Reklama

Jakub Czarodziej: Hejterzy są bardzo potrzebni

Jakub Czarodziej: "Dzięki krytyce widzę swoje błędy. Mam darmową korektę swoich ruchów" /materiały prasowe

Reklama

- Nie każdy jest obdarzony tytanowym charakterem. Na przykład mój - za co bardzo dziękuję - szlifują hejterzy. Bez nich by mnie nie było w miejscu, w którym jestem. Są bardzo potrzebni - mówi Jakub Czarodziej, znany z social mediów kontrowersyjny psycholog i specjalista resocjalizacji, autor książki "Magia zmiany".

Agnieszka Łopatowska, Interia: Jak nazwać twoją działalność - jesteś coachem?

Jakub Czarodziej: - Coaching zostawiam coachom. Często bywam nazywany coachem, ale ludzie mogą sobie nazywać mnie jak chcą. Staram się im tłumaczyć, żeby bazowali na faktach, na prawdzie, a nie na tym, co sami wymyślili i nazwali sobie mnie tak, jak im było wygodnie.

Twoja książka nosi tytuł "Magia zmiany" - na ile w pragnieniu zmiany jest ciężkiej, terapeutycznej pracy nad problemami, które mogą kogoś blokować od dzieciństwa, a ile iluzji - zaklinania rzeczywistości, mówienia sobie, że "wszystko będzie dobrze" i "dasz radę"?

Reklama

- Tu mogę nawiązać do coachingu. Wszyscy znamy jego założenia: "Dasz radę, możesz być kim chcesz, możesz latać helikopterami, jesteś zwycięzcą"... To gówno prawda, bo wystarczy rozejrzeć się wśród naszych bliskich, rodziny, znajomych i już widzimy, że ludzie mają problem z opłaceniem rachunków w terminie i nie ma możliwości, żeby nagle zaczęli zarabiać miliony. Oczywiście - są te pojedyncze przypadki ludzi, którzy podnieśli się od zera i są teraz ikonami, ale właśnie są pojedyncze.

- W indywidualnej chęci zmiany dobrze jest pracować pod okiem specjalisty, bo on wyciągnie z nas nasze predyspozycje i pokieruje w odpowiednią stronę. Bardzo istotna jest kontrola nad osobą, nad którą pracujemy. Kiedy powie: "Nie pasuje mi to, zróbmy inaczej", obierze inny cel. Lepiej mu wytłumaczyć, że ma predyspozycje do czegoś innego, niż miałby się rozczarować próbując osiągnąć to, co sobie wymyślił. Co oczywiście nie oznacza powiedzenia mu, że jest beznadziejny i nie da sobie rady.

Dotyczy to tylko dążenia do sukcesu zawodowego, czy również prywatnego?

- Definicja sukcesu dla każdego jest inna. Kiedyś moim sukcesem było wstać z łóżka i iść do ubikacji - byłem tak schorowany. Dla kogoś innego sukcesem będzie postawienie wieżowca w Warszawie. Dla kolejnego przebiegnięcie 10 kilometrów, a dla następnego pokonanie fobii. Ale zawsze trzeba doceniać człowieka, jeśli na drodze do tego sukcesu daje z siebie 100 procent.

- W życiowej formie przebiegłem 10 kilometrów w 30 minut z hakiem i to dla mnie nie był to sukces, bo porównałem się do mistrzów, którzy zrobili ten dystans w 27 minut. Śmiałem się, że oni jeszcze na mecie wypiją kawę, zanim ja przybiegnę. A moi znajomi powiedzieli, że z kolei mój czas jest ich marzeniem. Nie wolno równać się ze wszystkimi własną miarą, bo to jest niesprawiedliwe.

Podciągnąłeś swój wynik?

- Nie. Musiałem odpuścić bieganie, bo miałem nogi chudsze niż Anja Rubik.

W twojej teorii na sukces składa się wiele różnych czynników. Przeanalizujmy je. Systematyczność...

- Bez niej ani rusz! Jeśli ktoś ma słomiany zapał, nigdy nie dojdzie do celu. To przykład postanowień noworocznych, z których rezygnujemy już gdzieś na Trzech Króli. Można to zobrazować wchodzeniem po schodach w wieżowcu. Jeśli zrobię krok do góry, dwa w tył, trzeci w bok, siądę na murku, odpocznę - nigdy nie dojdę. Albo idziemy systematycznie w górę krok po kroku, albo możemy siąść w domu, przykryć się kołdrą i oglądać seriale. Co też jest spoko, nie potępiam. Jak już się namęczymy, to możemy obejrzeć je sobie w nagrodę.

Determinacja?

- Jak kiedyś powiedziała pewna starsza pani: "Chciałabym, ale się boję". Jeśli ktoś nie jest zdeterminowany, też może się pożegnać ze swoim celem. A czynników, które nam odbierają motywację, jest masa. Na przykład nasi najbliżsi są często takimi czynnikami demotywującymi. Będąc zdeterminowanym musimy wiedzieć, że to wszystko będzie miało miejsce. Kiedy z ludźmi przerabiam tę teorię mówię im: "Teraz poznajemy taktykę wroga". Żeby w pewnym momencie wiedzieli, że te czynniki się pojawią i jak na nie zareagować. Pojawi się krytyka, pytania "Po co ci to?" - wtedy musisz wiedzieć: "Oho! Idzie mi dobrze".

Ten brak wsparcia ze strony rodziny chyba boli najbardziej.

- Boli - nie boli. Szczerze? Co to jest rodzina - czy to są ludzie, których nam przypisało drzewo genealogiczne, czy są to nasi bliscy, z którymi mamy więź emocjonalną? Uważam, że rodzina pod tą drugą definicją nigdy nas nie demotywuje. To oni nas podnoszą, otrzepują z nas błoto i puszczają dalej. Członkowie rodziny wedle drzewa genealogicznego właśnie najczęściej pytają: "Po co ci to?". Sam zresztą to przerobiłem.

Motywacja?

- Są trzy kwestie, które ludzie często mylą: cel, motywacja i droga. Trzeba je bardzo odróżniać. Wiedzieć, gdzie znaleźć motywację, żeby nie pomylić jej z celem, albo drogą. Mówię swoim podopiecznym: "Nie dam wam ryby, ale nawet wędki wam nie dam. Ja was nauczę robić wędkę, właśnie po to, żebyście nauczyli się znajdowania motywacji". Ona jest wszędzie.

Ważniejsza jest dla ciebie droga czy cel?

- Cel. Ale drogę trzeba bardzo szanować i mieć do niej dużo pokory.

Honor?

- Uważam go za mocną cechę. Dochodzi do niego szacunek, twardy charakter. To pozwala ochronić siebie, nie pozwolić się powalić. Powiedzieć komuś: "Wiem, co robię, a za demotywację serdecznie dziękuję i przepraszam, że nie spełniam twoich warunków, wolę spełnić swoje".

Gładko przechodzimy do niezależności.

- Niezależność też można dwojako tłumaczyć. Z jednej strony jesteśmy uzależnieni od wielu ludzi, bez których bylibyśmy nikim. Ale trzeba się nauczyć niezależności pod kątem samodzielności. Pytamy przyjaciela, czy pojedzie z nami do galerii, bo chcemy kupić sobie spodnie. On odmawia, bo mu się nie chce. To my też nie jedziemy. Czyli odmawiamy sobie życia, bo komuś innemu się nie chce. A właśnie nie - wstajesz i idziesz zrobić to sam. To jest mega istotne: pokochać siebie i wiedzieć, że do swojego celu idziemy sami.

A jak osiągnąć niezłomność charakteru? Nie każdy jest takim obdarzony.

- Oczywiście, nie każdy jest obdarzony tytanowym charakterem. Na przykład mój - za co bardzo dziękuję - szlifują hejterzy. Bez nich by mnie nie było w miejscu, w którym jestem. Są bardzo potrzebni. Charakter się hartuje działaniem, niczym więcej. Trzeba działać, trzeba przegrywać, nawet bardzo często. Gdybym był cały czas komplementowany, już dawno bym sobie dał spokój. A dzięki hejtowi, dzięki krytyce widzę swoje błędy. Mam darmową korektę swoich ruchów, widzę gdzie popełniłem błąd, dziękuję, wyciągam wnioski, jadę dalej.

Pytanie, ile hejtu można na siebie przyjąć.

- Jeden może przyjmować tony hejtu i nic mu nie jest, inny przejmie się trzema negatywnymi komentarzami, takimi, których ja przyjmuję tysiące. Jemu wyrządzą one więcej przykrości, niż mi to, że jestem poniżany w jakichś artykułach. Trzeba to przełknąć, przegryźć i dalej robić swoje - ze wspomnianą wcześniej determinacją.

Jak Jakub Czarodziej radzi sobie z hejterami? Czytaj na następnej stronie >>>

Któreś z zarzutów godzą w ciebie bardziej od innych? Jest ci po nich przykro, albo uważasz je za niesprawiedliwe?

- Tak. Cztery razy wyciągałem już konsekwencje, bo uważałem, że ktoś mocno przegiął pałę. Są bardzo przykre komentarze, ogromne poniżanie, memy - taka jest kolej rzeczy, musimy sobie z tego zdać sprawę. Każdy artysta ma memy na swój temat. To wszystko jest w granicach tolerancji, ale powinno mieć zasady jak w sztukach walki - można się prać po gębie ile wlezie, ale nie poniżej pasa. Hejterzy myślą, że my nie mamy znajomości? Też je mamy i to solidne. Cztery razy powiedziałem: "k..., dość" i musiałem zareagować. A świat jest niesamowicie mały. I to wcale długo nie trwało aż takiego człowieka miałem, tak jak ciebie teraz, przed sobą.

I co zrobiłeś?

- Ekhm... W dwóch przypadkach miałem mieć wypłacone zadośćuczynienie i przeprosiny na pewnej stronie, za opublikowanie na niej mojego zdjęcia i pisanie bardzo brzydkich rzeczy na mój temat. Ale powiedziałem, że tak nie chcę. Wolałem, żeby wśród swoich ludzi zebrali pieniądze i wpłacili je za karę na cel charytatywny. Nie wziąłem pieniędzy dla siebie, pokazałem tym ludziom tylko, jaki ten świat jest mały. Znaleźli się też hejterzy, którzy mnie mocno poniżali, a jakiś czas później mnie przeprosili i powiedzieli, że robię kawał dobrej roboty i chcą się czegoś uczyć ode mnie.

Są hejterzy, są też fani. Gdyby nie było ich tak wielu, pewnie hejterów byłoby mniej. Fani rekompensują ci te ciemne strony popularności?

- Jak nie, jak tak! Moi fani to duży argument za tym co robię. To ludzi dojrzali, dorośli. Często mi ktoś zarzuca, że oglądają mnie gimnazjaliści. Wiem, że te rzeczy, które w mój sposób staram się przekazać, omijałbym szerokim łukiem gdybym miał lat 13-15. I oni też tak robią. Dopiero kiedy doszedłem do pewnego etapu pracy nad sobą, nazwę go etapem dojrzałości, przekonałem się, co się w życiu liczy.

Kim są twoi podopieczni i czemu tak ich nazywasz? Psychologowie nazywają swoich pacjentami.

- Jeśli kogoś nazywamy pacjentem, człowiek czuje się po prostu niżej. Na początku ludzi, z którymi pracowałem, nazywałem kwiatuszkami. Ale potem zaczęło ich przybywać, więc zdecydowałem, że będę ich nazywać podopiecznymi.

Fakt, że byłeś kiedyś łobuzem pozwala ci ich lepiej zrozumieć i wybrać inne metody, niż te, z których korzystałbyś po prostu po studiach?

- Kiedy mówię ludziom, że skończyłem resocjalizację, to zazwyczaj myślą, że byłem resocjalizowany. (śmiech)

- A byłem strasznym łobuzem, strasznym. Moja mama w wieku 30 lat miała siwe włosy - dzięki mnie. Przechodziłem ludzkie pojęcie. Podkreślam jednak, że nigdy nie skrzywdziłem człowieka, ani zwierzęcia. Tak szalałem, że w wieku 13 lat grożono mi poprawczakiem, bo już nie było na mnie innej rady. Usiadłem na tyłku, kiedy urodziła się moja siostra. Miałem 13 lat. I powiedziałem sobie: "Człowieku, ty musisz dać matce spokój".

Zrekompensowałeś mamie ten czas?

- Do tej pory to robię. Pytałaś mnie wcześniej, czy lepiej mi zrozumieć te dzieciaki. Jasne, ale do tego dochodzi wiedza, plus szkolenia, plus kursy. Bo szczerze mówiąc, na studiach nauczyłem się najmniej. Plus oczywiście praktyka. W książce jest opis, jak nauczyliśmy troszkę życia niejakiego Krisa. Widziałem w nim to samo, co było u mnie. Tylko ja byłem jeszcze gorszy.

Ale wiesz, że to była ryzykowna akcja.

- Wszystko było pod kontrolą, naprawdę. Moją i paru innych specjalistów. Nie robiłem tego sam. Odwiedzam te dzieci w domach, zawożę im ubrania ze swojej linii, takie, w których coś się delikatnie nie uda, na przykład ktoś źle wszyje metkę. Lubię z nimi pracować, pod jednym warunkiem: że one chcą pracować ze mną. Ale w świecie internetu przez młodzież jestem znienawidzony, bo tak została zmanipulowana przeciwko mnie. Oni ślepo w to zaczęli wierzyć, a uważam, że powinni sobie przeczytać mój post, zobaczyć filmik i przekonać się, że ten łysy nie robi im nic złego. I nigdy nie zrobił.

Dla kogo Jakub Czarodziej napisał książkę - czytaj na następnej stronie >>>

Myślisz, że po twoją książkę sięgną inne osoby niż te, które znają cię z internetu?

- Przedsprzedaż pokazała - a bardzo fajna liczba z tego wyszła, za co im bardzo dziękuję - że oczywiście większość zamówień zrobili ludzie z mojego Instagrama i Facebooka. Mam nadzieję, że trafi też do innych. Mnie brakowało czegoś takiego 15 lat temu. Jest napisana najprostszym językiem, żeby każdy mógł ją przeczytać. Będę szczęśliwy, jeśli zrobi czytelnikowi chociaż maleńki ruch w głowie. Że zacznie zdawać sobie sprawę z pewnych kwestii i żyć po swojemu. Tego ludziom brakuje.

Polecasz ją każdemu - od nastolatka po osoby dojrzałe?

- Są ludzie, którzy chcą nad sobą pracować, szukają impulsu, szukają bodźca. Tak, jak ja szukałem go u siebie. "Magia zmiany" może być dla nich zapalnikiem, ale ona sama nie zmieni nikomu życia. Chciałbym, żeby była taką malutką iskierką do tego, żeby ktoś sięgnął może po kolejna książkę, może po szkolenie, żeby zaczął iść do swojego celu. Oczywiście zapraszam też na sesje do siebie. Jak będę miał miejsca.

Łatwo jest się na nie dostać?

- Stare dobre przysłowie mówi: pracy nie przepracujesz. Mam określoną liczbę miejsc tygodniowo i tego nie przepracuję. Mam też swoje życie prywatne, dwie firmy. Oczywiście z zewnątrz może tak wyglądać, jakbym nie pracował, ale całymi dniami siedział na Facebooku. Prawda jest taka, że śpię po trzy - cztery godziny na dobę. Czasem ktoś mówi, że chciałby przyjść do mnie, bo trzy lata pracuje ze swoim psychologiem i efektów nie widzi. Ile? Trzy lata? U mnie po połowie roku jest won. Chyba nikt nigdy tyle nie przepracował w tak krótkim czasie. Z czym przyszli - mają przerobione, założenie i cel osiągnięte. Następny proszę. Dlatego właśnie kiedy odchodzą moi - jak się śmieję - weterani, wrzucam post i kto pierwszy ten lepszy.

Kiedy wymyśliłeś, żeby psychologię połączyć z ciuchami?

- Zawsze chciałem być cały wytatuowany i mieć własną linię ubrań. Nie kupuję chińskiego badziewia. Mam szwalnię, w której od podstaw szyjemy ubrania. Ludzie, którzy je kupili, doceniają, jak są zrobione. Cieszę się z tego, że stworzyłem swoją markę, ona się pomalutku rozkręca.

- Psychologia. Najbardziej poczułem, że mam do tego... nazwę to darem, kiedy pracowałem w windykacji. Na szkoleniach na windykatora tłukli mi: "Pieniądze, pieniądze, pieniądze". "Masz go męczyć, nie ma kasy - zabierz mu mieszkanie". Takie były początki, a wyniki średnie. Kiedy zacząłem z tymi ludźmi rozmawiać, wyniki miałem najlepsze w Polsce. Nauczyłem się, żeby do ludzi - również bezdomnych i meneli - mieć więcej wyrozumiałości. Rozmawiałem z nimi tysiące razy i nie jesteś w stanie sobie wyobrazić, jak człowieka życie może mocno uderzyć. Moim narzędziem była rozmowa. Dla mnie zaczął liczyć się człowiek. Do tej pory czasem w Katowicach, gdzie wtedy pracowałem, ludzie podchodzą do mnie i dziękują mi, że dałem im ogromną nadzieję.

To stąd to zdanie, że "Szczęście to nie to co masz, ale stosunek do tego, co masz"?

- Tak. Znam ludzi, którzy są obrzydliwie bogaci. Są nieszczęśliwi. Sam nie jestem milionerem, bo nim nie chciałem być. Mam to, co chciałem mieć. Żyję tak, jak chciałem żyć. Mieszkam jak chciałem, wszystko mam jak chciałem. Jestem człowiekiem szczęśliwym. Mam znajomych, którzy na moje spotkania dojeżdżają tramwajem, nie mają samochodów, są przeszczęśliwi - to fajni, radośni ludzie. W książce jest duża wzmianka o optymizmie - trzeba być optymistą.

Tylko do tego optymizmu mimo wszystko trzeba mieć odpowiednie warunki.

- Dlatego często porównuję psychologów do muzyków. Ludzie mnie pytają, ile książek psychologicznych przeczytałem. Ale po co? Czy dobry piosenkarz musi przesłuchać Queen, Abbę, żeby tworzyć? Nie musi. Tworzy, a na jego koncerty przychodzą setki tysięcy ludzi. To się dla mnie liczy w psychologii. Żeby na człowieka, który przychodzi do ciebie, umieć w danym momencie wymyślić metodę. Żeby pracować z nim w sposób indywidualny. Oczywiście trzeba znać teorię, którą już ktoś kiedyś opracował - tak jak muzycy, którzy mają swoje narzędzia - między innymi instrumenty - i na nich bazują, ale tworzą sami.

Użyłeś w naszej rozmowie wobec siebie słowa "artysta" - jako prowadzący kanały socialmediowe, czy artysta - psycholog?

- Mam swój piękny dzióbek do zdjęć, moją piękną twarz... (śmiech)

- Zdjęcia sobie zawsze robię sam. Uważam, że to element, w którym chcę się wyrazić. Swoje posty piszę sam. Tworzę ubrania. Jest we mnie troszkę tego artyzmu.

To wyrażanie czy jednak kreowanie siebie?

- Wyrażałem się już dużo wcześniej, a teraz zaczynam to zamieniać w pieniądze.

Rozmawiała: Agnieszka Łopatowska

***

Dziękuję krakowskiemu Empikowi Bonarka za pomoc w przygotowaniu materiału

INTERIA.PL

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy