakkolwiek tego miejsca nie nazwiemy, często jest wypełnione po brzegi łakociami. Współlokatorzy nie uczestniczyli w detoksie, nie miało więc sensu opróżniać go dla jednej osoby. No więc walka. Kilkukrotnie przegrana, trudna, ale muszę przyznać, że faktycznie udało mi się ograniczyć spożywanie słodyczy.
Z pewnością korzystne dla zdrowia byłoby również włączenie regularnych spacerów w momentach, w których normalnie siedzielibyśmy przed ekranami. Problem polegał na tym, że było po prostu zimno, a spacer dla idei w temperaturze zbliżonej do zera jakoś mnie nie przekonywał.
Detoks dopaminowy po dwóch tygodniach. Co teraz? Plusy i minusy
Przy ekranach siedziałam więc głównie w pracy, próbowałam oswoić się z ciszą i własnymi myślami (co bywa niewygodne), nie słyszałam powiadomień, ograniczyłam spożywanie słodyczy, czas wolny wypełniałam "analogowym hobby". I tak minęły mi dwa tygodnie.
Pierwszy z nich był dziwny, bywało, że czułam się nieswojo. Cisza przeszkadzała, a oczy i dłonie same szukały telefonu. Drugi tydzień był znacznie łatwiejszy.
W obliczu tego eksperymentu zdecydowanie warto zastanowić się nad tym, czy naprawdę większość z tych czynności, które mamy odrzucić, faktycznie powinna zostać odrzucona. Komu będzie lepiej z tym, że nie obejrzymy filmu jednego wieczoru w tygodniu? Sytuacja naturalnie wygląda gorzej, jeśli włączamy interesujące nas wideo, a w międzyczasie i tak scrollujemy na telefonie i poddajemy się tysiącom innych rozpraszaczy - w końcu jeśli spojrzeć na to chłodno, to i tak dojdziemy do wniosku, że niczego właściwie nie oglądamy i nie wynosimy z tej rozrywki.
To z kolei prowadzi do wniosków, które wysnuli już autorzy analizujący kilkadziesiąt artykułów na ten temat, czyli że najważniejszy jest zdrowy rozsądek i dopasowanie detoksu do swoich potrzeb i możliwości. Sami najlepiej wiemy, w których sferach przesadzamy i co sprawia, że z jakiegoś powodu czujemy się niekomfortowo, a plastrem na nasze bolączki zdecydowanie nie będzie rozwiązanie przekopiowane z Instagrama.
Część zmian ze mną zostanie. Z pewnością nie pozbędę się trybów skupienia z telefonu, bo wiem, że rezygnacja z ciągłych powiadomień jest dla mnie korzystna. Nie ma jednak opcji, że zrezygnuję także ze słuchania muzyki albo oglądania wideo do robótek ręcznych, dlatego że siedzenie w ciszy dla samej idei siedzenia w ciszy nie daje mi na tyle korzyści, żeby miało to sens. Co ciekawe, przez eksperyment teraz dużo mniej chętnie sięgam po wideo na YouTube'ie. To duża zmiana, bo bywało, że leciały w tle non stop, obecnie czar prysł, a ta aktywność nie wydaje mi się aż tak atrakcyjna.
Mamy czas Wielkanocy, moment mojej detoksowej próby złożył się więc idealnie - w sam raz do tego, żebym siedząc przy świątecznym stole, nie odczuwała ogromnej potrzeby przeglądania internetu czy właściwie robienia czegokolwiek, co da mi więcej rozrywki i dopaminy. Chociaż na pierwszy rzut oka eksperyment może okazać się przerażający albo niemożliwy, myślę, że warto spróbować, pamiętając jednak, żeby uwzględnić swoje potrzeby oraz możliwości i monitorowanie swojego stanu - jeśli czujemy, że coś nam nie służy, nie ma sensu się do tego zmuszać.




![Najdziwniejsze miejsca na Ziemi. Mało kto zdobywa 10/10 [QUIZ]](https://i.iplsc.com/000MNCXA30SXE4EN-C401.webp)




