Reklama

Sandał w podłodze i randka z Ferrari

Tor Poznań. Siedzę w ciasnym wnętrzu skrępowany pasami bezpieczeństwa. Ta zabawka przyspiesza do setki w niecałe 3 sekundy. Ma 300 koni i waży tylko 600 kilogramów. - Uważaj, jeden fałszywy ruch i po tobie - słyszę od pilota. Nie zamierzam jednak popełniać błędów. Zamierzam przeżyć, bo czeka mnie najbardziej ekscytująca seria randek mojego życia. Jak mają na imię moje wybranki? Ferrari California, Lamborghini Gallardo, Maserati Granturismo i Porsche 911 Turbo. A to i tak nie cała lista...

Ten dzień wydarzył się naprawdę, choć gdy dziś o nim myślę, czasem wciąż nie mogę w to uwierzyć. W ciągu zaledwie kilku godzin spełniłem dziecięce marzenia. Dołączyłem do elitarnego grona kierowców, którzy mieli zaszczyt prowadzić ferrari, lamborghini, maserati i porsche. Dodajmy do tego składu jeszcze nieokiełznanego Ariela Atoma, KTM Xbow i Driftowe BMW M3, a dostaniemy naprawdę wybuchową mieszankę. To dzięki niej przez kilka godzin wręcz pływałem w adrenalinie.

Gdy byłem małym chłopcem, wyobrażałem sobie, jak to jest zasiąść za kierownicą legendarnego sportowego supersamochodu. Nie miałem jeszcze prawa jazdy, ale w myślach setki razy okrążyłem Monzę i Silverstone za sterami wyimaginowanej testarossy czy diablo. Byłem też Ayrtonem Senną albo Nigelem Mansellem i startowałem w wyścigach Formuły 1, za każdym razem kopiąc tyłek wrednemu Alanowi Prostowi moją piękną Hondą McLaren MP4/4.

Rzeczywistość rzecz jasna brutalnie zweryfikowała dziecięce marzenia. Kurs prawa jazdy odbywałem na wiekowym Fiacie Uno, w którym nie działał prędkościomierz, a wycieraczki żyły własnym życiem. Prawko zrobiłem na zwykłej micrze. Potem do dyspozycji miałem różne samochody  i wyroby samochodopodobne, ale z wyjątkiem wiernie służącej mi od lat armii 205-tek, większość nie powodowała przyspieszonego bicia serca.

Z czasem marzenia o zajęciu miejsca za sterami ferrari odłożyłem więc na półkę. Tak wysoko, że - zupełnie zapomniane - pokryły się grubą warstwą kurzu. Pewnego dnia nastąpił jednak nieoczekiwany zwrot akcji. Zupełnie niespodziewanie dostałem od życia piękny prezent.

Reklama

Marzenia milionów na wyciągnięcie ręki

"Chcesz poprowadzić ferrari? To szykuj się. Jedziesz do Poznania" - usłyszałem w redakcji od naczelnego. Ani przez moment nie przeszło mi przez myśl, żeby zaprotestować. Kilka dni później byłem już w drodze do stolicy Wielkopolski. Po dotarciu na miejsce nie ruszyłem w miasto w poszukiwaniu atrakcji. Szybka kolacja i do hotelu. Trzeba się było dobrze wyspać. W końcu rano miałem okiełznać setki narowistych koni mechanicznych...

Oczekiwany dzień. Jak na październik pogoda jest znakomita. Kilkanaście stopni ciepła, bezchmurne niebo i słońce, które sprawia, że piękne bolidy lśnią jeszcze bardziej. Po dotarciu na tor udaję się do "parku maszyn". Z trudem powstrzymuję szczękę przed opadnięciem na asfalt. Przed oczami mam prawdziwe cuda na czterech kołach. Motoryzacyjne marzenia milionów mężczyzn na wyciągnięcie mojej ręki: Porsche 911 Turbo, Ferrari California, Lamborghini Gallardo, Maserati Granturismo, Ariel Atom, KTM Xbow i BMW M3.
- Którym będę jeździł? - pytam instruktora.
- Jak to którym? Każdym - odpowiada wyraźnie zdziwiony.

Trafiam do drużyny nazwanej Team Williams. Jako pierwszy ujeżdżać będę dziką choć niepozorną bestię, której nazwa kojarzy się raczej z proszkiem do prania. Ariel Atom nie ma dachu, ma za to 300 koni mechanicznych i waży niewiele ponad 600 kilogramów. - Czy to na pewno dobry samochód na początek przygody z jazdą na torze? - dopytuję się.
- Najgorszy z możliwych - śmieje się instruktor. - No, ale wsiadaj już, nie ma czasu!

Sandał w podłogę, ogień i do odcinki!

No i wsiadłem. Tkwię w ciasnym wnętrzu skrępowany pasami bezpieczeństwa. Ta zabawka przyspiesza do setki w niecałe 3 sekundy. Ma 300 koni i waży tylko 600 kilogramów. - Uważaj, jeden fałszywy ruch i po tobie - słyszę od pilota. Nie zamierzam jednak popełniać błędów. Zamierzam przeżyć, bo już wkrótce czeka mnie najbardziej ekscytująca seria motorandek mojego życia.

Ruszam powoli, chyba ze zbyt dużym szacunkiem dla maszyny. Pilot pokazuje dłonią gest, jakby rąbał siekierą drewno na opał. Oznacza to "ogień!", czyli sandał w podłogę, kręcimy do odcinki! Atom jęczy na wysokich obrotach, a mnie wbija w fotel. Jedzie się fantastycznie. Nie znam jeszcze trasy, więc nie pozwalam sobie na wiele. Na razie jestem tylko mistrzem prostej. Choć to przecież żadna sztuka. A że lubię się uczyć od lepszych, proszę mojego pilota o małą zamianę miejsc i jedno pokazowe kółko. Zgadza się i po chwili pokazuje, jak z Atoma wycisnąć na torze 100 procent. Jak odpowiednio wchodzić w zakręty, kiedy przyspieszać, kiedy hamować, a kiedy zredukować bieg. Uff... Ta przejażdżka to naprawdę dobra nauczka. Czas na przesiadkę.

Następny w kolejce jest KTM X-bow. To też torowy wariat, ale słabszy niż Atom. 240 koni, ok. 800 kilogramów wagi i "tylko" 3,9 s do setki. Owijam się pasami, zakładam kask i rękawice, i ruszam. Nieco odważniej, bo mniej więcej wiem, z czym to się je. Po pierwszej dłuższej prostej hamowanie. Niespodzianka - hamulce nie mają wspomagania. W dodatku pedały gazu i hamulca położone są dość blisko siebie, co nie pozwala dobrze wyczuć samochodu. Przy przyspieszaniu zahaczam o hamulec, przy hamowaniu o gaz. Nie decyduję się na wielkie szaleństwa w KTM-ie. Robię kilka kółek i odpuszczam dalsze jazdy.

Czas na kolejny etap zabawy, tym razem w nieco starszych maszynach. Ale kto, widząc rasowe BMW M3 w driftowej specyfikacji, wypominałby im wiek? No właśnie! Dlatego też nie narzekamy, za to wręcz palimy się, żeby spalić nieco "laczka" na zakrętach.

Krótkie przeszkolenie - kółko z instruktorem, dwa kółka na poznanie trasy i znowu ogień! Tym razem jednak liczy się czas, bo to konkurencja drużynowa. Wszystko dzieje się niesamowicie szybko i sprawia olbrzymią frajdę. Tu pożądany jest refleks rewolwerowca, a o sukcesie lub porażce decydują centymetry i ułamki sekund. Mały błąd i zwiedzasz "pastwisko", czyli pas zieleni przy torze. Na szczęście dajemy radę. Czasy od 56 sekund do 1:00 dają nam na koniec dnia zwycięstwo w generalce. Hell yeah! Jestem drifterem!

Surowa, brutalna, bezkompromisowa

W czasie gdy my lataliśmy bokiem w bawarskich "emtrójkach" do alei serwisowej podjechały kolejne lśniące zabaweczki. Zanim przetestowałem wymarzone Ferrari California, dosiadłem ponurego żniwiarza - Porsche Carrera Turbo. Bestia ze Stuttgartu to niesamowita maszyna. Jej wygląd zewnętrzny nie oddaje w pełni agresji, która w niej drzemie. 911-tka jest surowa, brutalna i bezkompromisowa. Za jej kierownicą czujesz się jak prawdziwy bandyta. Obszyta szorstką alcantarą kierownica, niezwykle ergonomiczny aluminiowy lewarek zmiany biegów i czytelne zegary.  Porsche chłoniesz niemal wszystkimi zmysłami, odkąd tylko posadzisz swój tyłek na fotelu. A w głowie jak mantrę słyszysz tylko jedno słowo "Zapier...j"!

No i zapier...łem. Żebyście wiedzieli, że zapier...łem! Ależ to auto jest fantastyczne! Czapki z głów dla inżynierów ze Stuttgartu, bo naprawdę stworzyli maszynę, która jest w stanie wejść w stan symbiozy z kierowcą. Porsche przenosi na twoje ciało każdy przechył, każde drgnięcie czy nierówność. A kiedy korzystając z siły odśrodkowej wciskasz gaz na wyjściu z zakrętu, wyobrażając sobie resztki gumy pozostawionej na asfalcie, masz ochotę wydzierać się z radości wniebogłosy. 911 Turbo to przyczajony tygrys, ukryty smok, wściekły byk i Tommy Lee Jones w jednym!

Smutno rozstawać się z porszakiem, ale pociesza mnie myśl, że za moment dostąpię motoryzacyjnej nirwany. Dane mi będzie poprowadzić czerwonego rumaka rodem ze stajni w Maranello, jedno z ostatnich wielkich dzieł studia Pininfarina. Zajmuję miejsce za kierownicą, ustawiam fotel i wrzucam bieg łopatką przy kierownicy. Niestety, dla amatora takiego jak ja przewidziano w pełni automatyczną zmianę biegów, tak więc nie będzie zbyt dużo zabawy. Naciskam pedał gazu i ruszam.

Nie dorosłem do Ferrari

Szczerze? Szału nie ma. Po szalonej przygodzie z porsche włoski ogier nie jest wcale tak dziki, jak bym mógł się tego spodziewać. Płynnie zmienia biegi, bardzo dobrze przyspiesza, ale nie prowadzi się tak dobrze jak zbudowana z chirurgiczną niemiecką precyzją 911-tka. Czuć, że jest o 200 kilogramów cięższy. Dochodzę jednak do wniosku, że to nie ferrari jest słabe, ale ja zbyt mało doświadczony.

Po paru okrążeniach po raz drugi tego dnia proszę pilota o zamianę miejsc. Znów chcę zobaczyć z perspektywy pasażera, z czym to się je. Przejażdżka z zawodowcem potwierdza moje przypuszczenia. Do ferrari jeszcze nie dorosłem. Przez całe okrążenie próbuję nakręcić pamiątkowy filmik z jazdy, ale nie jestem w stanie trafić palcem w przycisk nagrywania na ekranie telefonu! Przeciążenia są tak gwałtowne, że choć jestem zapięty pasami, miota mną jak szatan. Californię opuszczam spocony, ale szczęśliwy. Jeśli będę miał jeszcze kiedyś okazję - spróbuję zmierzyć się z nią ponownie.

Na stół wjeżdża kolejne danie z kuchni włoskiej - Maserati Granturismo. Nie 500 koni jak w Porsche, nie 470 jak w Ferrari, lecz tylko 405. Za to w niezwykle luksusowej oprawie, a wszystko to na monstrualnych 20-calowych kołach. Niebieskie cyferblaty z lśniącym trójzębem zachęcają do sportowej jazdy, ale zapach wysokogatunkowej skóry nieco tonuje emocje. Tak czy inaczej, nie zamierzam przełączać na tryb "eco", choć znów jadę automatem. Lewa noga chwilowo odpoczywa, prawą dociskam pedał do podłogi, a z okolic silnika i wydechu wydobywa się przyjemny bulgot.



Niestety, to tyle jeśli chodzi o ekstremalne wrażenia z jazdy maserati. W porównaniu z poprzednikami bolid sygnowany przez Neptuna wypada naprawdę blado. Z dwiema osobami na pokładzie waży ponad dwie tony i to wyraźnie czuć. Jest ociężały, zupełnie inaczej wchodzi w zakręty, a skrzynia nad każdą zmianą biegu zastanawia się dłużej niż grecki filozof.

Teraz rozumiem już, po co w ofercie firmy z Modeny wersje MC, Sport i Stradale. Po prostu zwykłe Granturismo dla kogoś, kto zna się na sportowych supersamochodach, będzie tylko stylową gablotą do wożenia się po bulwarach. Każdego innego dnia z przejażdżki maserati byłbym z pewnością zadowolony, ale po jeździe za kierownicą porsche i ferrari optyka znacznie się zmienia...

Rollercoaster Gallardo


Na koniec zostawiam sobie coś naprawdę specjalnego. Wisienkę na torcie, "creme de la creme", czyli Lamborghini Gallardo. Biała perła, 520 koni pod maską i napęd na cztery koła.

Dźwięk widlastej dziesiątki porównać można do startującego concorde'a, zresztą siedząc w środku czujesz się jak za sterami myśliwca. Czy lambo ma jakieś słabe punkty? Rozpieszczony przez poprzednie wozy stwierdzam, że nieco tandetnie wygląda kierownica. Ale pewnie się czepiam. Sama jazda za to, to cud, miód i orzeszki...

Gallardo jest niższe, szersze niż Porsche, przez co prowadzi się jeszcze lepiej na torze. Przyspieszenie kojarzy się z jazdą rollercoasterem, a hamulce... Nie przypuszczałem, że mogą być aż tak dobre. Na całe szczęście tym razem mogę zmieniać biegi łopatkami przy kierownicy, co sprawia ogromną frajdę.



"I feel you creeping I can see it from my shadow. Wanna jump up in my Lamborghini Gallardo?" - nucę sobie pod nosem przebój Akona, pokonując kolejne łuki poznańskiego toru.  Niestety, wszystko co dobre, kiedyś się kończy. Zjeżdżam do boksu, zdaję broń i odznakę (czytaj: Lambo i kluczyki) i rzucam ostatnie, tęskne już spojrzenie na połyskujący w jesiennym słońcu perłowy lakier niezwykłego lamborghini.

Następnego dnia wracam do rzeczywistości. Do pracy jadę moim 25-letnim Peugeotem 205 z 60-konnym klekoczącym dieslem i śmieję się sam do siebie, jak skrajnych motoryzacyjnych przeżyć dane mi jest doświadczać. Sam nie wiem, czym zasłużyłem na jedną z najpiękniejszych przygód życia, ale cieszę się, że mogę podzielić się z wami choć małą cząstką emocji z tego dnia. I na koniec mała rada: jeśli złapiecie kiedyś złotą rybkę, koniecznie poproście ją o własny tor wyścigowy i garaż pełen sportowych maszyn. Zapewniam - nie pożałujecie!

Rafał Walerowski
   

INTERIA.PL

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy