Reklama

Polka zbrojna

"Plutonem mężczyzn dowodzi blondynka...". To nie początek dowcipu, ale zmian w polskim wojsku. Oficerki Anna, Małgorzata i Agnieszka pokazują: kobieta dowódca daje radę!

Gdy Polska wstąpiła do NATO, Polki wstąpiły do armii. Dziś jest ich w wojsku prawie 1000, wśród nich 130 to dowódcy plutonu. Każda dowodzi 30 żołnierzami i udowodniła, że świetnie się do tej roli nadaje. No właśnie - najpierw musiały to "udowodnić".

Czajnik zamiast karabinu

"Traktują cię jak czarnucha. Za wcześnie się ujawniłaś", mówi do bohaterki filmu G.I. Jane granej przez Demi Moore czarnoskóry żołnierz, kolega z oddziału. Bo mężczyźni żołnierze nawet w Ameryce nie w pełni dojrzeli, by zaakceptować w wojsku kobietę. Porucznik Annę Pęzioł mocno wzruszył ten film. Bo jest trochę o niej. O każdej kobiecie w armii. - Musimy dużo pracować, by mężczyźni zrozumieli, że się nadajemy - opowiada. "Zostaniecie żołnierzami, którym zamiast karabinów wydadzą czajniki", żartują z Anny, Małgorzaty i Agnieszki koledzy ze szkoły oficerskiej we Wrocławiu. Jest rok 2004. Od lat kobiety żołnierze trafiały do pracy w administracji, czyli przewracały papiery na biurkach i parzyły kawę. A jednak tuż przed przysięgą chłopcy, którzy z Anną, Agnieszką i Gosią byli na poligonie, powiedzą: "Czapki z głów przed dziewczynami!". Ze szkoły nie zrezygnowała ani jedna kobieta.

Reklama

Gdy żołnierz jest w mundurze i hełmie, z daleka się nie pozna, czy jest kobietą, czy mężczyzną. Gdy ma na sobie niebieską piżamę, też nie. W szkole oficerskiej uczą: dobrze wyglądasz, gdy wyglądasz identycznie, czyli zgodnie z regulaminem. Pas torby pod tym samym kątem przecina klapy munduru każdego żołnierza. Nie ma miejsca na indywidualność. A właściwie jest. Trochę. W maleńkiej metalowej szafce.

Anna Pęzioł (dziś lat 27, długowłosa brunetka, pochodzi z Janowa Lubelskiego,) trzyma w niej zdjęcie: ma trzy lata i razem z bratem siedzi na czołgu. - W mojej rodzinnej miejscowości w 1944 roku były walki partyzanckie. Co roku rodzice zabierali mnie na uroczystości rocznicowe. Atmosfera patriotyczna była obecna w rodzinnym domu, od kiedy pamiętam - opowiada. Agnieszka Wodzyńska (dziś 30 lat, blondynka, z Torunia) w szafce ma zdjęcie psa. Gino pomagał jej w przygotowaniach do egzaminów w szkole oficerskiej - razem przebiegli wiele kilometrów. Teraz jego fotografia przypomina jej o rodzicach, domu w Toruniu.

Małgorzata Repnik (dziś lat 27, brunetka, pochodzi z Ełku), co wieczór przed snem wyjmuje z szafki pierścionek zaręczynowy. Ogląda zdjęcia narzeczonego (też żołnierza, z którym za rok weźmie ślub) i rodziców. Mówi: "Kocham was" i zamyka szafkę. Znów ma siłę wstać o 5.30 i jechać na poligon.

Córkę mi zmarnują

Na terenie szkoły oficerskiej nie ma koszy na śmieci. Dziewczyny nie wiedzą dlaczego. Aż zapytają. Usłyszą: "Każdy sam dba o porządek wokół siebie". To ten porządek zafascynował Annę Pęzioł, gdy jako studentka dyplomacji na Uniwersytecie Wrocławskim i stosunków międzynarodowych na uniwersytecie w Antwerpii trafiła na praktyki do Ministerstwa Obrony Narodowej. Tam wszystko działa bez zarzutu - wojskowy porządek doprowadzony do perfekcji. I robi takie wrażenie, że Anna pisze pracę magisterską o Pakcie Północnoatlantyckim i postanawia zostać żołnierzem.

"Dziecko?! Tyle zainwestowaliśmy w twoją naukę! Tyle wysiłku w nią włożyłaś! Znasz nawet niderlandzki. I co?! Wojsko to nie praca, z której w każdej chwili możesz zrezygnować, to służba na całe życie!", lamentuje mama. Tato milczy. Potem mówi to co zwykle: "Będzie, jak Ania chce".

"To nie dla ciebie! Skąd ten pomysł?!" - tak ojciec Agnieszki, zawodowy oficer, reaguje na wieść, że córka idzie w jego ślady. Choć gdy Aga miała półtora roku, brał ją na barana i jeszcze wieczorem wpadał do jednostki, bo nie mógł żyć bez wojska. Agnieszka obroniła pracę magisterską na wydziale chemii uniwersytetu w Toruniu i postawiła na swoim: wysłała dokumenty do szkoły oficerskiej we Wrocławiu. Wtedy tato pomaga jej w przygotowaniu do egzaminu. Na boisku w pobliżu domu rozstawia słupki i ćwiczy z nią bieg "po kopercie". Po niecałych dwóch tygodniach spędzonych w wojskowej szkole ona dzwoni do niego z płaczem i wściekłością: "To nie dla mnie, proszę, przyjedź po mnie!". Ojciec śmieje się. Nie przyjeżdża. "Moja córka właśnie zorientowała się, czym jest wojsko" - opowie rodzinie. Na przysiędze będzie miał łzy w oczach.

- "Mam 24 lata, nie układaj mi życia" - mówi Małgorzata do mamy. To ona, pracownik cywilny w wojsku, namawia ją na szkołę oficerską. - Po studiach z zarządzania miałam inne plany. Uległam mamie. I wojsko mnie wciągnęło - opowiada. W dniu przysięgi żadna z nich nie ma wątpliwości: wybrały dobrą drogę.

Anna przed kilkoma dniami wróciła z ćwiczeń. Buty we krwi, bąble nawet na spodzie stóp, które tak spuchły, że nie mieszczą się w butach. Lekarz nie dopuścił jej do przysięgi z całym rokiem. Anna złoży ją kilka godzin później. To bez znaczenia. To, czy nadaje się do armii, zweryfikuje nie przysięga, ale poligon.

Anna, Agnieszka i Małgorzata znały go ze szkoły. Jednak poligon, na którym po raz pierwszy wydawać będą rozkazy nie kolegom z roku, ale kilkudziesięciu obcym żołnierzom, to niewiadoma. Czy żołnierz może się bać? One mówią: "Czułyśmy strach. Jak zareagują mężczyźni, gdy zobaczą: dowódcą jest dziewczyna?".

Ciąża jak służba zasadnicza

"O nie! Znooooowu?!", pomruki niezadowolenia słyszą w pierwszych dniach po objęciu plutonu. Właśnie padł rozkaz: "Dziś idziemy pieszo na strzelnicę". Żołnierze wolą jechać starem, bo to osiem kilometrów, pada deszcz, plecak i karabin ważą ok. 15 kilogramów.

- Gdy 30 mężczyzn mruknie coś pod nosem, jest problem, robi się hałas - opowiadają dziewczyny. Annę (tę, która trzymała w szafce zdjęcie z czołgiem) w takich chwilach wspierała kadra kompanii, w której służyła. Tak jak pomocnik dowódcy plutonu. W armii od 25 lat - to tyle, ile Anna jest na świecie. "Pani porucznik tak powiedziała. Nie ma dyskusji!" - mówił. I zapadała cisza. Aż Anna znalazła własny sposób na żołnierzy. Powiedziała żołnierzom: "Gdy wasza żona będzie w ciąży, co jej powiecie? Że musi przetrwać dziewięć miesięcy?". W plutonie cisza. Anna kontynuuje: "Wy podczas dziewięciu miesięcy w armii (tyle trwa służba zasadnicza) możecie symulować, załatwić sobie zwolnienie. A kobieta? Nie ma wyboru. Ciąża to zobowiązanie na całe życie. Macie być w przyszłości oparciem dla żony, dla rodziny. Więc bierzcie się w garść!".

Jeszcze tylko raz Anna czuje niepewność. Gdy za chwilę poprowadzi pierwsze w życiu strzelanie z oddziałem Ślązaków. - Mają opinię twardzieli. Są hardzi. A na Śląsku kobieta nie rządzi, tylko zajmuje się domem. Bałam się, jak na mnie zareagują - wspomina Anna. Pomaga jej przypadek. Gdy jeden z żołnierzy nie może przeładować broni, myśli: "Karabin się zaciął. Nie, nie miał prawa, to nowy sprzęt". Wyjmuje go z rąk żołnierza. Z całej siły przeładowuje. Udało się. - "Wow - słyszy. - Hej, stary, pani porucznik potrafi, a ty nie?!". - To był przełomowy moment - wspomina Anna. Gdy Ślązacy odchodzą do rezerwy, do Anny podchodzi jeden z nich. "Pani porucznik, czy mógłbym sobie zrobić z panią zdjęcie? Rodzina nie uwierzy, że dowodziła mną kobieta" - mówi. Anna myśli: "Uff, widocznie nie było źle".

"Jestem twarda baba. Jestem twarda baba", powtarza Małgorzata Repnik (ta, którą na wojsko namówiła mama), nim pojedzie na poligon ze swoim pierwszym plutonem. "Jej powierzyć sprzęt?! Wsiądzie do BWP-a?! Przecież to baba", słyszy kpiące szepty innych dowódców. - A ja w trakcie szkolenia we Wrocławiu i Poznaniu prosiłam technika o korepetycje. Chciałam wiedzieć, jak nazywa się i działa każda część. Żeby nie dać się zaskoczyć, kiedy to ja będę musiała szkolić innych - wspomina.

W wojsku kryteria awansu są identyczne dla wszystkich. Nikt z powodu układów z szeregowego nie stanie się nagle porucznikiem. Kobieta i mężczyzna przechodzą identyczną drogę. Tyle teoria. - Tylko że kobiety muszą dwa razy mocniej się starać. Bo skupiają na sobie uwagę wszystkich. Jeśli na 300 mężczyzn przypada jedna kobieta, o każdym jej potknięciu wie cała jednostka. Gdy mężczyzna zrobi coś złego, najwyżej dostanie naganę i koniec. Wszyscy natychmiast o tym zapominają. Z kobietami jest inaczej - opowiada Małgorzata. Pamięta swój pierwszy apel z kompanią. Ona i jej koleżanka, też podporucznik, stają przed wojskiem w nieodpowiedniej odległości. Słyszą szept chorążego z plutonu: "Nie, nie, dziewczyny. Tu stoicie. I w tym momencie jeszcze nie podchodzicie". Nazajutrz cała jednostka wie: "nowe" strzeliły gafę.

Małgorzatę na początku kariery wojskowej instruował narzeczony, dziś już mąż - zawodowy wojskowy, łącznościowiec z długim stażem: "Pamiętaj, zamów wcześniej lekarza, musi być na strzelnicy. I drużyna przeciwpożarowa! Kilka razy czytaj instrukcje. Żeby dowódca drużyny cię nie zagiął! To przecież twój podwładny!". - Mąż wiedział, że jako kobieta będę na cenzurowanym - wspomina Małgorzata. I jeszcze jedno: ten zawód wymaga wielkiego zaangażowania, od kobiet w szczególności. Zawsze możemy usłyszeć: "Sama chciałaś. Po co się pchałaś do wojska? Myślałaś, że to zabawa?". Albo: "Wojsko to nie dla kobiet". Przykre, gdy tak myśli starsza kadra. - Wiele razy słyszałam za plecami, że w wojsku nie ma miejsca dla kobiet, ale miałam szczęście do kolegów. Ci starsi, bardziej doświadczeni, pomagali mi - wspomina Agnieszka. "Baczność! Na prawo patrz!" - nim pierwszy raz wypowie tę prostą komendę na porannym apelu, Agnieszka, drobna blondynka, martwi się, jakim powie tonem. Gdy kobieta podnosi głos, zwykle zmienia go na wyższy. - Liczy się pierwsze wrażenie - mówi. Nie chodzi o strój i fryzurę, ale by zachowaniem wzbudzić respekt. - Nie jest łatwo stanąć przed szykiem - opowiada. - Dlatego jeśli widzę, że jakiś żołnierz przeszkadza na zbiórce, stawiam go przed szereg. To natychmiast skutkuje - opowiada Agnieszka. Uczyła się, obserwując, jak komendy wydają chorążowie, którzy w wojsku byli dłużej niż ona. Wygląda to tak: "Stajesz nieruchomo przed żołnierzami, mówisz krótko i na temat. I żadnych prywatnych uwag". Następna zbiórka jej plutonu wygląda tak: "Pluton, baczność! W dwuszeregu, w kolumnie dwójkowej na drodze, prawe skrzydło na wysokości trybuny, frontem do budynku kompanii - zbiórka!". Wszyscy wykonują rozkaz bez szemrania.

Kobieta robi falę

Rok 2006. Pierwsza kobieta w polskiej armii ma proces o falę. Zarzut: znęcanie się nad żołnierzami - pompki za karę, czterogodzinna nauka obsługi broni na mrozie, bieganie latem wokół budynków jednostki w masce przeciwgazowej i odzieży ochronnej. Żołnierze w trakcie procesu przyznali, że przychodzili na zajęcia nieprzygotowani i głośno rozmawiali. Ale podporucznik dostaje wyrok: 10 miesięcy ograniczenia wolności w zawieszeniu na dwa lata. Powie: "Robiłam to, co każdy dowódca. Oskarżono mnie, bo jestem kobietą". Anna, Agnieszka i Małgorzata nie znają oskarżonej porucznik. A same zawsze wszystkie zadania wykonują razem z żołnierzami. Pobudka o szóstej. Rozruch poranny, apel, musztra, strzelanie, taktyka, bieg z 15-kilogramowym plecakiem i karabinem - Agnieszka, Małgorzata, Anna są z żołnierzami 24 godziny na dobę. Tylko śpią w oddzielnych pokojach i mają osobne łazienki. Na pytanie dziennikarki: "Dlaczego ma pani własny pokój?", Anna odpowiada: "A czy pani chciałaby, by pani mąż spał na łóżku stojącym obok mojego?".

- Nie wyobrażam sobie, bym miała wydawać żołnierzom absurdalne, bezsensowne rozkazy. Sama nigdy nie bierze zwolnień. Nie dopuszcza do sytuacji, że ktoś powie albo pomyśli: "Wiecie, dziewczyna ma te dni, dziś nie może". Dziennikarz jednej z gazet napisał kiedyś, że kobiety w wojsku nie robią przerw między opakowaniami tabletek antykoncepcyjnych, by nie dostać miesiączki na poligonie. To bzdura. Czasem łykają tylko tabletki przeciwbólowe.

- Nigdy nie przyznałam się przed żołnierzami, że boli mnie stopa albo brzuch - opowiada Agnieszka. Ale czasem, gdy wydaje rozkaz, jest jej żal żołnierzy. - Kobieca empatia - śmieje się. Nie pokazuje jej przed plutonem. Żołnierzom powtarza: "Czołganie się, wyciąganie rannego w czasie walki - musicie to ćwiczyć nieskończoną ilość razy. To ma być odruch. Jeśli dziś nie pomożesz koledze, może on zapomni o tobie na polu walki. A tam samotny żołnierz jest nikim".

- Nie wyobrażam sobie, bym kazała żołnierzom kopać tunel, pokazując paluszkiem "O, tu jeszcze troszkę!". - opowiada Małgorzata. - Chwytam za łopatę. Dzięki temu nie boję się oskarżeń. "Ty jedna nie narzekasz. I jeszcze się uśmiechasz?", słyszy od innych dowódców. Poligon, południe. Skwar, na twarzach "maseczka" z kurzu. "Sprzęt chodzi, woda jest, co tu narzekać", odpowiada pani podporucznik. "Może wy, kobiety, jesteście bardziej odporne?", zastanawiają się dowódcy. Małgorzata myśli: "Po prostu nam zależy, żeby nikomu nie przyszło do głowy: <>".

"Utrzymasz karabin?", Gosia słyszy na imprezie od kolegi męża, który obserwował, jak gestykuluje drobnymi dłońmi. A tekst: "To żołnierze ciebie słuchają?", słyszały wszystkie. Niestety nie od znajomych, ale od kolegów z wojska. Na początku irytowało. Dziś już nie. Spokojnie odpowiadają: "Czym różni się rozkaz wydany przez dowódcę mężczyznę od tego wydanego przez kobietę? Liczy się tylko to, czy rozkaz ma sens".

Być może wkrótce normy sprawnościowe dla kandydatów na żołnierzy dla kobiet i mężczyzn zostaną zrównane. Tak jak domagała się bohaterka grana przez Demi Moore w G.I. Jane. Żeby pokazać: nie ma dla niej taryfy ulgowej. Kobiety żołnierze zastanawiają się, czy to konieczne. Prawa anatomii, fizjologii są takie, a nie inne - kobiecie trudniej się podciągnąć, ale mężczyźnie dużo trudniej niż kobiecie zrobić ćwiczenia na mięśnie brzucha. Każdy jest lepszy w czymś innym. Można się uzupełniać.

Walentynka dla pani podporucznik

"Nie będę przeklinać ani krzyczeć. Mam na was spojrzeć i to powinno wystarczyć, żebyście zrozumieli, o co chodzi. Traktujcie mnie jak dowódcę plutonu. Jeśli wam się nie podoba to, że jestem kobietą, trudno" - mówi Anna pewnym głosem. Ani ona, ani jej koleżanki nie uciekają się do "męskich" sposobów. Żołnierskie buty ukrywają pomalowane na czerwono paznokcie. W szafie wisi kilka sukienek mini, w rzędach stoją buty na wysokich obcasach. - Szpilki, sukienka to był mój ulubiony strój. Wszyscy powtarzali: "Pasuje ci ta dyplomacja" - wspomina Anna. Do dziś wkłada taki strój po pracy. Tylko że na pierwszym poligonie straciła paznokcie w za małych butach. Już nigdy nie odrosły takie równe.

"Ale ktoś pięknie pachnie!", Anna słyszy to, idąc korytarzem jednostki. Właśnie pewnym krokiem mija żołnierza szorującego korytarz. Zachowuje kamienną twarz. Zanim żołnierze przyzwyczają się, że ich dowódcą jest kobieta, odbierze jeszcze kilkanaście sms-ów: "Co pani robi dziś wieczorem?". Często słyszy za sobą westchnienia. Nie reaguje. - Nie będę z każdym wojować - mówi.

"Pani porucznik, czy może pani do nas podejść? - O co chodzi, panie szeregowy?" - pyta Małgorzata. Żołnierze nie wykuli na pamięć regulaminu i być może nie dostaną przepustek na weekend. "Wiemy, że jesteśmy niegrzeczni, ale chcemy bardzo przeprosić" - mówią, wyciągając zza pleców róże i bombonierkę. Gosia nie pamiętała, że dziś jest 8 marca.

Czasem żartuje, że zapomina, że jest kobietą. "Kup sobie coś ładnego!", zachęca mąż. Ładnego, czyli sukienkę. Bo Małgośka wybiera zwykle bluzy i dżinsy. Ale nosi długie włosy, na smukłych dłoniach staranny francuski manikiur.

Agnieszka ma długie blond włosy. W wojsku kobiety mogą mieć delikatną biżuterię. - Ale nie noszę biżuterii przy żołnierzach. Wielu z nich przychodzi z kolczykami w uszach, nosi łańcuszki czy obrączki. Gdy mówię, że mają zastosować się do regulaminu i je wyjąć, wolę, że nie patrzą na moje ozdoby w uszach - opowiada Agnieszka. Na poligonie w swoim baraku 14 lutego znalazła kilkanaście kartek z serduszkami. - To fajne, wzruszające gesty. Żołnierze często myślą, że takimi sposobami nas trochę spacyfikują. Ale my wyprowadzamy ich z błędu - śmieje się Gosia.

Któregoś dnia wraca zmarznięta z poligonu. W drzwiach jednostki mija ją żołnierz z innej kompanii. "Mrrr, mrr!", szepcze do niej. Ona szuka jego dowódcy. - Zwróciłam mu uwagę na niestosowne zachowanie żołnierzy. Stwierdziłam, że nie wiedzą, jak mają się zachować w stosunku do starszych stopniem, i wyszłam - wspomina Gosia. Jeszcze tego samego dnia przyszedł do niej dowódca kompanii: "Pani porucznik, tu jest żołnierz, który chce z panią porozmawiać". To był ten od "mrr, mrr". Przeprosił.

Faceci w cywilu, gdy poznają Annę, Agnieszkę czy Gosię i dowiadują się, że mają przed sobą żołnierzy, nie mogą w to uwierzyć. Myślą, że to żart. Mają w głowie stereotyp wojskowej kobiety herod-baby. Drobne długowłose dziewczyny w sukienkach do niego nie pasują.

Żołnierz na dzień dobry powie wszystko

Agnieszka: - Zasada jest taka: żołnierz, który przed chwilą trafił do wojska pierwszy raz w życiu, na początku powie wszystko. Dlatego od razu pytam go o telefon do rodziców i do dziewczyny. Wypytuję o znajomych, rodzinę. To może się przydać, gdy będą z nim jakieś problemy. Po takiej rozmowie wiem też, czy wtedy, gdy dostanie broń, będę musiała baczniej go obserwować.

Podporucznik Małgorzata Repnik: - Jeśli trafia mi się trudny żołnierz, który próbuje rządzić kolegami, albo taki, który odstaje, trzyma się na uboczu, jak najwięcej z nim rozmawiam. Zdarza się, że gadamy do 21. Wysłanie do psychologa? To ostateczność. Koledzy mogą się z niego podśmiewać. Wolę więc ustawić chłopaków do pionu na apelu. Ale nie opieprzam. Nawet przez godzinę tłumaczę: "Panowie, nie na tym rzecz polega, by sobie życie nawzajem utrudniać, ale żebyście coś stąd wynieśli". Żołnierze mówią potem, że nikt dotąd tyle z nimi nie rozmawiał. Ale raz trafił się szeregowy, na którego nie działała rozmowa. "A właściwie dlaczego mam czyścić gąsienice w wozie?", komentował rozkazy. Na zbiórki wychodził spóźniony i niekompletnie ubrany. "Czy syn też tak zachowuje się u państwa w domu?", Małgorzata zadzwoniła do jego rodziców. - Rozwiązać sprawę z trudnym żołnierzem jest bardzo łatwo. Zawsze można wszcząć postępowanie dyscyplinarne. Ale po co? Wolę powiedzieć: "Nie zachowuj się jak szczeniak. Bądź mężczyzną". Ten jeden raz nie pomogło. Szeregowego przeniesiono do innej kompanii.

Jeden z żołnierzy w plutonie podporucznik Małgorzaty nie mógł nauczyć się kroku defiladowego. - Zobaczyłam, że po obiedzie kilku kolegów pokazywało mu, jak maszerować. Nazajutrz miałam go z tego sprawdzać. W takich chwilach wiem, że to, jak z nimi postępuję, ma sens - mówi.

Podporucznik Agnieszce Wodzyńskiej raz trafił się wyjątkowo trudny szeregowy. Dziewiętnastolatek po poważnych przejściach. "W dodatku ma dziewczynę w ciąży. Nie wiemy, jak zareaguje na stres", Agnieszka słyszy to od wojskowego psychologa. Żołnierz odmawia wykonywania rozkazów. Agnieszka wzywa go na rozmowę. Mówi: "Słuchaj, masz dziewczynę, będziesz miał dziecko. Nie pracujesz już na swoje konto, ale dla nich. Nie obchodzi mnie twoja przeszłość. Wszyscy startujecie z czystym kontem. Masz okazję poznać tu nowych ludzi, czegoś się nauczyć". - Jestem dowódcą, ale czuję się jak nauczyciel. Zawsze mówię chłopakom: "Nie musicie się kochać, ale szanować i tolerować".

"Panowie, jeden jest silniejszy fizycznie, inny psychicznie. Macie sobie pomagać. Pluton jest rodziną" - mówi swoim żołnierzom podporucznik Anna Pęzioł. - "Rodzina ma trzymać się razem. Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego", powtarzali mi rodzice. Teraz ja powtarzam to żołnierzom - opowiada. Gdy w czasie pokonywania toru przeszkód dwóch żołnierzy pomogło innemu pokonać tę najtrudniejszą, ona myśli: "Jest dobrze!".

Małgorzata: - Trafił mi się żołnierz, który dziwnie zachowywał się po powrocie z każdej przepustki. "Co się dzieje? Jest pan zupełnie inny - pytałam. - Nic" - usłyszała. Gdy zbliżał się termin odejścia do rezerwy, żołnierz zrobił się opryskliwy. "Trzeba wyciągnąć konsekwencje dyscyplinarne - powiedział Małgorzacie dowódca drużyny. - Nie. To tylko maska, on coś ukrywa. To wrażliwy chłopak" - powiedziała Małgorzata. Poprosiła żołnierza na kolejną rozmowę. Okazało się, że dziewczyna nie pozwoliła mu widywać córki. "Próbuj, nie poddawaj się. - Nie mam szans. - Postaraj się!". Po kilku miesiącach zadzwonił: "Pani porucznik, mogę widywać córkę!".

"Pani podporucznik, mam dla pani prezent od taty", usłyszała Małgorzata od szeregowca, którego po kilku rozmowach udało jej się zdyscyplinować. Wręczył Małgorzacie replikę odznaki policyjnej (ojciec jest policjantem). Powiedział: "Tato zdziwił się, że tak się zmieniłem na plus. Mówi, że chyli czoło przed panią, bo zacząłem w domu pomagać i nie pyskuję".

- Takie sytuacje to satysfakcja. Nie cieszy nas to, że przeczołgamy facetów w błocie, ale że udaje nam się wyciągnąć ich "na ludzi". A że robimy to innymi metodami niż dowódcy mężczyźni? Bez agresji, spokojnie, rozmową? Często efekty są lepsze - opowiada podporucznik Agnieszka Wodzyńska. Wszystkie słyszą: kobieta łagodzi obyczaje. Agnieszka: - Jedno jest pewne. Gdy przy kobiecie któryś przeklnie, zawstydzony przeprasza, niezależnie od tego, co ma na pagonach. A one nie przestrzegają obsesyjnie hierarchii. - Gdy amunicyjny w moim plutonie po wielogodzinnym strzelaniu zmarznięty liczył amunicję, powiedziałam: "Panie chorąży, pomogę panu". On i wszyscy inni byli w szoku - wspomina Małgorzata.

Anna: - Żołnierze często mówią: Siła jest najlepszym argumentem. A ja jestem pewna: najlepszym argumentem jest rozmowa.

Modlę się o pokój

Najtrudniejsze w dowodzeniu? Anna, Agnieszka, Małgorzata są zgodne: odpowiedzialność za życie drugiego człowieka.

Poligon w okolicach Poznania. Kolejna godzina zajęć. Łuska z pocisku trafia Annę w oko. Odbita siatkówka. Przez tydzień Anna ma problemy z okiem, nie widzi. Nie myśli: odejdę z wojska. - Odtąd wiedziałam jedno: muszę uważać na zdrowie żołnierzy - opowiada. Jedyny strach: że stanie się coś i będę musiała przepraszać rodziców chłopaka, którego mi powierzyli. Nie wybaczyłabym sobie tego.

- Irytuję kolegów. Tym, że kilkanaście razy wypytuję. O lekarza, który będzie przy strzelaniu. O budowę karabinu. O wszystko. Mam obsesję na punkcie bezpieczeństwa. I zawsze muszę się upewnić, czy moi żołnierze wszystko dobrze zrozumieli. Zastanawiam się, czy wysiłek fizyczny, który im dawkuję, nie przekracza ich możliwości - opowiada Agnieszka.

- Pluton to 30 osób, każdy jest inny, każdy ma swoje problemy. Muszę wykonywać rozkazy, ale przede wszystkim mam w tyle głowy to, żeby moi żołnierze wrócili cali do domu - opowiada podporucznik Małgorzata.

Same w domu nie bawią się w dowódców, nie wydają swoim mężczyznom rozkazów. - Ja jestem wręcz kobietą uległą - śmieje się Małgorzata. Jednak wszystkie budzą się o 6 rano, nawet na urlopie. I starannie składają ubrania w szafach.

Piętnaście lat służby wystarczy, by żołnierz poszedł na emeryturę. Anna, Agnieszka, Małgorzata osiągną ten staż przed czterdziestką. Nie skorzystają z przywileju. Chcą pracować, dopóki starczy im sił.

Kiedyś przyjdzie też czas na dziecko. - To bzdura, że kariery w wojsku nie da się pogodzić z rodziną, macierzyństwem - mówi Agnieszka. Anna zaczęła pracę w Sekcji Prasowej 16 Pomorskiej Dywizji Zmechanizowanej Wojsk Lądowych. Robi doktorat z polityki bezpieczeństwa w Europie. Za kilka lat może przyjdzie pora na pracę w wojskowej dyplomacji. Rodzice się ucieszą.

Anna, Małgorzata i Agnieszka chciałyby pojechać na misję pokojową. Jeśli trzeba będzie, i na wojnę. - "Służba ojczyźnie" to nie są dla mnie puste słowa - mówi Anna. - Też tak myślę. Ale modlę się o pokój na świecie - dodaje Agnieszka. Po jednej z mszy z okazji obchodów 11 Listopada do Małgorzaty i Agnieszki podeszły dwie staruszki. "Dziękujemy, że panie są w wojsku. Radzą sobie panie? To dobrze. Dajcie wycisk facetom!" - powiedziały i poszły. "Patrz, patrz, dziewczynka w mundurze!" - babcie szepczą do wnuków, gdy mijają je na ulicy. - To może nie nastąpi w naszym pokoleniu, ale w końcu stanie się tak, że kobieta żołnierz to będzie norma, nic niezwykłego - mówi Małgorzata. - Na razie nawet ja czasem mówię żołnierzowi na poligonie: "Co, nie potrafisz?! Baba jest lepsza od ciebie!". Zawsze skutkuje.

Agnieszka Sztyler

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy