Reklama

​Mordercza przestrzeń: Brutalna prawda o lotach w kosmos

Przebywanie w przestrzeni kosmicznej i brak grawitacji to ogromne obciążenie dla ludzkiego organizmu /The Print Collector /Getty Images

Reklama

Pokonanie siły ciążenia to fantastyczne uczucie - ale na dłuższą metę ten stan działa równie destrukcyjnie, co wymyślne tortury. Od pierwszej sekundy pobytu w przestrzeni pozaziemskiej każdy astronauta zmaga się z postępującymi uszkodzeniami ciała.

Jest krótko po drugiej w nocy, gdy rakieta Sojuz zaczyna nagle drżeć. Trzech astronautów wie, że nie ma już odwrotu. Eksplozja paliwa w potężnych silnikach oderwie ich od powierzchni Ziemi - albo zabije. Jeszcze 10 sekund. Za chwilę 26 milionów koni mechanicznych katapultuje mężczyzn 350 kilometrów nad Ziemię.

Pod śmiałkami znajduje się prawie 300 ton wysoce wybuchowego paliwa. Jest go wystarczająco dużo, aby na kosmodromie Bajkonur w Kazachstanie rozpętać piekło. Nagle w słuchawkach rozlega się komenda: "Lift off!".

- W tym momencie miałem wrażenie, jakby w moje auto uderzyła maksymalnie rozpędzona ciężarówka - mówi Kanadyjczyk Chris Hadfield, który już trzy razy był w kosmosie. W pierwszych chwilach startu silniki spalają  dziewięć ton paliwa na sekundę. Wytwarzają ciąg, który po upływie niespełna minuty pozwala ważącej setki ton metalowej strzale przebić barierę dźwięku.

Reklama

Wewnątrz potężne przyspieszenie wciska członków załogi w fotele osadzone na amortyzatorach. Człowiek o masie 75 kilogramów nagle waży trzykrotnie więcej. Odpływając w kierunku przeciwnym do wektora ruchu, krew jest wtłaczana w peryferyjne obszary ciała. Serce zaczyna bić szybciej - jak podczas sprintu - aby uzupełnić niedobór tlenu w najważniejszych narządach.

Dziewięć minut później nagle zapada cisza. Z prędkością prawie 30 tysięcy kilometrów na godzinę statek kosmiczny wchodzi na orbitę okołoziemską. Z astronautów spada cały ciężar - ich waga maleje niemal do zera. Znajdują się w stanie nieważkości.

Mogą teraz podnieść skafander o masie 150 kilogramów bez najmniejszego wysiłku - na Ziemi byliby w nim bezradni, jak leżący na plecach chrabąszcz. Laik może pomyśleć, iż to błogi stan. Jednak w  rzeczywistości zdobywcy kosmosu właśnie znaleźli się w warunkach ekstremalnego zagrożenia życia.

***Zobacz także***

Już od pierwszej sekundy nieważkość zmienia ludzki organizm - lub dokładniej mówiąc: dezorganizuje go. Astronauty nie uchroni przed tym nawet skomplikowana aparatura: między gwiazdami człowiek starzeje się ok. 17 razy szybciej niż na Ziemi. - Po trzech latach na orbicie kondycja fizyczna 30-letniego mężczyzny osiągnęłaby poziom emeryta - niezależnie od tego, w jak dobrej formie byłby na początku - wyjaśnia Robert Fitts, biolog z Uniwersytetu Marquette.

Dlaczego tak się dzieje? Astronauci zwykle spędzają na pokładzie Międzynarodowej Stacji Kosmicznej (International Space Station, ISS) sześć miesięcy, ale niektóre ze skutków oddziaływania nieważkości stają się u nich widoczne już po kilku sekundach: prawie trzy czwarte doskonale przeszkolonych ludzi podczas swojego pierwszego lotu w kosmos natychmiast odczuwa mdłości, ponieważ napływające z różnych narządów zmysłów informacje nagle przestają do siebie pasować.

Weźmy równowagę. Na Ziemi przemieszczanie się endolimfy w uchu wewnętrznym zależy od tego, gdzie znajduje się środek planety - w przestrzeni kosmicznej ta ciecz wiruje bez celu przy każdym ruchu głowy. - Pojęcia takie jak "góra", "dół", "pion" i "poziom" nagle przestają istnieć. Od pierwszej minuty masz wrażenie, że się przewracasz - mówi Mirosław Hermaszewski, jedyny Polak, który poleciał w kosmos. Przypomina to objawy choroby morskiej: mózg zakłada, że przyczyną dezorientacji jest zatrucie pokarmowe i wydaje polecenie jak najszybszego opróżnienia żołądka.

Trwa to do chwili, gdy po kilku dniach organizm wyłączy wszystkie na pozór "zepsute" receptory - i zatrzyma pędzącą w głowie karuzelę. - Spośród zmysłów dostarczających informacji na temat położenia oraz ruchu w przestrzeni czynny  pozostaje jedynie ten, który odpowiada za odczuwanie rotacji - wyjaśnia Chris Hadfield.

Również serce zachowuje się tak, jakby w dalszym ciągu było na Ziemi, i walczy z nieobecną grawitacją, uparcie pompując krew do głowy. Konsekwencje? Nabrzmienie twarzy i szyi. Aby zapobiec napadom duszności, skafandry kosmiczne dobiera się więc o pół rozmiaru za duże.

Siła ciążenia przestaje oddziaływać także na płyny ustrojowe. - Zatoki przynosowe przez cały czas są zatkane, jak przy przeziębieniu - wspomina Hadfield. Bez grawitacji człowiek po prostu wysycha. Astronauci tracą w sumie około 20% płynów ustrojowych. Przed powrotem na Ziemię wypijają kilka litrów wody z solami mineralnymi, aby nie doszło do zapaści organizmu z powodu braku ciśnienia w jego wnętrzu. Im dłużej ciało przebywa w kosmosie, tym większej ulega degeneracji.

W ciągu pół roku ubywa mu około 8% całkowitej masy kostnej. Masa mięśniowa zmniejsza się o 10%, mimo że astronauci próbują temu przeciwdziałać, trenując co najmniej przez 2,5 godziny dziennie. Ponadto każda komórka musi radzić sobie z dziesięć razy większą niż na Ziemi dawką rakotwórczego promieniowania kosmicznego.

Ale wbrew pozorom nie wszystko na orbicie działa na niekorzyść człowieka: zgodnie z teorią względności Einsteina dla osoby poruszającej się bardzo szybko czas płynie wolniej niż w przypadku kogoś, kto przemieszcza się wolno - to dziwne zjawisko fizyczne nazywane jest dylatacją czasu. ISS mknie wokół Ziemi z prędkością 28 000 km/h. Dzięki temu Hadfield po półrocznym pobycie na jej pokładzie zyskał w stosunku do innych mieszkańców naszej planety... 0,007 sekundy przewagi. Nadal jest to marnym pocieszeniem w porównaniu z ogromnym obciążeniem organizmu, na jakie narażają się astronauci.

***Zobacz także***

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy