"Komsomolec" na dnie Morza Norweskiego. Jego reaktor przecieka od 30 lat
Uwagę całego świata przyciągają ostatnio amerykański USS Tripoli, który przewozić ma na pokładzie żołnierzy stacjonującej na Okinawie elitarnej amerykańskiej 31. Jednostki Ekspedycji Piechoty Morskiej czy brytyjski okręt podwodny o napędzie atomowym z pociskami Tomahawk, który zajął pozycję na Morzu Arabskim, co sugeruje potencjalną eskalację konfliktu na Bliskim Wschodzie, tymczasem powinniśmy zająć się zupełnie innym.

Takim, który zatonął 7 kwietnia 1989 roku na Morzu Norweskim. Ze względu na pozostającą we wraku K-278 Komsomolec - bo o nim właśnie mowa - broń jądrową, poddawaną działaniu czynników środowiskowych, jednostka od dawna budziła zaniepokojenie ekspertów. I słusznie, bo jak pokazują najnowsze badania opublikowane na łamach czasopisma naukowego Pnas, radziecki okręt powoli uwalnia do wody materiał radioaktywny. Co to oznacza?
Co potrafił K-278 Komsomolec?
Zanim przejdziemy do odpowiedzi na to pytanie, przyjrzyjmy się lepiej samemu okrętowi, bo mamy do czynienia z wyjątkową konstrukcją - również dlatego, że Rosjanie ukończyli i przyjęli do służby tylko jeden okręt podwodny projektu 685. K-278 Komsomolec, któremu nadano kryptonim "Pławnik", powstał w Biurze Konstrukcyjnym Rubin pod kierownictwem N.A. Klimowa, który w 1964 roku wysunął koncepcję jednostki zdolnej do bezpiecznego zanurzenia na 1000 metrów - głębokość większą niż w przypadku jakiegokolwiek innego okrętu podwodnego świata.
Prace projektowe rozpoczęto w 1966 roku, wstępny projekt ukończono w 1968 roku, ale realizacja przebiegała powoli z powodu problemów materiałowych i eksperymentalnych rozwiązań technologicznych. Kadłub jednostki wykonano z tytanu, co pozwoliło połączyć lekkość konstrukcji z wytrzymałością niezbędną do ekstremalnych zanurzeń. Okręt miał długość 118,4 m, szerokość 11,1 m, wyporność podwodną 8500 ton i był napędzany reaktorem wodno-ciśnieniowym OK-650b-3 o mocy cieplnej 190 MW, zapewniającym parę dla turbin o łącznej mocy 50 000 KM i prędkość podwodną sięgającą ponad 30 węzłów (ok. 55,5 km/h).
Pomimo że jednostka była prototypem, została w pełni uzbrojona. Wyposażono ją w sześć wyrzutni torpedowych kalibru 533 mm oraz zestaw pocisków manewrujących i rakietotorped z głowicami konwencjonalnymi i jądrowymi. Dwukadłubowy korpus podzielono na siedem sekcji, z drugą i trzecią chronionymi wzmocnionymi grodziami i kapsułą ratunkową w kiosku (wodoszczelna nadbudówka na kadłubie okrętu podwodnego), co zwiększało bezpieczeństwo załogi w sytuacjach awaryjnych.

Na swój sposób rewolucyjny
Po zwodowaniu 9 maja 1983 roku i zakończeniu testów morskich w listopadzie tego samego roku, jednostka oficjalnie weszła do służby we Flocie Północnej. I chociaż wbrew temu, co przez lata sądzono na Zachodzie, K-278 "Komsomolec" nie okazał się aż tak rewolucyjny, jak sugerowały pierwsze analizy wywiadowcze, to pod wieloma względami był dla ekspertów zaskoczeniem.
Najczęściej powielany mit dotyczył napędu, bo długo zakładano, że jednostka wykorzystuje reaktory chłodzone ciekłym metalem, tymczasem w rzeczywistości zastosowano klasyczny reaktor wodny. Co więcej, nie były to dwa reaktory, lecz jeden, co znacząco zmienia ocenę zarówno złożoności konstrukcji, jak i jej realnych możliwości bojowych. Propaganda nie przesadzała jednak w zakresie głębokości zanurzenia, która była wręcz niewiarygodna i to nie tylko jak na tamte czasy.
Tytanowy kadłub ciśnieniowy faktycznie uczynił "Komsomolca" najbardziej ekstremalnym okrętem podwodnym swoich czasów - jednostka osiągnęła ponad 1000 metrów głębokości, co do dziś pozostaje rekordem dla bojowych okrętów podwodnych. To zdolność, która nie służyła jedynie pokazowi możliwości, ale była też elementem realnej przewagi taktycznej - na takich głębokościach wiele zachodnich systemów zwalczania okrętów podwodnych po prostu przestawało być skutecznych.
Pytanie tylko, czy jakakolwiek armia potrzebuje takich ekstremalnych zdolności, zwłaszcza w kontekście absurdalnie wysokich kosztów i trudności technologicznych. Radzieccy inżynierowie najwyraźniej również zaczęli je sobie zadawać, bo chociaż okręt miał zapoczątkować nową generację radzieckich okrętów uderzeniowych, kolejne nigdy nie powstały.
Pożar, który doprowadził do zatonięcia
7 kwietnia 1989 roku duma radzieckich inżynierów dokonała jednak żywota, kiedy w końcowej fazie patrolu na Morzu Norweskim - podczas kursu na głębokości przekraczającej kilometr - doszło do awarii instalacji wysokociśnieniowej w przedziale rufowym. W warunkach podwyższonego ciśnienia i wysokiej temperatury wystarczył ułamek sekundy - rozprysk oleju trafił na rozgrzaną powierzchnię i momentalnie doszło do zapłonu.
Ogień, zamiast zostać zduszony w zarodku, zaczął być dodatkowo "zasilany" przez systemy okrętu - sprężone powietrze działało jak miech hutniczy, zamieniając wnętrze kadłuba w piec. W ciągu minut sytuacja wymknęła się spod kontroli, a kolejne przedziały zaczęły wypełniać się dymem i toksycznym tlenkiem węgla. Dowódca, kapitan Jewgienij Vanin, stanął przed dramatycznym wyborem: użycie systemu gaśniczego mogło uratować okręt, ale oznaczało niemal pewną śmierć dla ludzi znajdujących się w objętym ogniem przedziale.
I podejmował decyzję zbyt długo, pożar rozprzestrzenił się, paraliżując kolejne systemy, więc "Komsomolec" w krótkim czasie stracił napęd, sterowność i łączność wewnętrzną. Wynurzenie, które miało być ratunkiem, tylko odroczyło katastrofę. Temperatura wody w Morzu Norweskim wynosiła zaledwie kilka stopni powyżej zera, systemy ratunkowe okazały się niewystarczające, więc bilans tragedii był druzgocący. Zginęło 42 z 69 członków załogi, część uwięziona wewnątrz tonącego kadłuba, inni już w wodzie, pokonani przez wychłodzenie lub zatrucie dymem.
"Komsomolec" nie zginął w ciszy
Dlaczego nikt nie zdecydował się na akcję ratunkową? Nie brakuje opinii, że Związek Radziecki celowo ograniczył współpracę z Norwegią, obawiając się ujawnienia technologii zastosowanych w okręcie - do dziś nie zostały opublikowane szczegóły dwunastu systemów specjalnego i eksperymentalnego wyposażenia! To idealnie podsumowanie zimnej wojny, przewaga technologiczna była ważniejsza niż ludzkie życie.
"Komsomolec" nie zginął w ciszy. Tej katastrofy nie dało się już zatuszować, nawet w radzieckich mediach
Pływające laboratorium ostatecznie zatonęło i patrząc na te wydarzenia z dzisiejszej perspektywy, trudno nie dostrzec przewrotności tej sytuacji… bo to wciąż laboratorium, tylko niekoniecznie takie, jakiego byśmy sobie życzyli. Katastrofa K-278 "Komsomolec" nie zakończyła się wraz z jego zatonięciem, a raczej rozpoczęła długotrwałą debatę o skutkach środowiskowych i możliwościach wydobycia wraku. W pierwszych miesiącach po tragedii dominował ton uspokajający, bo eksperci wskazywali, że wcześniejsze zatonięcia atomowych okrętów - zarówno radzieckich, jak i amerykańskich - nie doprowadziły do wykrywalnych skażeń.
Pływające laboratorium truje od dekad
Co więcej, dowództwo Floty Północnej ZSRR zapewniało, że reaktor został bezpiecznie wyłączony, a torpedy z głowicami jądrowymi nie stanowią zagrożenia. Z czasem pojawiły się jednak bardziej pesymistyczne prognozy, a część analityków zwracała uwagę, że prawdziwe zagrożenie wyjdzie na jaw dopiero po długich latach, wraz z postępującą korozją kadłuba i elementów reaktora, kiedy radioaktywne substancje zaczną stopniowo przedostawać się do wody i osadów dennych, tworząc trudne do kontrolowania rozproszone źródło skażenia. Problem o tyle poważny, że wrak spoczął w biologicznie aktywnym obszarze Morza Norweskiego, ważnym dla rybołówstwa kilku państw Europy Północnej.
Równolegle rozgorzała dyskusja o wydobyciu okrętu, ale chociaż ZSRR deklarował taką możliwość już w 1989 roku, szybko okazało się, że operacja na głębokości ponad 1,5 kilometra wykracza poza ówczesne możliwości techniczne. Do tego norweskie instytucje zajmujące się bezpieczeństwem jądrowym ostrzegały, że sama próba wydobycia może być bardziej niebezpieczna niż pozostawienie wraku na dnie. W efekcie w 1994 roku władze rosyjskie oświadczyły, że w celu ochrony środowiska naturalnego dziobowa część "Komsomolca", w której znajdują się torpedy z głowicami jądrowymi, została zabezpieczona specjalnym sarkofagiem.
Ale czy to wystarczy, by chronić środowisko przed katastrofą ekologiczną? Jak pokazują najnowsze badania Norwegian Radiation and Nuclear Safety Authority oraz Institute of Marine Research opublikowane na łamach czasopisma PNAS, sytuacja pozostaje zaskakująco stabilna. Analiza łącząca dane sonarowe i wideo z próbkami wody, osadów i organizmów żywych pobranych w pobliżu wraku w 2019 roku pokazuje, że rosyjskie działania zabezpieczające z lat 90. okazały się znacznie skuteczniejsze, niż się spodziewano.
Środki zaradcze działają, ale do czasu
Reaktor jednostki faktycznie ulega degradacji i okresowo uwalnia materiał radioaktywny, ale jego wpływ na środowisko pozostaje na razie ograniczony. Analizy potwierdziły obecność izotopów strontu, cezu, uranu i plutonu, a nagrania wideo uchwyciły nawet widoczne "pióropusze" wydobywające się z uszkodzonych elementów kadłuba, w tym instalacji wentylacyjnej w rejonie reaktora. Zdaniem badaczy skażenie ma jednak charakter lokalny i szybko zanika.
Już kilka metrów od wraku poziom radioaktywności gwałtownie spada, co wskazuje na szybkie rozcieńczanie substancji w wodzie morskiej. Co więcej, organizmy żyjące na wraku, jak gąbki czy koralowce, wykazują jedynie nieznacznie podwyższone wartości cezu, bez widocznych deformacji czy oznak degradacji ekosystemu. Nie oznacza to jednak, że problem został rozwiązany, bo badania jednoznacznie wskazują, że paliwo jądrowe w reaktorze ulega korozji, wycieki trwają od ponad 30 lat, a na pokładzie wciąż są głowice jądrowe.
Przyszłość wraku pozostaje więc niepewna, bo konstrukcja okrętu będzie stopniowo tracić integralność, a środowisko głębinowe - choć dziś wydaje się odporne na jego aktywność - wciąż jest słabo poznane. Naukowcy podkreślają, że konieczne są dalsze badania, zwłaszcza w celu zrozumienia mechanizmów wycieków i ich potencjalnych skutków w dłuższej perspektywie. Tym samym "Komsomolec" nie jest tylko zimnowojennym reliktem, to centrum badań nad tym, co dzieje się z technologią jądrową, gdy trafia ona na dno oceanu.











