WHO: Szczepionka przeciwko Eboli dopiero za 6-9 miesięcy
Afryka ponownie zmaga się z epidemią Eboli, a sytuacja jest na tyle poważna, że Światowa Organizacja Zdrowia ogłosiła w niedzielę stan zagrożenia zdrowia publicznego o znaczeniu międzynarodowym. Odpowiada za nią rzadki wariant wirusa - Bundibugyo, który nie pojawiał się w regionie od ponad dekady. Jak potwierdza WHO, prace nad szczepionkami trwają, ale zajmą co najmniej 6 do 9 miesięcy.

Obecna epidemia Eboli w Demokratycznej Republice Konga (DRK) i Ugandzie obejmuje ponad 600 podejrzanych przypadków, z czego odnotowano już 139 zgonów. Ze względu na dynamikę sytuacji, Światowa Organizacja Zdrowia (WHO) ogłosiła to ognisko zagrożeniem zdrowia publicznego o zasięgu międzynarodowym. Eksperci podkreślają bowiem, że rzeczywista skala epidemii może być znacznie większa, ponieważ wykrywanie wirusa w regionie wciąż napotyka poważne trudności, a mówimy o obszarach dotkniętych zarówno ubóstwem, jak i wieloletnimi konfliktami zbrojnymi.
To nie pandemia, ale sytuacja jest poważna
Lokalne systemy ochrony zdrowia znajdują się pod ogromną presją, w wielu placówkach zaczyna brakować miejsc dla pacjentów, a personel medyczny - mimo napływu sprzętu ochronnego - wciąż pracuje w warunkach dalekich od bezpiecznych. Zwłaszcza że w przeciwieństwie do lepiej poznanego szczepu Zaire, dla którego istnieje skuteczna szczepionka, wobec Bundibugyo pozostajemy praktycznie bezbronni.
WHO potwierdza, że trwają prace nad co najmniej dwiema potencjalnymi szczepionkami, jednak żadna z nich nie przeszła jeszcze badań klinicznych, więc według najnowszych szacunków przygotowanie gotowego preparatu może potrwać od sześciu do dziewięciu miesięcy. Dodatkowo druga z opracowywanych szczepionek, oparta na technologii znanej z preparatu AstraZeneca przeciw COVID-19, wciąż nie posiada wystarczających danych potwierdzających skuteczność, co zwiększa niepewność co do jej przyszłości.
Trudno wykryć i jeszcze trudniej zatrzymać
Ebola przenosi się poprzez bezpośredni kontakt z płynami ustrojowymi i uszkodzoną skórą, prowadząc do ciężkich krwotoków i niewydolności narządów. Problem polega jednak na tym, że jej początkowe objawy przypominają znacznie bardziej powszechne w regionie choroby, takie jak malaria czy dur brzuszny.
To opóźnia diagnozę i sprzyja dalszemu rozprzestrzenianiu się wirusa. Pierwszy znany przypadek obecnej epidemii dotyczył pielęgniarki, która zmarła pod koniec kwietnia w mieście Bunia - jednym z głównych punktów ogniska choroby. Sytuację dodatkowo komplikuje kontekst społeczno-polityczny, bo wschodnia część DRK od lat pozostaje obszarem niestabilnym, gdzie działania zbrojne i migracje ludności utrudniają prowadzenie skutecznych działań epidemiologicznych.
Bez skutecznej szczepionki i leków skierowanych przeciwko szczepowi Bundibugyo, walka z epidemią będzie więc w dużej mierze opierać się na izolacji przypadków i ograniczaniu transmisji. A to, jak pokazuje historia wcześniejszych ognisk Eboli, bywa znacznie trudniejsze, niż się wydaje.









