Reklama

Dają byle komu prawo jazdy na czołg

Sowieckie T-55 dalej stacjonują w byłym NRD. Nie stanowią już jednak zagrożenia dla światowego porządku. Załogą nie są żołnierze, tylko turyści, którzy płacą 136 euro za możliwość zostania na jeden dzień czołgistą.

Każdego roku około 10 tysięcy poszukiwaczy przygód z całego świata przechodzi szkolenie w "Szkole jazdy czołgiem" w Beerfelde, małym miasteczku położonym blisko granicy z Polską.

Szkołę założył w 2003 roku był żołnierz nieistniejącej już armii NRD, 47-letni Axel Heyde. Jak twierdzi, czołgi są obsesją jego życia. - Gdy byłem małym chłopcem, marzyłem o prowadzeniu czołgu. Moje pragnienie się spełniło, a teraz mogę żyć z tego, że spełniam takie same marzenia innych - mówi.

To nie jest nostalgia po Układzie Warszawskim

Reklama

Zarzeka się, że obijanie się posowieckim czołgiem po usianym dziurami po pociskach poligonie, nie ma nic wspólnego z nostalgią po komunizmie.

- Nasi klienci przyjeżdżają z całych Niemiec, ale też z zagranicy - Stanów Zjednoczonych czy Nowej Zelandii. Niekoniecznie są dziwakami mającymi fioła na punkcie wojny. To, co przyciąga ludzi do prowadzenia czołgu, to poczucie wkroczenia do sekretnego świata, otwartego tylko dla wybranych - mówi.

Heyde opowiada, jak uratował swoje T-55 i BMP, wyprodukowane w latach pięćdziesiątych w Polsce i Czechosłowacji, od zagłady na złomowisku. Następnie czołgi zostały rozbrojone. Nie tylko zdjęto działa, ale też część opancerzenia - po to, żeby dostać pozwolenie na używanie ich w celach rekreacyjnych. Ale i tak nie jest łatwo prowadzić takiego potwora.

Zanim nowicjusz usiądzie na miejscu kierowcy, zakłada czarny mundur i watowany hełm - podobno bardzo niewygodny. Następnie wślizguje się do środka przez górny właz, chwyta za drążek i stara się podążać za radami instruktora.

Żałują, że nie można postrzelać

- Ciągnij, ciągnij, mocniej. Nie odpuszczaj. Nie bój się, gdy zacznie trząść naprawdę mocno! - krzyczy instruktor przez słuchawki. Chociaż siedzi tuż obok, adept sztuki kierowania czołgiem bez słuchawek nic by nie usłyszał, bo wszystko zagłusza potężny ryk 600-konnego silnika.

By skręcić, trzeba przestawić drążek w odpowiednią stronę. By ruszyć do przodu, należy użyć naprawdę dużej siły, a zamiast przedniej szyby ma się tylko dwa małe otwory, które ograniczają widoczność praktycznie do zera.

Jeśli już opanuje się tę sztukę, można skorzystać z opcji ekstra i poprosić o możliwość zmiażdżenia starego samochodu. Po dziewiczym przejeździe większość pokrytych kurzem i chwałą czołgistów pozuje do zdjęć z ręką dumnie położoną na włazie, niczym zaprawieni w bojach weterani walk na froncie wschodnim.

Mogą wziąć do domu DVD z nagraniem ich wojaży z kamery zainstalowanej w środku czołgu. - To cudowne uczucie - mówi Werner Roeder, technik z Berlina, który pozował do zdjęcia z żoną. - To był jej prezent dla mnie na 60. urodziny. Żałuję tylko, że było tak krótko i nie mogłem się rozpędzić - mówi.

Instruktorzy przyznają, że wielu czołgistów narzeka, że nie mogą poprowadzić uzbrojonego czołgu. - Pytają się, gdzie są działa. I są trochę zawiedzeni, że nie można sobie do czegoś postrzelać - mówi Ute Frischmuth pracująca na recepcji.

Arnaud Bouvier, tłum ML

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama