Rosja wystrzeliła dwa "Orieszniki". Jeden zawiódł już na starcie
Jak informują branżowi analitycy, podczas zmasowanego ostrzału Ukrainy w nocy z 24 na 25 maja Rosja zdecydowała się na użycie dwóch pocisków balistycznych średniego zasięgu systemu "Oriesznik", bo… pierwszy nie zadziałał prawidłowo. Już wstępne doniesienia wskazywały, że operacja daleka była od sukcesu, a teraz po ujawnieniu tej informacji i analizie krateru uderzeniowego poznajemy kolejne istotne szczegóły.

Pierwszy atak nastąpił około godziny 1:00 w nocy, mniej więcej 15-20 minut przed tym na Białą Cerkiew w obwodzie kijowskim. Kanały monitorujące aktywność wojskową zgłaszały wprawdzie taki start, ale jednocześnie zabrakło informacji o trafieniach, więc wielu analityków kwestionowało tę próbę.
W sieci opublikowano jednak nagranie z kamery, które zarejestrowało rozmieszczenie rakiety "Oriesznik", a specjaliści od białego wywiadu zdołali potwierdzić, że przedstawia ono niedokończone centrum handlowe Rose Park w Doniecku. Oznacza to, że pocisk najpewniej został odpalony, ale nie zadziałał prawidłowo i najprawdopodobniej spadł na przedmieściach Doniecka.
Coś mały ten krater
Po tym nieudanym pierwszym starcie nastąpił drugi, który uderzył w Białą Cerkiew, dlatego strona ukraińska zgłosiła tylko jedno trafienie na terytorium Ukrainy. Już samo to nie pasuje do obrazu "'Oriesznika" kreowanego od miesięcy przez rosyjską propagandę, a to jeszcze nie koniec problemów Moskwy, bo badania miejsca uderzenia pokazują znacznie mniej spektakularny obraz niż zapowiedzi "przełomowej broni kinetycznej, zdolnej do niszczenia głęboko ukrytych celów przy użyciu wolframowych penetratorów".
Wstępne pomiary wskazują, że kratery powstałe po uderzeniach miały około 3 metrów średnicy i około 2 metrów głębokości. Choć świadczy to o dużej energii kinetycznej, efekty zniszczeń w otoczeniu, m.in. uszkodzone garaże i infrastruktura, nie odbiegają znacząco od wcześniejszych uderzeń analizowanych w innych miastach Ukrainy. Co więcej, same elementy bojowe uległy niemal całkowitemu zniszczeniu w momencie uderzenia - intensywna fragmentacja sprawia, że obecnie nie da się jednoznacznie potwierdzić, czy rzeczywiście zastosowano wolframowe penetratory, czy jedynie ich uproszczone odpowiedniki.
Energia duża, efekt ograniczony
Na podstawie rozmiarów kraterów eksperci oszacowali energię pojedynczych uderzeń na poziomie 220-400 megadżuli, co w przybliżeniu odpowiada eksplozji 52-95 kilogramów trotylu. To jednak tylko teoretyczne porównanie, bo uderzenia kinetyczne różnią się od eksplozji - nie generują istotnej fali uderzeniowej ani odłamków, które odpowiadają za większość zniszczeń w klasycznych głowicach. W rezultacie realny efekt bojowy okazuje się ograniczony, szczególnie w kontekście oczekiwań budowanych przez rosyjską narrację.
Bo warto tu wyjaśnić, że "Oriesznik" może przenosić do 36 elementów bojowych, co zwiększać ma jego skuteczność. Zamiast tradycyjnych ładunków wybuchowych, pocisk uwalnia niezależnie naprowadzane bloki, które uderzają w cel z ogromną energią kinetyczną. W praktyce jednak efekt takiego uderzenia porównywany jest do ataku… kilkudziesięciu dronów Shahed, które w odróżnieniu od pocisku Rosja jest w stanie produkować masowo. Szacuje się, że Moskwa może wytwarzać zaledwie kilka "Orieszników", czyli mniej więcej tyle, co dronów Shahed/Gierań w kilka godzin.
Trzecie znane użycie bojowe systemu "Oriesznik" nie przyniosło więc przełomu na polu walki, wręcz przeciwnie - jeszcze podważyło jego wizerunek jako "cudownej broni". Problemy przy starcie, a także analiza kraterów i rzeczywistych zniszczeń pokazują, że mimo zaawansowanej koncepcji technologicznej, efekty pozostają dalekie od deklaracji. Może się więc okazać, że Rosji bardziej "opłacało się" trzymać go jako "straszak", niż wykorzystywać jako realne narzędzie bojowe.










