To nie było żadne "ujawnienie" donacji sprzętu na Ukrainę
Gdy wicepremier i minister obrony narodowej Władysław Kosiniak-Kamysz zapowiedział odtajnienie wszystkich donacji sprzętu wojskowego dla Ukrainy, można było spodziewać się bomby. Ta zapowiedź sugerowała po raz pierwszy realne podzielenie się polskich władz informacjami na temat udziału w największej od dekad operacji oddania własnych zasobów do obrony państwa na rzecz większego celu, jakim było zatrzymanie perspektywy potencjalnie zagrażającej nam inwazji w granicach innego kraju.
Fakt, że od wybuchu pełnoskalowej wojny na Ukrainie żaden z dwóch polskich rządów nie wykonał dokładnej listy sprzętu przekazanego, zakupionego lub sprzedanego dla Ukrainy, było swoistym pokazem niedbalstwa i nieposzanowania zasad transparentności wobec swoich obywateli. Zasłanianie się kwestiami bezpieczeństwa "bo Rosjanie też się dowiedzą" były tu co najmniej zabawne, gdyż ci sami Rosjanie dobrze mogli wiedzieć, co wysyłamy na front, bez oficjalnych list, bo sami walczą z tym sprzętem. Szczególnie że nikt nie wymaga, aby publikować dane operacyjne czy logistyczne lub informacji o planowanych wysyłkach, które faktycznie mogą zaszkodzić bezpieczeństwu.
Po konferencji ministra obrony Władysława Kosiniaka-Kamysza która miała pokazać część odtajnionych danych na temat wojskowego wsparcia Polski dla Ukrainy polski obywatel dalej musi czekać na taką listę.

Jak coś "ujawnić" bez powiedzenia czegokolwiek
Z informacji, które miały większą wartość, należy oczywiście wyszczególnić tę o łącznych kwotach donacji sprzętu, mającego wynosić łącznie 16,45 mld złotych, z czego 14,9 to sprzęt przekazany w latach 2022-2023. W kontekście obecnych wydarzeń ważną informacją jest potwierdzenie, że przekazanych zostało "kilka" pocisków PAC-3 do systemów obrony powietrznej Patriot. Można było także wyłapać ciekawostki jak to, że na prezentowanej liście znalazły się np. "przeciwpancerne pociski kierowane", które w naszej armii występują w dwóch rodzajach: Spike LR1/2 oraz FGM-148 Javelin. Spike nie był widziany na froncie Ukrainy, więc sugerowałoby to, że właśnie Javeliny mogły zostać wysłane, co nie było wcześniej komunikowane.
Niemniej to, że nie wiemy tego dokładnie z listy, a trzeba dalej prowadzić dedukcję, pokazuje, jak wielkim kapiszonem była ta konferencja. Coś, co można było traktować jako ujawnienie i w końcu transparentność wobec obywatela, okazało się koślawą i ogólnikową prezentacją, która wydawała się zrobiona "na szybko". Podano w niej ogólne informacje co do rodzaju sprzętu, o którym już wcześniej było wiadomo, albo były solidne podejrzenia, że znalazł się na Ukrainie np. na podstawie ogólnodostępnych zdjęć. Podano to bez dokładnych liczb. A to właśnie liczby takiego sprzętu stanowią faktyczną wartość informacyjną, mówiąc ile sztuk danych wersji i modeli czołgów, myśliwców, karabinów czy pocisków rakietowych ubyło z zapasów polskiej armii na rzecz Ukrainy, tłumacząc, jaka jest skala tej pomocy. Brak liczb przy sprzęcie jest też o tyle dziwne, że w poprzednich listach polskiej pomocy wojskowej dla Ukrainy, takowe się znajdowały. Mowa tu m.in. o raporcie "Polska pomoc dla Ukrainy" Kancelarii Prezydenta z lutego 2025 roku oraz "Polska pomoc Ukrainie 2022-2023" Kancelarii Premiera z września 2025 roku. Tam już podawano liczby sprzętu i wartości pieniężne. Według raportu Kancelarii Prezydenta ogólna pomoc militarna wyniosła 15 mld złotych, a według Kancelarii Premiera - już 18 mld. Oba te raporty były niepełne i podawały wartości, a dane z konferencji tylko potęgują ogólny bałagan.
Co ciekawe też najnowsza lista wydaje się nie uwzględniać wartości donacji w postaci wsparcia obsługi i utrzymania operacyjności przekazanego sprzętu. Ktoś ukraińskich żołnierzy musiał przeszkolić z obsługi takiego Rosomaka. Ktoś musiał zapewnić do niego części zamienne czy smary. Ktoś musiał też zapewnić zdolności do jego naprawy. Tym "kimś" byli polscy producenci, technicy i żołnierze, których praca i poświęcony czas też ma swoją wartość, którą można przełożyć na kwotę. Podczas konferencji minister Kosiniak-Kamysz tylko wspomniał, że Polska szkoli ukraińskich żołnierzy w ramach Misji Wsparcia Wojskowego UE na rzecz Ukrainy (EUMAM Ukraine), ale nie było na ten temat więcej szczegółów, a zwłaszcza tego, jak to ma się do danych zaprezentowanych na liście.
Władysław Kosiniak-Kamysz na konferencji powiedział, że nie jest to wszystko, co zostanie ujawnione. Dokładne liczby sprzętu mają zostać podane w przyszłości, po pełnym zakończeniu procesu odtajnienia. Pytanie więc, po co było to "ujawnianie" z poniedziałku, które praktycznie nic nie ujawniło, a wprowadzić może tylko dodatkowe zamieszanie. Szczególnie że konsekwencje tej konferencji mogą być bardzo negatywne dla wizerunku polskiej pomocy dla Ukrainy na arenie międzynarodowej.

"Mało" w oczach innych, czyli problemy wizerunkowe
Jeszcze do niedawna wielu zagranicznych komentatorów stawiało Polskę jako wzór pomocy militarnej dla Ukrainy. Po publikacji nowej listy pojawia się pytanie "to tyle?". Wiele komentatorów na zachodzie bierze podaną liczbę 16,45 mld złotych i przelicza ją na euro - 3,83 mld. To potem jest porównywane z deklarowanymi kwotami pomocy zachodnich państw jak Niemcy, które deklarują na rządowych stronach zapewnienie pomocy militarnej na poziomie 55,5 mld euro. Pojawiają się więc wyrazy zdziwienia i oburzenia, że Polacy tak głośno mówią o swoim wsparciu dla Ukrainy, wcześniej osądzali inne państwa za zbyt małą pomoc, a tu się okazuje, że sami nie dali tak dużo. I nie ma co się dziwić, że już może to być wykorzystane przez nieprzychylne czynniki do uderzania w pozycję Polski. Z jednej strony, że nie mamy monopolu na bycie głównym rozgrywającym w Europie, a z drugiej - już bardziej od samego Kijowa - że nasza pomoc nie jest tak duża, żebyśmy mieli jakieś wymagania wobec niej.
I oczywiście jak wejdziemy w niuanse, to sprawa wygląda inaczej. Bo Niemcy przedstawiając oficjalnie swoją militarną pomoc, lubią uwzględniać kwoty kontraktów, których realizacja potrwa następne lata, albo budżety, które na ten moment zostały obiecane, ale jeszcze nie mają realnego przełożenia na zwiększenie zdolności bojowych Ukraińców. Także w przeciwieństwie do wielu państw Zachodu, polski sprzęt faktycznie ratował Ukraińców w najbardziej krytycznych momentach początku wojny, bo to właśnie Polska była państwem, które przekazało najwięcej "najcięższej" broni jak czołgi, wozy bojowe i śmigłowce tuż po wybuchu pełnoskalowej wojny 24 lutego 2022. I to także sprawia, że dziś de facto nie mamy co oddawać, bo prawie wszystko co mieliśmy, to oddaliśmy. I też dziś zmieniły się już warunki i (na szczęście) myślenie przywódców, że albo za ewentualną pomoc powinniśmy żądać jakiejś transakcji (przykład MiG-ów) lub ich przekazanie dotyczy nowego i trudno dostępnego sprzętu, więc do jego wysłania należy podchodzić z ostrożnością, najlepiej z uwzględnieniem innych zachodnich sojuszników (przykład PAC-3). Przy tym wartość pieniężna sprzętu nie musi ostatecznie określać jego wartości bojowej, bo 300 starszych czołgów serii T-72 może na dzisiejszym rynku kosztować mniej niż jedna nowoczesna bateria obrony powietrznej Patriot. Jednak w momencie, gdy trzeba uzupełnić straty kilku brygad, gdy wróg napiera na najważniejsze miasta, to co ma większą wartość dla żołnierza, nie musi mieć metki z największą ceną.
To wszystko prawda, ale ma małe znaczenie w momencie komunikacji i wizerunku. Poniedziałkowa konferencja mogła być odbierana jako niezwykle przełomowe wydarzenie, bo tak też była zapowiadana. Nie ma co się dziwić, że przykuwa już uwagę osób z zagranicy i sama lista z niekompletnymi informacjami, jak i sposób jej przedstawienia, łącznie z akcentami kładzionymi na konferencji, dały sygnał, który jest komentowany przez świat. A sygnały te to: Polska przekazała Ukrainie łącznie 4,83 mld euro, z czego 360 w ostatnich dwóch latach, a polskie władze chcą się z tego jakoś wytłumaczyć przed własnymi wyborcami. Nie ma, ile tego sprzętu dokładnie było, nie ma podkreślania, że to właśnie ten polski sprzęt zatrzymywał pochód Rosjan w najgroźniejszym momencie, gdy inni patrzyli z boku, co zresztą powinno mieć miejsce przy takim nacisku na kwestie podziału donacji na lata 2022-2023 i 2024-2026. Nie ma też swoistego podciągnięcia kwot np. poprzez uwzględnienie takich dodatków jak wspomniane wsparcie, ale też systemy Starlink, które polski rząd kupił najwięcej, a dla ukraińskiej armii stanowią do dziś podstawę komunikacji. Też błędem wizerunkowym mogło być podanie tylko donacji, a nie uwzględnienia sprzętu przekazanego w ramach sprzedaży (np. 54 armatohaubic Krab). Tu warto dodać, że według przytoczonego tu raportu Kancelarii Premiera, sprzęt który w latach 2022-2023 przekazano w ramach eksportu miał mieć równowartości 2,216 mld euro. Słowo "donacja" sugeruje, że podana lista na poniedziałkowej konferencji nie uwzględnia sprzedanej broni, ale warto dodać, iż nie znamy metody liczenia, co stanowi kolejny przykład ogromnych błędów polityki informacyjnej.
Złe języki zawsze będą komentować i ostatecznie negatywnych opinii o polskim wkładzie w pomoc Ukrainie nie można uniknąć. Ale nie powinno się ich podsycać takim nieprzygotowaniem. Szczególnie że to "ujawnienie" miało duży wymiar nie tylko w Polsce, ale i na arenie międzynarodowej w obliczu rosnących konfliktów na linii Warszawa-Kijów i już wyraźnie rosnących opinii za granicą, że dziś, gdy inne państwa ciągle dają pomoc Ukrainie, my ją zwijamy. Należy pamiętać, że to, co było 3-4 lata temu na początku konfliktu, dla wielu ludzi może być już prehistorią i liczy się to, co mamy dziś. Więc dla sprawy polskiej trzeba ciągle podtrzymywać, że faktycznie byliśmy i dalej jesteśmy liderem pomocy dla Ukrainy, teraz tylko robimy to na miarę naszych możliwości, chcąc także uwzględniać nasze dobro, co jest naturalne. Ten wizerunek "strażnika Ukrainy" dalej jest ważny w kreacji swojej pozycji międzynarodowej w Europie. W momencie, gdy w dyskursie publicznym pojawiają się takie tezy, że my chowamy swoje myśliwce MiG, gdy Szwedzi "oddają" swoje Gripeny (zapominając o tym, że to i tak część dość niezbyt dobrego kontraktu dla Kijowa) to takie konferencje są idealne do walki o swoją reputację i odczarowanie rosnących kłamstw. I nie ma co liczyć, że późniejsze ujawnianie kolejnych informacji, już dokładniejszych, może to zmienić. Zanim prawda włoży buty, kłamstwo już trzy razy obiegnie ziemie, szczególnie, jak się jej na to tak pozwala.

Wewnętrzne piekiełko
Tu należy dojść do najbardziej smutnego wniosku z tej sytuacji. Konferencja ta wcale nie była obliczona na transparentność wobec obywateli. Nie było też chęcią pokazania skali pomocy. Była próbą gry politycznej, skrojoną na zbliżające się wybory. Na początku konferencji z "ujawnienia" danych o pomocy minister Kosiniak-Kamysz mówił, że nie jest ona efektem tego "że ktoś złapał kogoś za rękę, a kwestiami informowania obywateli i chęcią pochwalenia się pomocą". Jednak moim zdaniem cały kontekst tej sytuacji temu przeczy. Jak wspomnieliśmy, od wybuchu wojny na Ukrainie żaden rząd nie zaprezentował dokładnej listy pomocy militarnej dla Ukrainy. Decyzja o poczynieniu ku temu większych kroków nastąpiła dopiero po sprawie nieujawnionego przekazania pocisków PAC-3, która nie ma co się oszukiwać, wybuchła w twarz obecnej władzy. Zamiast poczekać na pełne odtajnienie wszystkich danych i je dokładnie przedstawić opinii publicznej, stworzono konferencję, na której nic nowego nie powiedziano, ale zrobiono ją "aby nie zostawić mediów bez niczego" co sam na niej de facto mówił minister Kosiniak-Kamysz. Wygląda to, jak nieudolna próba gaszenia pożaru, chęcią zrobienia czegokolwiek.
Jednak najbardziej w tym boli fakt, że i podczas konferencji, jak i przed nią w momencie rozwoju afery o pociski do systemów Patriot, obecny rząd wydaje się grać kartą, że ostatecznie to on wysłał mniej wsparcia Ukrainie. Na konferencji bowiem szczególnie skupiono się na przypominaniu, że to poprzedni rząd przekazał więcej pomocy militarnej dla Ukrainy. Nawet gdy minister Kosiniak-Kamysz mówił, że to potrzebne działanie i należy dalej tę pomoc utrzymywać, przy obecnej aferze i odpowiedziach rządu wygląda to bardziej, jak próba mówienie "my wcale nie dajemy tak dużo pomocy, tylko oni". Nie sposób tu pominąć postu sekretarz stanu MON, Magdaleny Sobkowiak-Czarneckiej tuż po rozgrzaniu afery o przekazanie pocisków PAC-3.
Jak jeszcze do niedawna pomoc militarna dla Ukrainy była uważana za coś potrzebnego i godnego pochwały, dziś stanowi kompletną ujmę. Zarówno dla rządu, jak i opozycji. I jedna, jak i druga strona, nawet gdy oficjalnie mówi, że popiera tę pomoc, zaczyna się zachować, jakby była wielkim ciężarem. Trzeba wprost powiedzieć, że to wynik obecnych nastrojów w społeczeństwie, które po ekscesach Ukraińców w sprawie czczenia band UPA, nie traktują takiej pomocy jako coś pozytywnego. Ale faktem jest, że pomoc dla Ukrainy była potrzebna, zwłaszcza ta na początku, bo bez niej być może państwa bałtyckie lub my mielibyśmy większe problemy z naruszeniem naszej suwerenności, niż tylko działania hybrydowe i incydenty z wlatywaniem dronów i rakiet. Ta pomoc ważna jest też dziś, bo to z nią umacnia się pozycja państwa w kontaktach z innymi krajami NATO i Europy. Można jednakowo potępiać i sprzeciwiać się temu, co robi władza w Kijowie, nie traktując pomocy dla niej w walce z dalszym wrogiem jak kontakt z trędowatym. Jednak widać, że korzyści partyjne zdają się przysłaniać taki osąd.










