Apache stracony nad Cieśniną Ormuz. Co wiadomo, a co jest legendą?
9 czerwca w mediach pojawiły się doniesienia o utracie przez siły zbrojne Stanów Zjednoczonych jednego śmigłowca szturmowego AH-64 Apache, operującego na terenie Cieśniny Ormuz. Tego samego dnia prezydent Donald Trump potwierdził tę stratę, wskazując, że śmigłowiec padł ofiarą irańskiego ognia. Podkreślił jednak, że dwóch załogantów zostało bezpiecznie uratowanych m.in. dzięki wykorzystaniu morskiego drona. Kapitan US Navy Tim Hawkins ujawnił, że do akcji wykorzystano bezzałogowiec Saronic Corsair, operowany przez Task Force 59 - zespół US Navy, który wdraża systemy bezzałogowe w działaniach morskich na Bliskim Wschodzie. Dron miał zlokalizować rozbitków i przenieść ich w bezpieczne miejsce, skąd na brzeg zabrał ich helikopter.
Co ciekawe do mediów wyciekły pierwsze szczegóły wojskowego śledztwa, mającego ustalić co dokładnie doprowadziło do straty Apache'a. Axios i CNN powołując się na rządowe źródła zaznajomione ze sprawą, poinformowało, że według wyników śledztwa w śmigłowiec uderzył dron. Niektóre relacje medialne identyfikowały go jako Szahid. Niemniej nie można było ustalić, czy to "uderzenie" było intencjonalne, czy był to przypadek.
Warto jednak podkreślić, że te doniesienia nie są potwierdzone i stanowią bardzo zamglony obraz sytuacji. Chociażby pojawiają się podejrzenia, że przeprowadzono błędną identyfikację systemu, który uderzył w Apache'a. Miał nie być to dron Szahid a pocisk przeciwlotniczy typu 358. Natomiast irańskie media donoszą, że w Apache'a mógł trafić pocisk przeciwlotniczy systemu Nawab.

Zostaw ciężki sprzęt i buduj tanie drony? Nie tak prędko!
Bez względu na niedopowiedzenia i brak dokładnych informacji, incydent wzbudził szeroką dyskusję, szczególnie na temat współczesnej przydatności śmigłowców bojowych. Niektórzy komentatorzy i internauci wskazują, że cała sytuacja pokazuje, jak łatwo stracić tak drogą i zaawansowaną technologicznie maszynę i to poprzez wykorzystanie taniej broni. Odbija się to echem szczególnie w naszym kraju, który w najbliższych latach przyjmie 96 śmigłowców AH-64 Apache, kupinych za około 40 mld złotych.
Faktem jest, że incydent ten pokazuje coś, co wiadomo od dłuższego czasu. Operując blisko wroga wyposażonego nawet w niezbyt zaawansowaną broń zdolną do zniszczenia zaawansowanego systemu, tenże system jest zagrożony. Nieważne czy mówimy o amerykańskim Apache, który lata blisko Irańczyków czy rosyjskim Mi-8 lecącym w pobliżu ukraińskich pozycji. Taki system może paść ofiarą ognia nawet pomimo swojego zaawansowania oraz wyszkolenia załogi. Amerykanie przekonali się o tym, chociażby 27 marca 1999 roku podczas Operacji Allied Force, gdy siły serbskie zestrzeliły nowoczesny samolot F-117 Nighthawk za pomocą systemu przeciwlotniczego S-125 Pechora. Podobne sytuacje zdarzają się dziś i będą zdarzały się w przyszłych konfliktach.
Niemniej nie oznacza to, że trzeba się pogodzić z takimi faktami. Dziś, gdy drony jawią się coraz bardziej jako tanie i masowe rozwiązania na polu walki, trzeba szukać równie tanich i masowych systemów obrony przed nimi. Zarówno pod kątem urządzeń, jak i taktyki. Takie sytuacje jak z Apache'm nad Cieśniną Ormuz nie oznaczają zmierzchu śmigłowców bojowych. Trafienia i unieszkodliwianie czołgów Abrams na polach w Ukrainie nie oznaczają zmierzchu czołgów. Oznaczają, że trzeba mieć odpowiednie uznanie dla możliwości wroga i sposoby na ich skontrowanie.
Element systemu
Przy omawianiu incydentu z utratą śmigłowca Apache nie sposób pominąć też faktu, że w ratowaniu jego załogi wykorzystano właśnie bezzałogowiec. Oczywiście nie oznacza to, że dronem załatwiono całą sprawę. Saronic Corsair musiał zostać wypuszczony z większego okrętu, który akurat był dostępny do przeprowadzenia operacji, a sam bezzałogowiec mógł wykonać tylko część zadania. Niemniej tej fakt nie umniejsza wagi tej sytuacji. Jest to pierwszy przypadek w historii, gdzie siły zbrojne Stanów Zjednoczonych z sukcesem wykorzystały morski bezzałogowiec w operacji CSAR (Combat Search and Rescue).

Pokazuje to, jak bezzałogowce mogą być wykorzystywane na dzisiejszym polu walki do różnych operacji, jako realne wsparcie dla klasycznych systemów. Nie tylko do samego ataku, ale i ratownictwa, transportu zaopatrzenia czy przesyłu informacji. I to wsparcia już na poziomie masowym, dostępnym i wykorzystywanym przez coraz szerszą gamę żołnierzy. Dalej jednak wsparciem będącym częścią całego systemu operacji taktycznych, a nie osobnym panaceum na wszystkie bolączki.
Incydent z utratą śmigłowca Apache oraz rola w nim taniej broni i systemów bezzałogowych wskazuje, że dzisiejsze armie mają do dyspozycji różne nowe środki, które można wykorzystać jako zagrożenie dla ciężkich systemów operacji lub jako uzupełnienie dla krytycznych zdolności. Nie oznaczają jednak zmierzchu dotychczasowego sposobu walki, gdzie jak tylko dana armia ma możliwość, to wykorzysta wszelkie "ciężkie" systemy jak śmigłowce, czołgi, samoloty, pociski balistyczne itp.










