Steve Fetter jest profesorem polityki publicznej na Uniwersytecie Maryland, specjalizującym się w tematyce m.in. kontroli zbrojeń jądrowych. Od marca 2009 do lipca 2012 i od lipca 2015 do stycznia 2017 pracował w Biurze Polityki Naukowej i Technologicznej Białego Domu za rządów prezydenta Baracka Obamy, gdzie kierował działem ds. środowiska i energii oraz działem ds. bezpieczeństwa narodowego i spraw międzynarodowych.
Spis treści:
- "Putin będzie chciał wysłać sygnał". Oto jak może wyglądać użycie broni atomowej
- Tylko sygnał czy już uderzenie?
- Co się stanie, gdy nastąpi wybuch
- Zburzenie międzynarodowego porządku
- Świat po użyciu bomby atomowej. Czy Polska mogłaby sama zbudować broń nuklearną?
- Jak prawdopodobne jest użycie broni atomowej przez Rosję?
"Putin będzie chciał wysłać sygnał". Oto jak może wyglądać użycie broni atomowej
Marcin Jabłoński, Interia Geekweek: Pytanie o to, czy Rosja użyje broni atomowej, jest dość szerokie. Jak może wyglądać najbardziej realny scenariusz sięgnięcia po ten rodzaj broni?
Steve Fetter: Mówiąc o samej detonacji, powinniśmy przeanalizować, jaki byłby jej cel. Co dokładnie chcieliby osiągnąć Rosjanie, a konkretniej Władimir Putin. Najbardziej spekulatywnym scenariuszem byłaby detonacja demonstracyjna.
Czym ona mogłaby być?
- Niepowiązaną z działaniami zbrojnymi detonacją np. nad Morzem Czarnym albo gdzieś w wysokiej atmosferze. Nie byłoby to stricte wykorzystanie bojowe, ale byłby to niezwykle jasny sygnał. I sam sygnał miałby podnieść wagę wiadomości "jeśli nie zrobicie tego, co ja chcę, następna detonacja nuklearna może być już bezpośrednim atakiem".
W jaki sposób Rosjanie mogliby dostarczyć ten "nuklearny sygnał"?
- Myślę, że byłaby to broń przenoszona przez bombowce, ponieważ można nad nią utrzymać kontrolę praktycznie do samego uderzenia. Natomiast w przypadku pocisku balistycznego wystrzeliwanego z lądu np. z silosów czy mobilnych wyrzutni nie ma aż takiej kontroli. Więc według mnie najbardziej prawdopodobne byłoby właśnie użycie broni nuklearnej przenoszonej przez pilotowany samolot.
Należy podkreślić, że w scenariuszu demonstracyjnego użycia broni atomowej jako sygnału, ostatnie, czego chcieliby Rosjanie, to awaria użytego systemu. Oni już wcześniej dawaliby o tym znać, budowali napięcie, więc chcieliby mieć absolutną pewność, że to, co zapowiadają, stanie się, gdy się na to zdecydują.
A czy użycie broni atomowej z platformy powietrznej nie jest łatwiejsze do skontrowania? Wydaje się, że bombowiec może być łatwiejszy do zestrzelenia niż taki pocisk balistyczny.
- To jeden z kontrargumentów, niemniej najprawdopodobniej Rosjanie wystrzeliliby taką broń z pokładu bombowca, który znajdowałby się jeszcze na ich terytorium. Byłby więc względnie bezpieczny.

Tylko sygnał czy już uderzenie?
Jeśli chodzi o to "budowanie napięcia", to jakie mogłyby być najbardziej oczywiste sygnały dla świata wskazujące, że Rosjanie użyją broni jądrowej?
- Gdyby rosły straty bojowe Rosji, a Ukraina odzyskiwała okupowane terytoria, mógłbym sobie wyobrazić, że Putin wydałby oświadczenie w następującym tonie: "Jest oczywiste, że celem zachodnich agresorów i ich nazistowskich kolaborantów jest całkowita klęska i upokorzenie Rosji. Wielokrotnie ostrzegałem przed ryzykiem wywołania katastrofy, ale oni zignorowali te ostrzeżenia. Więc posłuchajcie teraz! Dzisiaj wydałem rozkaz użycia broni specjalnej, aby dać ostatnie ostrzeżenie, że świat stoi u progu przepaści. Jeśli nie posłuchacie tego ostrzeżenia, nie będzie już odwrotu".
A co gdyby Rosjanie poszli o krok dalej i nie zdetonowali ładunku atomowego w atmosferze czy na Morzu Czarnym, ale np. na Ukrainie w ramach operacji wojskowej?
- Ludzie często błędnie zakładają, że broń atomowa jest orężem mogącym zadecydować o wyniku wojny. Bierze się to oczywiście z ogromnej mocy takiej broni. Niemniej w osiągnięciu celów bojowych, broń atomowa sprawdza się tylko w przypadku ataku na skoncentrowane skupiska sił.
Jeżeli Rosjanie chcieliby wykorzystać broń atomową w celu osiągnięcia jakiegoś militarnego sukcesu, musieliby jej użyć w dużej liczbie. A to jest już bardzo mało prawdopodobne tylko w przypadku Ukrainy. Uważam więc, że dalej użycie broni atomowej przez Rosjan należy rozpatrywać w kontekście sygnału.
Tak, ale chyba jedno nie wyklucza drugiego. Uderzenie bojowe też może być sygnałem i prawdopodobnie jeszcze mocniejszym, bo w zamyśle zakłada zniszczenie jakiegoś celu i śmierć ludzi.
- Oczywiście, bo wtedy ten sygnał pokazuje, że przekroczyło się wręcz nieprzekraczalną linię. Mówi "jestem w stanie zapłacić wielką cenę, większą niż wy, aby utrzymać konflikt, a moja wola walki jest większa niż wasza".
W scenariuszu wysłania sygnału poprzez bojowe użycie broni atomowej najbardziej prawdopodobne jest zdetonowanie od jednego do trzech ładunków o niższej mocy rażenia, tj. taktycznej broni atomowej, do zaatakowania odizolowanych ukraińskich baz. Jest kilka tego typu jednostek na Ukrainie np. bazy morskie na Morzu Czarnym. Nie byłoby to uderzenie w infrastrukturę, która mogłaby być określona jako niezwykle decydująca w znaczeniu prowadzenia wojny, ale dalej bardzo ważna. Taka, która mogłaby usprawiedliwić - a może to bardziej Rosjanie mogliby ją wykorzystać do usprawiedliwienia - użycie broni atomowej.
Czy takim usprawiedliwieniem mogłaby być historia o przechowywaniu w określonej lokalizacji broni strategicznej, którą Zachód dostarczył Ukrainie i która - zdaniem Rosjan - stanowiła poważne zagrożenie dla samego istnienia ich państwa?
- Tak. W szczególności przekazanie broni zdolnej do przeprowadzania dalekosiężnych uderzeń ofensywnych mogłoby posłużyć jako uzasadnienie ataku w ramach samoobrony. Na przykład, gdyby Stany Zjednoczone przekazały Ukrainie pociski manewrujące typu Tomahawk, które byłyby w stanie przeprowadzać wysoce precyzyjne uderzenia na cele w Moskwie, Rosja mogłaby to przedstawić jako przekroczenie czerwonej linii uzasadniające podjęcie ekstremalnych środków.
Co się stanie, gdy nastąpi wybuch
Jakie zniszczenia mogłoby wywołać omawiane uderzenie?
- W przypadku demonstracyjnej detonacji niemilitarnej, najprawdopodobniej doszłoby do wybuchu w powietrzu (ang. airburst), w którym materiał radioaktywny mógłby pozostać w atmosferze. Największym skutkiem byłaby panika lub być może chwilowa utrata wzroku spowodowana powikłaniami zdrowotnymi związanymi z byciem świadkiem takiej eksplozji, w zależności od miejsca zdarzenia.
Jeśli jednak chodzi o bezpośredni atak bronią o małej mocy na odizolowany cel wojskowy, Rosjanie chcieliby uderzyć w miejsce, w którym straty dotyczyłyby głównie infrastruktury wojskowej, minimalizując straty cywilne. Jakiekolwiek straty cywilne musiałyby być na tyle małe, aby w najgorszym dla Moskwy przypadku, można byłoby powiedzieć, że są "postronne", a cel militarny je uzasadnia. Mogłyby wynosić od kilkuset do kilku tysięcy osób. Oczywiście liczba ofiar w przypadku użycia broni jądrowej zależy od konkretnych okoliczności. Wybuch w pobliżu obszaru zamieszkalnego lub w mieście mógłby spowodować nawet setki tysięcy ofiar.
W tych scenariuszach regularnie pojawia się wzmianka o użyciu broni jądrowej nad Morzem Czarnym. To miejsce wręcz uważane za wschodnią flankę NATO. Czy detonacja w tym rejonie nie wzmocniłaby sygnału jaki Rosja chciałaby uzyskać?
- Myślę, że główny efekt wynikałby z samego faktu detonacji broni jądrowej, niezależnie od lokalizacji nad Morzem Czarnym (w tym nad wyłączną strefą ekonomiczną Ukrainy lub Rosji). Jednak detonacja nad wyłączną strefą ekonomiczną kraju należącego do NATO, takiego jak Rumunia, Bułgaria czy Turcja, lub w jej pobliżu, mogłaby stanowić nieco silniejszy sygnał. Wybuch mógłby nawet nastąpić w miejscu, które byłoby wyraźnie widoczne z terytorium tych krajów.
Czy detonacja w rejonie Morza Czarnego nie miałaby szerszego wpływu na ten akwen w sposób, który mógłby prowadzić do zmian środowiskowych lub, na przykład, związanych z handlem na całym świecie?
- Być może. Detonacja mogłaby nastąpić na wysokości, która nie spowodowałaby efektów wybuchowych, termicznych ani radiacyjnych wystarczających do spowodowania śmierci lub poważnych obrażeń. Wreszcie Rosja mogłaby wydać NOTMAR (komunikat dla żeglarzy) i NOTAM (komunikat dla pilotów) przed detonacją, aby ostrzec przed wkraczaniem na ten obszar. Można by to zrobić z dużym wyprzedzeniem przed oświadczeniem Putina. Ludzie powiązaliby to oświadczenie z NOTMAR-em i NOTAM-em, co wzmocniłoby jego wiarygodność.
Czy użycie broni jądrowej na Ukrainie nie mogłoby wywołać kryzysu humanitarnego w postaci masowej migracji - zwłaszcza z Ukrainy, ale także w obrębie krajów europejskich?
- Tak. Przewiduję, że każda eksplozja jądrowa wywołałaby spontaniczną ewakuację ludności cywilnej z obszarów, które w przekonaniu wielu mieszkańców mogłyby stać się celem ataku.
Zburzenie międzynarodowego porządku
Bez względu na sposób i efekt użycia broni atomowej, należy założyć, że spotkałoby się to z reakcją społeczności międzynarodowej. Jak mogłaby według pana wyglądać?
- Myślę, że powstałaby ogromna koalicja, która potępiłaby użycie broni atomowej. Nie tylko państw wcześniej wspierających Ukrainę, ale też tych, które pozostawały neutralne lub przymykały oko na to, co robi Rosja. Nieważne, co powiedziałaby Moskwa, nie udałoby się jej uzasadnić użycia broni atomowej zarówno tylko jako sygnał, a tym bardziej do uderzenia militarnego. Stąd można założyć, że użycie przez Rosjan broni nuklearnej przyniosłoby efekt odwrotny do zamierzonego.
W jakim sensie?
- Co Rosja mogłaby w ten sposób osiągnąć? Wysłałaby sygnał, tak. Ale bezpośrednio samym uderzeniem nie zmieniłaby sytuacji na froncie. Myślę, że niezależnie od reakcji świata, taka decyzja Moskwy zostałaby odebrana jako sygnał desperacji i słabości Putina. Tego, że ze względu na przebieg wojny na Ukrainie jest już w takiej pozycji, że musi uciec się do tak niebywałego ruchu, aby mieć jakiekolwiek szanse, aby poprawić swoją sytuację i przyszłość przywódcy. Swoista ostatnia desperacka próba ratowania sytuacji.
A jeśli ta szansa się powiedzie? Co jeśli nawet pomimo ogólnoświatowego oburzenia rządy i społeczeństwa na świecie faktycznie przestraszą się tego, że od teraz opcja atomowa jest na stole i będą nawoływać oraz działać, aby spełnić żądania Putina?
- Taka szansa oczywiście istnieje. I byłaby to katastrofa nie tylko dla Ukrainy, ale i światowego porządku. To całkowicie zaburzyłoby narrację, że broń atomowa służy do odstraszania. Szczególnie, że Rosja jest członkiem Rady Bezpieczeństwa ONZ. Jeśli więc członek tej grupy sam używa broni nuklearnej w sposób niesprowokowany, nie do obrony i nie do odstraszania, to jak cały świat ma postrzegać bezpieczeństwo nuklearne? Mam nadzieję, że nie będziemy musieli się o tym przekonać. To co uważam, że mogłoby się stać w takiej sytuacji, to że zamiast głosów o większej kontroli nad bronią atomową, większy posłuch będą miały głosy nawołujące do jej rozpowszechnienia.
Chociażby rozmieszczenia jej w krajach wschodniej flanki NATO np. Polski?
- Pewnie w tym pytaniu chodzi o broń innego państwa na cudzym terytorium np. amerykańskiej broni nuklearnej właśnie na terenie Polski. Mnie jednak chodzi o coś więcej. O pozyskiwanie przez państwa zdolności użycia broni atomowej.
Byłaby to naturalna reakcja, zwłaszcza wśród państw, które odczuwają zagrożenie. Bo jeśli Rosja mogła bez większych konsekwencji użyć broni atomowej, to mogła to zrobić tylko przy bierności NATO. A jeżeli nawet największy sojusz militarny w historii, jakim jest NATO, nie odpowiedział adekwatnie na taki ruch i pokazał, że użycie broni nuklearnej pozwala na osiągnięcie przez państwo określonych celów, to jedynym sposobem na ochronę musi być posiadanie własnej broni nuklearnej. Nieważne czy to ochrona przed Rosją czy np. przed Chinami.
Świat po użyciu bomby atomowej. Czy Polska mogłaby sama zbudować broń nuklearną?
Czy dziś w ogóle jest możliwe, aby kolejne państwa mogły same zbudować, czasem od podstaw suwerenne zdolności arsenału nuklearnego? Czy mocarstwa już posiadającego tego typu broń nie mogłyby blokować do niej dostępu, jeśli by tylko tego chciały?
- Niekoniecznie. Oczywiście można wykorzystywać sankcje międzynarodowe. Chociażby Stany Zjednoczone lubią stosować tę taktykę, gdyż nawet ich prawo nakazuje stosować sankcje wobec państw, chcących pozyskać technologię do posiadania własnej broni nuklearnej. Niemniej państwa zwykle stawiają swoje własne bezpieczeństwo ponad wszystko. Po utwierdzeniu się w przekonaniu, że tylko posiadanie własnej broni nuklearnej da im to bezpieczeństwo, zrobią to, co uznają za konieczne, niezależnie od sankcji międzynarodowych.
A jakie państwa mogą najlepiej odnaleźć się w tej nuklearnej "wolnej amerykance"?
- Jest dużo państw, które już mają możliwości rozwinięcia swoich zdolności nuklearnych. Chociażby Niemcy, Japonia, Korea Południowa. Potencjalna lista jest dłuższa. Szwecja i Szwajcaria w przeszłości miały swoje programy nuklearne. Na pewno jeśli państwo ma już rozwiniętą infrastrukturę nuklearną i wyszkolonych specjalistów z dziedziny nauk jądrowych, to ma łatwiejszą drogę.
Jednak dziś w zasadzie każde rozwinięte państwo może pozyskać ekspertyzę, sprzęt i technologię potrzebną do tego, aby zacząć rozwijać zdolność suwerennego arsenału nuklearnego.
Nawet kraje takie jak Polska?
- Tak. Oczywiście dalej szybszą drogą są militarne sojusze. Z tego, co wiem, były już rozmowy z Francją o rozszerzeniu jej nuklearnego parasola ochronnego m.in. nad obszar Polski. Choć nie wiem, jak bardzo jest to realne.
Jednak nawet jeśli własny program nuklearny jest drogi i długotrwały, to nie jest dziś tak trudny do rozwinięcia we własnym zakresie, aby osiągnąć realne efekty. Przykładem może być Korea Północna. Nie jestem zaznajomiony dokładnie z PKB Polski, ale jestem pewien, że jest znacznie większe niż Korei Północnej.
Korea Północna zaczęła rozwijać swój program nuklearny jeszcze w poprzednim stuleciu. Czy jednak dziś, w dobie jeszcze ściślejszej międzynarodowej kontroli i nadzoru nad rozprzestrzenianiem broni jądrowej, nie jest to trudniejsze do zrealizowania od podstaw? No i czy użycie broni jądrowej nie doprowadziłoby do sytuacji, w której na arenie międzynarodowej całkowicie zapanowałoby "prawo silniejszego"?
- Być może. Jednak nawet najpotężniejsze państwa mają swoje ograniczenia, co obecnie pokazują Stany Zjednoczone w Iranie. Można zniszczyć znany obiekt jądrowy, ale nie da się zniszczyć obiektów ukrytych. Możliwe też jest, że państwa mogą przymykać oko na rozwój broni jądrowej w krajach, które są sojusznikami (lub mają wspólnych przeciwników), tak jak zrobiły to Stany Zjednoczone w przypadku Izraela. Stany Zjednoczone mogą sprzeciwiać się rozwojowi broni jądrowej przez sojusznika, ale jest mało prawdopodobne, by użyły siły, aby temu zapobiec.
Jak prawdopodobne jest użycie broni atomowej przez Rosję?
Czy uważa pan, że w momencie rosnącej eskalacji pomiędzy Rosją a NATO użycie broni nuklearnej może stać się nieuniknione?
- Nie sądzę, że powinniśmy zakładać, że użycie broni atomowej przez Rosję jest prawdopodobne. Ostateczna kalkulacja zysku do strat jest jasna - użycie broni nuklearnej nie dałoby decydujących sukcesów na froncie, a przy tylko założonych efektach jako "straszak", ryzykuje się ogromną międzynarodową reakcją. A według mnie tą reakcją byłoby międzynarodowe potępienie. Myślę, że militarne użycie przez Rosję broni nuklearnej znacząco pogorszyłoby jej pozycję na świecie. I sama Moskwa o tym wie. To coś, na co liczę - że Rosjanie zdają sobie sprawę, że broń nuklearna nie jest panaceum na jej pozycję w konflikcie ukraińskim z punktu widzenia realizacji założeń militarnych, a z drugiej strony cena za jej użycie będzie niezwykle wysoka.
A czy w ogóle Rosja musiałaby użyć broni atomowej do osiągnięcia swoich celów? Czy przypadkiem nie wystarczyłoby podsycanie perspektywy jej użycia?
Tak. Sądzę, że Rosja rozważyłaby użycie broni jądrowej wtedy i tylko wtedy, gdyby Putin uznał, że nie jest w stanie osiągnąć swoich celów ani zadowalającego wyniku w żaden inny sposób.













