Reklama

Własowiec - bohater Powstania, cz. I

Stalin i partia komunistyczna byli bezwzględni i nie mieli ani odrobiny litości dla setek tysięcy obywateli sowieckich, którzy przeszli na stronę wroga i walczyli przeciwko Armii Czerwonej w szeregach armii generała Andrieja Własowa i dziesiątkach innych formacji kolaborujących z Niemcami.

Nawet poddanie się i pójście do niewoli, bez względu na okoliczności, było dla Stalina zdradą. Dotyczyło to w szczególności oficerów. W politycznej instrukcji z roku 1940 dla żołnierzy i oficerów Armii Czerwonej czytamy, że oficer sowiecki w razie zagrożenia niewolą ma walczyć do ostatniego naboju i nigdy się nie poddawać ("Krasnoarmiejskij Polituczebnik, Wojenizdat" 1940).

Niebywały brak woli

Stanowisko Stalina w tej sprawie jeszcze bardziej się usztywniło, gdy po pierwszych starciach przygranicznych z armią niemiecką miliony sowieckich żołnierzy i oficerów (w tym nawet generałowie) trafiły do niewoli. Tylko w roku 1941 do niemieckiej niewoli dostało się prawie 3.355.000 sowieckich żołnierzy, a w ciągu całej wojny - ponad 6.000.000 (Alexander Dallin, "German Rule in Russia 1941-1945. A study of occupation policies, London", New York 1957, s. 427).

Reklama

Już pierwsze starcia z armią niemiecką ujawniły niebywały brak woli walki wśród żołnierzy i oficerów Armii Czerwonej. Stalin zareagował bardzo ostro. W sierpniu 1941 roku został ogłoszony słynny rozkaz nr 270, określający zasady postępowania dowództwa Armii Czerwonej wobec tych, którzy dostali się do niewoli. Jeńców sowieckich zrównano tym rozkazem z dezerterami. Ich rodziny miały podlegać aresztowaniu.

Jeszcze bardziej surowo miały być traktowane rodziny zdrajców ojczyzny. Znajdującym się w okrążeniu żołnierzom i oficerom Armii Czerwonej nakazano walczyć do ostatniego naboju, przebijać się do swoich, a w sytuacji bez wyjścia - popełniać samobójstwo. Tych, którzy dobrowolnie poszli do niewoli, rozkazano zwalczać wszystkimi możliwymi sposobami, a rodziny przebywających w niewoli czerwonoarmistów pozbawić zasiłków rodzinnych (Dmitrij Wolkogonow, "Triumf i tragiedija. Politiczeskij portret I.W. Stalina," t. 2, Moskwa 1989, s. 548).

Bezwzględny i powszechny terror

Zastraszenie własnych żołnierzy było nieodzownym i ważnym elementem prowadzenia wojny przez Stalina. W porównaniu z armiami innych krajów zaangażowanych w drugą wojnę światową, z III Rzeszą włącznie, był to prawdziwy terror, bezwzględny i powszechny, bo ogarniał swym zasięgiem zarówno armie walczące na froncie, jak i ludność cywilną na zapleczu frontu. Dla porównania, sowieckie sądy wojskowe w czasie całej wojny skazały na śmierć 158.000 żołnierzy, natomiast niemieckie jedynie 22.000 (Andrew Nagorski, "Największa bitwa. Moskwa 1941-1942", Poznań 2008. s. 83).

Po wojnie setki tysięcy wyzwolonych przez Armię Czerwoną i armie sojusznicze jeńców sowieckich skazano za "tchórzostwo" na wieloletnie więzienie. Dopiero po śmierci Stalina stosunek do nich powoli zaczął się zmieniać.

Nietrudno się więc domyślić, jak Stalin zareagował, gdy Armia Krajowa posłużyła się oficerem armii Własowa do nawiązania kontaktów z Armią Czerwoną.

Na pewno mu nie ufał...

Ktoś taki jak Konstanty Kaługin, były kapitan Armii Czerwonej, latem 1944 roku pełniący obowiązki oficera propagandowego armii Własowa (z zachowaniem sowieckiego stopnia kapitana), mimo że ponownie przeszedł na stronę sowiecką, nie mógł budzić zaufania sowieckich władz. Wywiad sowiecki korzystał z jego usług, ale w bardzo ograniczonym zakresie, i na pewno mu nie ufał.

Po wojnie Kaługin wyrokiem wojskowego trybunału został skazany na 10 lat łagru. A zatem w opinii władz jego winy były większe niż zasługi. Tymczasem wystarczyłoby jedno słowo władz, a wyszedłby na wolność. Obciążała go jednak dodatkowo współpraca z AK.

Dla dowództwa AK stosunek Armii Czerwonej do własnych jeńców w niemieckiej niewoli nie był tajemnicą. Także stosunek do własowców. Dlatego wykorzystanie byłego żołnierza Własowa w tak delikatnej sprawie, jak pomoc dla Powstania Warszawskiego, było możliwe jedynie po jego dokładnym sprawdzeniu, i to tylko przy akceptacji strony sowieckiej.

List do Józefa Stalina

9 sierpnia 1944 roku premier polskiego rządu Stanisław Mikołajczyk wręczył Stalinowi na Kremlu list Kaługina następującej treści:

Marszałku Towarzyszu Stalin!

Jestem w osobistym kontakcie z dowództwem garnizonu Warszawy, który prowadzi bohaterską walkę partyzancką za ojczyznę przeciwko hitlerowskim bandytom. Po zapoznaniu się z ogólną sytuacją wojenną doszedłem do wniosku, że mimo bohaterskiej postawy wojska i ludności całej Warszawy, w mieście istnieją potrzeby, których zaspokojenie pozwoliłoby przyspieszyć zwycięstwo w walce z naszym wspólnym wrogiem.

Brakuje im: amunicji do broni automatycznej, granatów i broni przeciwpancernej. Broń zrzucać na: plac Wilsona, plac Inwalidów, getto, plac Krasińskich, plac Żelaznej Bramy, plac Napoleona, Pole Mokotowskie, Koszary Szwoleżerów, Powiśle i Bielany. Oznaczenie miejsc zrzutów: białe i czerwone płachty.

Lotnictwo niemieckie niszczy miasto i zabija ludność cywilną. Proszę, skierujcie ogień artylerii na mosty na Wiśle w obrębie Warszawy, na Ogród Saski i Aleje Jerozolimskie, jako główne drogi ruchu wojsk niemieckich. Nieprzyjaciel bombarduje z lotnisk Okęcie i Bielany. Bohaterska ludność Warszawy wierzy, że za kilka godzin nadejdzie wasza zbrojna pomoc. Proszę o pomoc w nawiązaniu łączności z marszałkiem Rokossowskim.

Z Grupy "Czornego" 66804 Warszawa, kpt. Kaługin Konstanty.

Ten list nie został podyktowany przez dowódców powstania pragnących skontaktować się za pośrednictwem Kaługina z sowieckim dowództwem. Autorstwo Kaługina potwierdza dowódca AK generał Bór-Komorowski, który pisze: "zgodziłem się na wysłanie depeszy o tekście zaproponowanym przez Kaługina, którą on sam podpisał" (Tadeusz Bór-Komorowski, "Powstanie Warszawskie", Warszawa 2004, s. 75).

Dla człowieka chociaż trochę obeznanego z sowiecką rzeczywistością wysłanie podobnego listu do Stalina przez osobę niecieszącą się pełnym zaufaniem władz graniczy z szaleństwem. Napisanie listu pełnego podziwu i współczucia dla walczących w stolicy AK-owców przez kogoś, kto wiedział, jak Sowieci traktują AK, i orientował się w konfliktach między AK i AL, stanowiło akt odwagi.

Było to jednak również bardzo nierozsądne. Zrobić to mógł albo człowiek mający do tego odpowiednie pełnomocnictwa (wysokiej rangi agent NKWD, mający na to zgodę swych zwierzchników), albo kompletny ignorant w dziedzinie sowieckiej rzeczywistości, albo człowiek naprawdę odważny, pragnący pomóc powstańcom, do głębi serca poruszony walką warszawiaków.

Zmyć piętno kolaboranta

W Rosji nigdy nie brakowało ludzi, którzy wrogość wobec Polski i Polaków uważali za zjawisko niezgodne z rosyjską racją stanu. Kaługin, pochodzący z rosyjskiej prowincji, z obwodu stalingradzkiego, prawdopodobnie miał znikomą styczność z polskością i Polakami, ale w czasie wojny prawie cały rok mieszkał w Polsce (w Warszawie i Częstochowie). Dzięki Polakom miał szansę uciec z tonącego okrętu faszystowskich Niemiec i wrócić po wojnie do ojczyzny. Uważał chyba, że dzięki współpracy z NKWD będzie mógł zmazać piętno kolaboranta.

Jak wiadomo, NKWD chętnie korzystało z usług zbiegów od generała Własowa. Powierzano im trudne zadania, ale o tym, czy to wystarczyło do rehabilitacji, miał zdecydować dopiero sąd wojskowy po wojnie.

W odróżnieniu od swych polskich towarzyszy broni Konstanty Kaługin nie powinien mieć złudzeń co do prawdziwego stosunku ZSRS do Powstania Warszawskiego. Doskonale był obeznany z warunkami panującymi w jego kraju ojczystym i dobrze wiedział, co go czeka za próbę samodzielnego przyjścia z pomocą powstańcom. Orientował się także w różnicach politycznych między AK i AL.

Przede wszystkim zdrajca

A jednak zdecydował się na ryzykowną misję i bez wahania próbował zwracać się do najwyższych władz własnego kraju, chcąc na własną rękę zrealizować to, co uważał za swój żołnierski i obywatelski obowiązek. Wiedział chyba również, że ma znikome szanse na powodzenie, że podobna postawa może dla niego oznaczać wyrok śmierci, ale nie zrezygnował z tej misji.

Musimy odnotować, że zwracając się do dowództwa Armii Czerwonej, kapitan Kaługin jednocześnie ratował własne życie. Wziętych do niewoli własowców powstańcy przeważnie rozstrzeliwali. Ale niewątpliwie, aby uratować skórę, nie trzeba było iść na aż tak ścisłą współpracę z AK.

Zasadnicze pytanie brzmi: kim w oczach Moskwy był kapitan Kaługin? Dla stalinowskiej Moskwy Kaługin był przede wszystkim zdrajcą. Co prawda zdrajca opamiętał się i próbował się zrehabilitować, ale zrobił to niezgodnie z polityką partii i rządu. Człowiek sowiecki w sytuacji Kaługina nie powinien wykazywać żadnej inicjatywy, powinien tylko podporządkować się całkowicie władzom i wystrzegać się jakichkolwiek działań nieuzgodnionych z przełożonymi.

Na scenie wielkiej polityki

Nazwisko kapitana Armii Czerwonej Konstantego Kaługina padło w rozmowach na najwyższym szczeblu już 9 sierpnia, podczas spotkania na Kremlu Stalina i Mikołajczyka. Stalin zaskakująco dużo wiedział na temat kapitana Kaługina. Na pytanie Mikołajczyka o możliwość wykorzystania kapitana w sprawie nawiązania łączności z powstaniem Stalin zdecydowanie odparł: "On nie ma środków łączności. Należałoby zatem zrzucić w Warszawie naszego oficera spadochronowego z szyframi do łączności. Proszę o ułatwienie tego i o wszelkie potrzebne wskazówki techniczne" (Antoni Przygoński, "Stalin i Powstanie Warszawskie", Warszawa 1994., s. 118.).

To, że Stalin wiedział, kim jest Kaługin, na pewno nie było przypadkiem. Prawdopodobnie wywiad poinformował go, że Mikołajczyk ma zamiar przedstawić taką depeszę. Sowiecki przywódca nie zbagatelizował listu Kaługina chyba dlatego, że wiedział, iż Polacy skierowali depeszę Kaługina także do Churchilla i Roosevelta.

Konstanty Andriejewicz Kaługin w momencie wybuchu powstania był 36-letnim oficerem armii generała Własowa. Latem 1943 roku podjął próbę ponownego przejścia na stronę ZSRS i za pośrednictwem AL nawiązał luźny kontakt z grupą wywiadowczą pułkownika "Czornego" (Iwana Banowa), prowadzącą głęboki wywiad na terenie Niemiec i Polski.

Z wykształcenia był inżynierem budowlanym, ale przed wojną sowiecko-niemiecką pracował jako cenzor, musiał więc należeć do nomenklatury partyjnej. Innym dowodem stosunkowo uprzywilejowanej pozycji społecznej był jego prawie 10-letni staż partyjny. Do partii, jak sam podawał, wstąpił w roku 1931.

Wojnę rozpoczął w stopniu kapitana artylerii w 1131. Pułku Strzeleckim. O jego zdolnościach, nie tylko organizacyjnych, świadczy stanowisko dowódcze, które zajmował. Był oficerem do zadań specjalnych przy dowódcy pułku i miał za zadanie koordynację działań artylerii pułkowej i piechoty.

Walczyć w każdych warunkach

W maju 1942 roku, walcząc w okrążeniu pod Charkowem, został ciężko ranny i dostał się do niewoli niemieckiej. Po wyleczeniu, aby nie umrzeć z głodu, wstąpił do armii generała Własowa. Jego decyzja, jak sam twierdził w notatce sporządzonej dla AK, umotywowana była jedynie zamiarem walczenia z III Rzeszą w każdych warunkach, nawet w szeregach armii kolaboranckiej (Antoni Przygoński, dz. cyt., s. 118.).

Zachował stopień kapitana i został skierowany jako oficer propagandowy do obozu jenieckiego IVB w Saksonii. Zadanie oficera propagandowego armii Własowa polegało na przeprowadzaniu rozmów politycznych z sowieckimi jeńcami wojennymi i skłonieniu ich do wstąpienia do Rosyjskiej Armii Wyzwoleńczej generała Własowa. Kaługin w swym sprawozdaniu twierdził, że jako antyfaszysta robił wszystko co w jego mocy, aby to zadanie wykonywać jak najgorzej.

Od maja 1943 roku pracował w obozie nr 367 w Częstochowie, gdzie pod koniec roku nawiązał kontakt z polskimi komunistami i rozpoczął swą misję wywiadowczą. Za pośrednictwem Ryszarda Nazarewicza "Stefana" nawiązał tam kontakt z miejscową organizacją PPR i GL, które po odpowiednim sprawdzeniu skierowały go do centrali wywiadu GL w Warszawie.

Zadanie dla samobójcy

Pod koniec roku 1943 za pośrednictwem komunistów polskich dostał od NKWD ważne i odpowiedzialne zadanie - zabicie generała Własowa. Takie samo zadanie wyznaczono wielu sowieckim agentom, gdyż Stalinowi bardzo zależało na pozbawieniu rosyjskiego ruchu antykomunistycznego jego charyzmatycznego przywódcy. Konstanty Kaługin nie wykonał jednak tego zadania. Zamach na generała Własowa był równoznaczny z samobójstwem, a on nie był fanatykiem zdolnym dla idei poświęcić własne życie.

To, że po wojnie dostał stosunkowo łagodny (jak na warunki sowieckie) wyrok (10 lat łagru) świadczy, że jego twierdzenie o działalności agenturalnej w szeregach armii Własowa nie było gołosłowne. Jego wersję wydarzeń w obozie jenieckim i u Własowa uznano za wiarygodną po śmierci Stalina, kiedy został całkowicie zrehabilitowany i odzyskał pełnię praw obywatelskich.

Zasłużenie weterani wielkiej wojny

Konstanty Kaługin twierdził, że przyłączył się do grupy pułkownika Nikołaja Buszmanowa, który we wrześniu 1942 roku organizował w sztabie Własowa komitet antyfaszystowski, wykryty przez gestapo na początku 1943 roku. Czternastu członków tej podziemnej organizacji publicznie powieszono w obozie koncentracyjnym Sachsenhausen. Kaługin sądził, że stracony został także Buszmanow.

Ale pułkownik Buszmanow ocalał. Historia jego "cudownego" ocalenia to jedna z wielu niewyjaśnionych tajemnic drugiej wojny światowej. Prawdopodobnie Niemcy próbowali go wykorzystać jako podwójnego agenta.

Po wojnie Nikołaj Buszmanow, podobnie jak znaczna część sowieckich jeńców wojennych, zamienił obóz niemiecki na sowiecki. Oficerowie Własowa najczęściej dostawali karę śmierci, a kiedy ją chwilowo zniesiono w roku 1946, to 25 lat łagru, co w rzeczywistości równało się skazaniu na śmierć, tyle że powolną.

Czy Buszmanow i Kaługin spotkali się w czasie powojennego śledztwa? Ponoć Buszmanow potwierdził działalność Kaługina w swej grupie antyfaszystowskiej. Dzięki temu sąd wojskowy łagodnie potraktował również Kaługina. Obaj dostali po 10 lat łagru i obaj zostali zrehabilitowani. Obaj zostali też pod koniec życia uznani za zasłużonych weteranów wielkiej wojny ojczyźnianej.

Mimo wszystko cenny agent

Dziś Nikołaj Buszmanow, który zmarł jako emerytowany pułkownik w 1978 roku, jest w Rosji bohaterem, pisze się o nim książki i kręci filmy, natomiast na pełną rehabilitację Kaługina i wszystkich tych, którzy pomagali Armii Krajowej, w dzisiejszej Rosji jest jeszcze chyba za wcześnie. Powstanie Warszawskie w Rosji na razie jest traktowane tak jak za Stalina.

Ocalenie Kaługina po wpadce grupy pułkownika Buszmanowa możliwe było chyba dlatego, że gestapo nie zdołało wykryć wszystkich kontaktów pułkownika. Prawdopodobnie Kaługin był też stosunkowo słabo zaangażowany w działalność grupy.

Niepowodzenie zamachu na Własowa niewątpliwie zmniejszyło autorytet Kaługina w NKWD. Mimo to uznano go w Moskwie za cennego agenta. Ściągnięto go do specjalnego oddziału partyzanckiego pod dowództwem pułkownika "Czornego", który operował w Lasach Parczewskich na Lubelszczyźnie. Po dokładnym sprawdzeniu i krótkim przeszkoleniu skierowano go z powrotem do Warszawy z zadaniem, by wycofał się razem z armią niemiecką i działał w głębi terytorium opanowanego przez III Rzeszę. Razem z nim do Warszawy skierowano radiotelegrafistę z radiostacją i odpowiednimi szyframi.

CDN

Nikołaj Iwanow

Powyższy tekst jest fragmentem książki Nikołaja Iwanowa pt.: "Powstanie Warszawskie widziane z Moskwy", która ukazała się nakładem wydawnictwa "Znak". Śródtytuły pochodzą od redakcji INTERIA.PL.

INTERIA.PL
Dowiedz się więcej na temat: stalin | ludność | kapitan | Warszawa | kontakt | Powstanie Warszawskie | plac | nkwd | Bohater

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy