Trump rozważa zajęcie irańskiej wyspy. Eksportuje 90% ropy na świat
Administracja prezydenta Donalda Trumpa poważnie analizuje możliwość siłowego zajęcia wyspy Chark w Zatoce Perskiej, która odpowiada za około 90% całego eksportu irańskiej ropy naftowej. Jako że większość niej jest importowana przez Chiny, ma to być kolejny, po Wenezueli, potężny cios we władze w Pekinie.

Według doniesień agencji Axios, powołujące się na źródła zaznajomione z dyskusjami w Białym Domu, opcja ta jest rozważana równolegle z innymi operacjami lądowymi, w tym potencjalnym wysłaniem sił specjalnych do zabezpieczenia irańskich zapasów wysoko wzbogaconego uranu. Zajęcie terminalu na Chark miałoby stanowić jeden z najmocniejszych sposobów pozbawienia reżimu w Teheranie głównego źródła dochodów.
Wyspa Chark położona jest około 25 km od wybrzeża Iranu i jest największym oraz najważniejszym terminalem eksportowym tego kraju. Przechodzi przez nią niemal cały eksport surowej ropy. Obecnie szacuje się, że jest to ok. 1,5-1,6 mln baryłek dziennie. Obiekt ma pojemność magazynową rzędu 30 mln baryłek, a teoretyczna przepustowość załadunku sięga nawet 7 mln baryłek na dobę.
Trump rozważa zajęcie irańskiej wyspy Chark
Jak mogłaby wyglądać taka operacja? Według analityków wojskowych i byłych oficerów: m.in. Michaela Rubina z AEI oraz Keitha Kellogga, najbardziej realny scenariusz zakłada kombinację działań powietrzno-morsko-lądowych, a nie klasyczną inwazję na dużą skalę. Wyspa ma niewielkie rozmiary, bo około 8 km długości i 5-6 km szerokości, a to ułatwia szybkie opanowanie kluczowych punktów, ale jednocześnie czyni ją podatną na kontrataki.
Najpierw U.S. Navy i lotnictwo ustanowiłyby strefę wykluczenia wokół wyspy na odległość 20-40 mil morskich. Niszczyciele i krążowniki z systemami Aegis oraz okręty podwodne z pociskami Tomahawk zneutralizowałyby irańską obronę przeciwlotniczą, radary, nadbrzeżne baterie rakietowe i instalacje IRGC (Korpus Strażników Rewolucji Islamskiej) zarówno na samej wyspie, jak i w rejonie Ganaveh-Ghurreh na lądzie stałym.
Następnie fala precyzyjnych uderzeń z użyciem pocisków manewrujących, bomb kierowanych i dronów Reaper/Predator uszkodziłaby lub zniszczyła kluczowe elementy obrony, w tym koszary, wyrzutnie, centra dowodzenia, przy jednoczesnym minimalnym uszkodzeniu infrastruktury naftowej, takiej jak pomosty załadunkowe, zbiorniki czy centrale sterowania. Celem jest przejęcie, a nie zniszczenie terminalu.
USA chcą uderzyć gospodarczo w Chiny
Główna faza to desant sił specjalnych i lekkiej piechoty. Najczęściej omawiany wariant zakłada operację powietrznodesantową i amfibijną: śmigłowce CH-53K oraz konwertoplaty MV-22 Osprey startujące z okrętów desantowych (LHD/LHA typu America lub Wasp) wysadziłyby pierwszą falę 200-600 żołnierzy z jednostek Delta Force, SEAL Team 6, Rangers lub 82. Dywizji Powietrznodesantowej. Zajęliby oni kluczowe punkty: pomosty załadunkowe, centrale sterowania, magazyny i lądowiska. Kolejne fale (do 2-3 tys. ludzi) umocniłyby pozycje i ustanowiłyby system obronny.
Po opanowaniu wyspy, siły amerykańskie szybko wdrożyłyby system obrony przeciwlotniczej i przeciwrakietowej (Patriot, THAAD, Aegis Ashore z okrętów), zwalczały ataki dronowe, rakietowe i morskie IRGC. Logistyka opierałaby się na zaopatrzeniu morskim i powietrznym z baz w Bahrajnie, Katarze oraz statków desantowych. Eksperci podkreślają, że Chark jest stosunkowo słabo ufortyfikowana w porównaniu z instalacjami lądowymi, a jej położenie pozwala na stworzenie skutecznej "bańki ochronnej" przez siły morskie USA.
Armia USA planuje desant w Iranie
Jednak operacja niesie ogromne ryzyko. Głównie chodzi o kontrataki rakietowe, miny morskie, drony kamikadze oraz groźbę zamknięcia Cieśniny Ormuz przez Iran. Według Axios, pomysł krąży w kręgach Narodowej Rady Bezpieczeństwa i jest promowany m.in. przez niektórych doradców i ekspertów od Bliskiego Wschodu, którzy widzą w tym sposób na szybkie i głębokie osłabienie ekonomiczne reżimu ajatollahów.
Prezydent Trump, pytany wczoraj przez dziennikarzy na pokładzie Air Force One o możliwość operacji lądowych, stwierdził, że nie wyklucza użycia wojsk lądowych, "ale tylko z bardzo dobrego powodu". Rzeczniczka Białego Domu Karoline Leavitt podkreśliła, że prezydent "trzyma wszystkie opcje na stole i niczego nie wyklucza". Iran zareagował już na doniesienia. Prezydent Masud Pezeshkian oświadczył, że "Iran nie pozwoli, aby choć skrawek terytorium kraju został zajęty".
Eksperci ostrzegają, że zajęcie Chark, nawet przez siły specjalne i przy wsparciu lotnictwa, byłoby operacją ekstremalnie ryzykowną militarnie i politycznie. Mogłoby wywołać gwałtowny wzrost cen ropy na światowych rynkach (już teraz notowania są o ponad 25% wyżej niż przed eskalacją), a także sprowokować zamknięcie Cieśniny Ormuz lub ataki asymetryczne na infrastrukturę naftową w regionie. Na razie Biały Dom nie potwierdził, by decyzja o takiej operacji została ostatecznie podjęta.
***
Bądź na bieżąco i zostań jednym z 90 tys. obserwujących nasz fanpage - polub GeekWeek na Facebooku i komentuj tam nasze artykuły!









