Reklama

Tu się wszystko kończy i zaczyna

Jakie jest Trójmiasto, czy molo i żuraw to jedyne rzeczy, które warto obejrzeć? - opowiadają nam Mariusz Dalecki i Artur Olkowicz, muzycy z zespołu eM.

Poprzednią płytę "Kilka wyjść" przygotowaliście w garażu, w wolnych chwilach. Teraz mam w ręku drugi krążek "Taniec skośnookich delfinów". Co się zmieniło przez ten czas?

Mariusz Dalecki (wokalista, gitarzysta): Od mniej więcej roku, półtora nie chodzę już do pracy. Zmienił się też basista. Przy pierwszej płycie normalnie pracowałem, przy nagrywaniu drugiej już musiałem zrezygnować z pracy, bo brakowało mi czasu. Zagraliśmy mnóstwo koncertów, zdobyliśmy dużo doświadczenia i myślę, że to słychać na tej płycie - jest dojrzalsza.

Reklama

A garaż?

Artur Olkowicz (bas): W garażu nie graliśmy już od dawna, właśnie jesteśmy w trakcie przenosin z sali prób w Pruszczu Gdańskim do Gdańska, gdzie będziemy grali w kompleksie muzycznym z innymi zespołami. W planach mamy budowę profesjonalnej sali, w której nawet będzie można robić nagrania demo.

"Gdańsk Sopot Gdynia, tam wszystko się kończy i zaczyna" - billboard ze słowami waszej piosenki wita wjeżdżających do Gdańska. Co to dla was znaczy?

Mariusz Dalecki: Trójmiasto to jest takie miejsce, w którym większość z nas się urodziła, dorastała, chodziła do szkoły, pracowała. To taki początek i koniec świata.

Artur Olkowicz: Tu się dobrze czujemy, identyfikujemy się z tym miejscem, to ważne miejsce w naszym osobistym krajobrazie.

Mariusz Dalecki: W Warszawie jest stowarzyszenie grupujące gdańszczan, którzy przyjechali tu do pracy. Bardzo im się ta piosenka podobała, nawet pytali naszego menedżera, czy na ich wspólnej wigilii może być odtworzona. Musi więc coś być w Trójmieście, że jest ważne nawet dla tych, którzy od kilku lat już w nim nie mieszkają.

Dla was, gdańszczan, Gdańsk to...

Artur Olkowicz: Morze. To jest coś, czego trudno nie zauważyć, coś, co się jednoznacznie kojarzy z Trójmiastem. Od tego trzeba zacząć, mówiąc o Gdańsku - to miasto, w którym jest morze.

Mariusz Dalecki: Bardzo lubię sporty wodne, przede wszystkim windsurfing. To jest dobry sport na lato, kiedy na plaży jest dywan ludzi. A jeśli chcę po prostu pospacerować nad morzem, to robię to jesienią. Czujesz ten morski zapach, oddech, szum, nawet fale wydają się prawdziwsze. To jest kolosalna różnica - morze w sezonie, a morze jesienią. Wtedy na plażę przychodzą ludzie z bloków, którzy mają do plaży 200 metrów. To jest fajne - wychodzisz z klatki nad morze. A do takich spacerów nadaje się cały pas trójmiejskiego wybrzeża. Gdańsk jest położony na wzgórzach i to zapewnia znakomity kontakt z przyrodą: mamy morze, las, wzniesienia. Są miejsca, gdzie ludzie mieszkają 100 metrów od lasu, a pod ich domy podchodzą dziki. Z kolei Skarpa Orłowska w Gdyni jest ulubionym miejscem paralotniarzy - pod koniec lata jest czas najlepszych prądów wznoszących i wtedy nad orłowskim klifem zobaczyć można krążące kolorowe skrzydła parolotni. Najwięcej turystów tradycyjnie odwiedza gdańską starówkę.

Ale to chyba nie jest jedyne miejsce, gdzie warto pójść?

Artur Olkowicz: Na mnie ciągle jeszcze wrażenie robi wieża Mariacka - co jakiś czas robię sobie na nią wycieczkę. W ogóle Gdańsk to miasto, które można oglądać z góry, bo jest dużo wież, na które można wchodzić. Jest wieża widokowa w Oliwie, dodatkowo jeszcze położona na wzgórzu, wieża przy Uniwersytecie Gdańskim, o której mało kto wie.

Mariusz Dalecki: Stary Wrzeszcz, Orunia, Oliwa to są dzielnice, gdzie dawniej zamieszkiwali Niemcy. Niewiele jest miejsc w Gdańsku, gdzie zobaczyć można to dawne stare miasto. 90 proc. zostało zniszczone w czasie II wojny światowej. Jest nawet taka anegdota: jednym z nielicznych kościołów, który ocalał przez zniszczeniem przez Rosjan, był kościół św. Józefa. A dlaczego? Dlatego, że to imię Stalina i żołnierze bali się go zburzyć. Chodziłem trochę po Stoczni Gdańskiej, nie wiem, czy można tam wejść legalnie, ale warto spróbować. Puste hale, żurawie, pozostałości jakichś urządzeń robią niesamowite wrażenie. Samochodem warto przejechać się nocą w okolice Rafinerii Gdańskiej: miliony świateł, błyszcząca plątanina rur, rusztowań, konstrukcji. Wygląda to jak miasteczko z przyszłości.

Swego czasu słynna była trójmiejska scena rockowa. Nadal istnieje?

Artur Olkowicz: Istnieje. Z 9 zespołów z festiwalowego konkursu w Węgorzewie cztery są z Trójmiasta, dwa kolejne z Pomorza. Scena trzyma się nieźle. Problem jest z występami - jeszcze 4-5 lat temu było tak, że koncerty, na których mało znane zespoły mogły zagrać, odbywały się co tydzień. Przychodziło 80-100 osób, grało się za piwo, ale nie było problemów ze zorganizowaniem takiej imprezy. Dziś z organizowaniem koncertów w Trójmieście jest dużo trudniej.

Mariusz Dalecki: Była scena w Żaku, w Rudym Kocie. Z tych - uważanych za kultowe - klubów żaden się nie utrzymał. W Rudym Kocie nie ma nic, w Burdlu nie ma nic, Żak został przeniesiony i wszystko się rozmyło. Jedynie w Gdyni powstało fajne miejsce, nazywa się Ucho.

Rozmawiał: Tomasz Kunert

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy