Od wielu miesięcy regularnie piszemy o tym, że gdyby nie umowa z Iranem, która zapewniła Rosji nie tylko drony Shahed, ale i możliwość produkcji własnych odpowiedników, Moskwa już dawno miałaby ogromny problem z kontynuowaniem działań wojennych w Ukrainie. Co więcej, Kreml zyskał dzięki temu możliwość usprawniania modeli Gierań, dostosowując je do aktualnych potrzeb - tym samym drony te mają coraz lepsze systemy komunikacyjne, przenoszą coraz większe ładunki, latają coraz dalej i coraz szybciej.
Prędkość kontra fizyka. Tego nie da się obejść
I jest to dla Kijowa coraz większy problem, a szczególnie ta rosnąca prędkość. Jak twierdzi dowódca posługujący się pseudonimem "Ramzes", któremu podlega jeden z dywizjonów przeciwdronowych 39. Pułku Rakiet Przeciwlotniczych, rosyjskie drony serii Gierań-3, Gierań-4 i Gierań-5 osiągają prędkości przekraczające 300 km/h, a w przypadku niektórych wariantów nawet do 550 km/h.
Tymczasem ukraińskie drony przechwytujące - projektowane pierwotnie do walki z wolniejszymi Shahedami z silnikami tłokowymi - nie są w stanie utrzymać wymaganej przewagi prędkości. Zasada jest prosta, aby skutecznie przechwycić cel, przechwytujący dron musi być wyraźnie szybszy - przyjmuje się, że co najmniej o 25 proc., co w praktyce oznacza, że różnica kilku czy kilkunastu kilometrów na godzinę nie wystarcza.
Spójrzcie, jeśli Shahed leci 300 km/h, a nasz przechwytujący 310 km/h i przechwycimy jego trajektorię gdzieś nad obwodem charkowskim, to dogonimy go dopiero w rejonie Czerkas. Problem w tym, że bateria wyczerpie się znacznie wcześniej
Obrona oparta na doświadczeniu i szczęściu
I choć jego zdaniem ukraińskie jednostki faktycznie zestrzeliwują rosyjskie drony, skala i charakter tych sukcesów nie pozwalają mówić o stabilnym systemie obrony: "Na ten moment to nie jest systemowe. To ludzie - dzięki szczęściu, umiejętnościom i doświadczeniu - wykorzystują moment, gdy dron wykonuje manewr i traci prędkość" przyznaje "Ramzes". Oznacza to, że skuteczność przechwyceń zależy od bardzo konkretnych warunków: odpowiedniego ustawienia załóg, szybkiej reakcji oraz błędu lub manewru po stronie celu, tego typu działania trudno jednak skalować wobec rosnącej liczby ataków.
Co ciekawe, problem nie dotyczy wyłącznie odrzutowych wariantów, bo nawet klasyczne Shahedy z silnikami tłokowymi, lecące z prędkością 200-250 km/h, stanowią poważne wyzwanie. Jak przyznaje wojskowy, często zdarza się tak, że operatorzy widzą cel, są w stanie potwierdzić jego pochodzenia, ale nie mają już wystarczająco dużo energii w akumulatorach bezzałogowca, by go przechwycić. Do tego dochodzi złożoność całego procesu - od wykrycia celu, przez przekazywanie informacji, po koordynację między jednostkami.
Nie można zakładać, że Shahedy łatwo się zestrzeliwuje. To ogrom pracy wielu ludzi - nie tylko operatorów, ale też stanowisk dowodzenia i zespołów przekazujących dane
Pogoda, czyli cichy sprzymierzeniec dronów
Kolejnym czynnikiem, który znacząco ogranicza skuteczność obrony, są warunki atmosferyczne. Obecnie większość przechwyceń nadal wymaga wizualnego kontaktu z celem, więc do udanego strącenia wrogiego bezzałogowca niezbędna jest dobra pogoda - opady, mgła czy chmury, wszystko to pomaga Shahedom i sprawia, że z łatwością przedostają się przez obronę.
Problem pogłębia tempo, w jakim Rosja zwiększa wykorzystanie odrzutowych dronów. Od stycznia do połowy czerwca 2026 roku użyto ich już około 1400, podczas gdy w całym 2025 roku było to zaledwie 180. Według ukraińskiego dowództwa, udział tego typu maszyn w atakach może wkrótce sięgnąć nawet 50 proc.
Ukraina nie pozostaje bierna, bo cały czas trwają prace nad nową generacją dronów przechwytujących, które mają rozwiązać problem prędkości i autonomii działania. Testowane są m.in. konstrukcje zdolne do osiągania około 450 km/h oraz systemy automatyzujące większość procesu przechwycenia, ale minie jeszcze trochę czasu, zanim wejdą do służby i będą zdolne do skutecznego przechwytywania szybkich dronów.












