Reklama

Ofiary marnych dowódców

Bitwa o Monte Cassino, w której zginęło m.in. 924 żołnierzy polskiego II Korpusu generała Władysława Andersa, była zwycięstwem pyrrusowym - twierdzi w swej książce amerykański dziennikarz, laureat Nagrody Pulitzera, Rick Atkinson.

W książce "The Day of the Battle" (Dzień bitwy), będącej drugą częścią jego trylogii o roli wojsk amerykańskich w wyzwoleniu Europy spod okupacji hitlerowskiej, autor opisuje kampanię włoską. Jej częścią była seria bitew w okolicy góry Monte Cassino, stanowiącej centralny punkt niemieckiej Linii Gustawa, która broniła aliantom dostępu do Rzymu.

Masakra jak na Omaha

"New York Times" relacjonuje rozmowę z Atkinsonem, który przypomina, że atak sprzymierzonych, mający przerwać niemiecką linię obrony, zaczął się od szturmu na miasteczko San Angelo w styczniu 1944 r. Zakończył się on katastrofą - w ciągu 48 godzin zginęło ponad 2000 żołnierzy sprzymierzonych. Klęskę tę porównywano później do masakry na plaży Omaha w czasie inwazji w Normandii 6 czerwca 1944 r.

Reklama

Amerykańscy dowódcy byli przekonani, że Niemcy ostrzeliwali pozycje sił alianckich z klasztoru benedyktynów na szczycie Monte Cassino, który - jak sądzili - był ich punktem obserwacyjnym. Dlatego postanowili zbombardować klasztor, co nastąpiło 15 lutego 1944 r. - 250 amerykańskich samolotów zrzuciło na niego 1300 bomb, obracając historyczną budowlę w ruiny.

Skarb kultury europejskiej

W rzeczywistości w klasztorze w ogóle nie było Niemców, zginęło tam natomiast kilkuset szukających schronienia włoskich cywilów, w większości kobiet i dzieci. Tymczasem Niemcy prowadzili ostrzał artyleryjski sprzymierzonych ze stanowisk po drugiej stronie wzgórza.

Jak twierdzi Atkinson, dowództwo niemieckie uprzedzało aliantów, że w klasztorze nie ma niemieckich żołnierzy, natomiast są cywile. Informację taką przekazać miał przeciwnikowi osobiście dowódca broniącego Linii Gustawa XIV Korpusu Pancernego, generał Fridolin von Senger und Etterlin. Temu byłemu stypendyście uniwersytetu w Oksfordzie i miłośnikowi sztuki miało jakoby zależeć na tym, by klasztor - skarb kultury europejskiej, założony jeszcze w VI wieku - pozostał nienaruszony.

To była bardzo zła decyzja

Ruiny klasztoru stały się doskonałą kryjówką dla Niemców, którzy po nalocie zajęli tam pozycje i przez następne trzy miesiące tym skuteczniej odpierali kolejne ataki aliantów na wzgórze.

Taką konsekwencję zburzenia klasztoru przewidział zresztą amerykański dowódca, generał Mark W. Clark, który był przeciwny atakowi lotniczemu 15 lutego. Ostatecznie jednak wydał taki rozkaz, pod naciskiem z góry - jego przełożeni uparli się, że w styczniu, w czasie bitwy o San Angelo, Niemcy prowadzili ogień z klasztoru. - Marny wywiad sprawił, że podjęto złą decyzję - powiedział Atkinson.

Jej efektem było znaczne zwiększenie niepotrzebnych strat wśród żołnierzy. Na dodatek Niemcy wykorzystali propagandowo zniszczenie zabytkowego klasztoru i śmierć cywilnych ofiar - w Rzymie zorganizowali w tym celu konferencję prasową.

Tomasz Zalewski

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy