Wojsko dla każdego?

W tym samym dniu dostałem przydziałowy grzebień i ogolono mnie na zero... - wspomina swój pierwszy dzień w wojsku Michał, dziś trzydziestoparolatek.

Tacy jak on, dawni "szweje", którzy trafili do armii, choć nie chcieli, mogą godzinami rozmawiać o absurdach zasadniczej służby wojskowej. I obalać każdy argument za utrzymaniem przymusowego poboru. Tylko czy mają rację?

- Ja jestem starej daty - zastrzega Lech Wałęsa, były prezydent RP, w latach 60. żołnierz służby zasadniczej. - No i pochodzę z terenów wiejskich, gdzie o armii zawsze mówiono z szacunkiem. W każdym razie w czasach mojej młodości nie do pomyślenia było, by ktoś nie poszedł do wojska. Wymiganie się od służby to był powód do wstydu, no chyba, że ktoś był kaleką.

Reklama

Prawdziwa szkoła życia

Bo wojsko, "od zawsze" utrzymujące wysoką pozycję w rankingach zaufania społecznego, było traktowane nie tylko jako obowiązek obywatelski, ale również "prawdziwa szkoła życia". W społecznej świadomości powszechny był pogląd, że dzięki armii "gówniarz stawał się mężczyzną". I nie chodziło tylko o wyrobienie fizycznej tężyzny czy nabycie umiejętności zabijania, czym z definicji zajmowało się wojsko. Istotne było także to, że wtłoczony za koszarowe mury chłopiec, uczył się funkcjonowania w skrajnie nieprzyjaznym środowisku, z jego zgniłymi kompromisami i, często sadystycznymi, obrzędami. Mowa rzecz jasna o "fali", która wszystkich oburzała, a którą tak naprawdę powszechnie akceptowano, jako atrybut "twardej szkoły".

Służba dla niezaradnych

Prawdziwą rewolucję w podejściu do służby wojskowej przyniosły lata 90. Nagle okazało się, że Polska nie potrzebuje 400-tysięcznej armii. A i sami poborowi coraz mniej entuzjastycznie stawiali się do służby. Głównie dlatego, że wojsko stało się przeszkodą w karierze zawodowej. Młodym, dobrze wykształconym mężczyznom żal było niezarobionych pieniędzy, ci o niższych kwalifikacjach bali się, że kilkunastomiesięczna służba wyrzuci ich z rynku pracy. Na nic zdawało się skracanie służby - trwające w czasach PRL dwa lata szkolenie najpierw skurczyło się do 18, później 15 i 12 miesięcy. A mimo to do armii trafiało coraz więcej poborowych z negatywnego doboru - niezaradnych życiowo, bez perspektyw zawodowych, takich, którzy nie potrafili "załatwić" sobie zwolnienia.

Armia-anachronizm

Dziś zasadnicza służba wojskowa trwa 9 miesięcy, a dla absolwentów uczelni wyższych - 3 miesiące. Niemal połowa ze 150 tys. żołnierzy WP to wojskowi z przymusowego wcielenia. Tymczasem na świecie armię z poboru uważa się za anachronizm. Brytyjczycy zrezygnowali z niej już w 1963 r., a Amerykanie 10 lat później, po doświadczeniach z wojny w Wietnamie (w czasie której okazało się, że żołnierze z poboru jak tylko mogli, unikali walki). Polskie władze także planują w pełni uzawodowić armię - kilka tygodni temu z ust prezydenta Lecha Kaczyńskiego i szefa MON Radka Sikorskiego padły deklaracje, że nastąpi to w 2012 r., ale ostatni poborowi trafią do koszar w 2009 r. Co z tych zapowiedzi wyjdzie? Zobaczymy. W każdym razie dziś niewielu jest zwolenników utrzymania przymusowej armii dla każdego.

Powrót do PO?

- Bo nie każdy, ze względów zdrowotnych, do wojska się nadaje i nie każdy chciałby do niego trafić - mówi płk Zdzisław Gnatowski, jeden z oficerów prasowych WP. - A służba z przymusu mija się z celem.

Nieco innego zdania jest płk Leszek Drewniak z Fundacji Byłych Żołnierzy Jednostek Specjalnych GROM. - Jestem zwolennikiem profesjonalnej armii, ale obowiązek obrony kraju powinien spoczywać na jak największej liczbie obywateli. Obecny model, zakładający 9-miesięczną służbę zasadniczą, najlepszy nie jest. Bo przez dużą część tego czasu żołnierze siedzą w koszarach i się nudzą. Moim zdaniem, służbę zasadniczą powinno się zastąpić czymś na wzór dawnego przysposobienia obronnego, czy kilkunastotygodniowych, obowiązkowych szkoleń. - Sam nie wiem... - waha się Lech Wałęsa. - W końcu dziś nie potrzebujemy armii masowej.

A może gwardia narodowa?

Wątpliwości nie ma za to Janusz Zemke, były wiceminister obrony. - Nie mamy innego wyjścia, musimy zrezygnować z przymusowego poboru, tak, jak robią to wszystkie nowoczesne armie - przekonuje. - Mamy w wojsku coraz więcej strasznie skomplikowanych urządzeń i systemów broni, które obsłużyć mogą jedynie specjaliści wysokiej klasy. No i nasza armia coraz częściej angażuje się w zagraniczne misje, a przecież nie można wysyłać w niebezpieczne rejony wcielonych na siłę chłopców.

- Trzeba się jednak zastanowić nad rezerwami - dodaje Zemke. - Bo nawet najlepiej wyposażona, profesjonalna armia, niewiele jest warta, jeśli w razie konieczności nie wesprą jej przeszkoleni rezerwiści. Moim zdaniem, najlepszy byłby model amerykański, czyli formacje gwardii narodowej. Ochotnicy, na przykład za stypendia, zdobywaliby w nich podstawy żołnierskiego rzemiosła, na kilkutygodniowych kursach, organizowanych raz w roku przez kilka lat.

Pytanie tylko, czy Polskę na takie rozwiązanie stać...

Marcin Ogdowski

INTERIA.PL
Dowiedz się więcej na temat: wojsko | armia | służba
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Strona główna INTERIA.PL
Polecamy