Klonowanie organizmów ma granice. Naukowcy doszli do pokolenia, które nie przeżyło
Miało być przełomem w biologii, który pozwoli kopiować życie bez końca. Po 20 latach eksperymentów naukowcy trafili jednak na ścianę. Doszli do pokolenia klonowanych myszy, które nie przeżyło, a badania pokazują, że natura ma wbudowane ograniczenia, których nie da się łatwo obejść.

Technika, która miała powielać życie niemal bez końca to złudzenie? Po dwóch dekadach pracy japońscy naukowcy pokazali granicę, której nie da się przekroczyć.
Klonowanie ssaków. Gdzie kończy się powtarzalność?
Zespół kierowany przez prof. Teruhiko Wakayamę rozpoczął eksperyment w 2005 roku od jednej samicy myszy. Schemat był prosty: gdy zwierzę osiągało trzy miesiące, klonowano je ponownie. W ten sposób powstawały kolejne pokolenia. Trzy lub cztery rocznie. W ciągu 20 lat wykonano ponad 30 tysięcy prób i uzyskano przeszło 1200 myszy.
Początkowo wszystko działało coraz lepiej. Skuteczność wzrosła do ponad 15 procent, a klony wyglądały identycznie. To właśnie wtedy pojawiła się nadzieja, że proces można powtarzać w nieskończoność.
Wierzyliśmy, że możemy stworzyć nieskończoną liczbę klonów. Dlatego te wyniki są tak rozczarowujące.
Przełom nastąpił około 25. pokolenia. Od tego momentu zaczęły kumulować się szkodliwe mutacje genetyczne. Każda kolejna generacja miała mniejsze szanse na przeżycie. W 57. pokoleniu przeżywało już tylko 0,6 procent osobników. A 58. pokolenie? Nie przeżyło żadne zwierzę.
Punkt krytyczny klonowania. Mutacje i "genetyczne zużycie"
Co ciekawe, młode myszy nie wykazywały widocznych wad. Umierały jednak krótko po urodzeniu, a przyczyna pozostaje nieznana. Analiza ich genomów pokazała coś jeszcze bardziej niepokojącego - miały trzykrotnie więcej mutacji niż osobniki rozmnażane płciowo.
Kiedyś uważano, że klony są identyczne z oryginałem, ale to wyraźnie nie jest prawda.
Niektóre myszy miały powiększone łożyska, u innych brakowało jednej kopii chromosomu X. To sygnały, że materiał genetyczny z każdą kopią ulega coraz większemu "zużyciu".
Zobacz również:
Natura wciąż stawia na rozmnażanie płciowe
Najciekawszy wniosek pojawił się na końcu. Nawet myszy z 57. pokolenia, jeśli rozmnażały się w sposób naturalny, wydawały na świat zdrowe potomstwo z mniejszą liczbą mutacji. To potwierdza, że rozmnażanie płciowe działa jak mechanizm naprawczy.
Badacze wskazują tu na tzw. zapadkę Mullera - teorię mówiącą, że w liniach rozmnażających się bezpłciowo szkodliwe mutacje nieuchronnie się kumulują, prowadząc do "genetycznego załamania" i wyginięcia.
Oznacza to jedno - klonowanie może być użyteczne, ale nie zastąpi natury. Nie stworzymy nieskończonych armii identycznych organizmów, jak w filmach science fiction.
Źródło: phys.org
Publikacja: Teruhiko Wakayama, Limitations of serial cloning in mammals, Nature Communications (2026). DOI: 10.1038/s41467-026-69765-7. www.nature.com/articles/s41467-026-69765-7











