Koniec roku szkolnego to dobry moment na podsumowania. W mediach znów pojawiają się dyskusje o edukacji, jakości nauczania, konieczności (lub braku konieczności) stawiania ocen, reformach i problemach szkół. Grupy na WhatsAppie rozgrzane są do czerwoności przez debaty na temat tego, czy dla nauczycieli wystarczą kwiaty, czekoladki, a może bon do spa, sklepu czy jeszcze coś innego (tu chyba powinienem umieścić emotkę przedstawiającą eksplodującą głowę).
Z okazji zakończenia roku szkolnego dołączę do tej dyskusji, ale podzielę się tematem, który zaprząta moje myśli już od dłuższego czasu. A chodzi o edukację zdalną. Nie zamierzam udawać, że nauka zdalna jest rozwiązaniem idealnym. Nie jest. Nie wszystko da się przenieść przed ekran komputera. Ale mam wrażenie, że w publicznej debacie często wylewamy dziecko z kąpielą. Krytykując błędy popełnione podczas pandemicznego chaosu, zapominamy o ogromnych możliwościach, jakie edukacja online otworzyła przed tysiącami osób.
A szkoda, bo dla wielu ludzi nauka zdalna nie jest zagrożeniem. Jest szansą.
Nauka zdalna daje szansę mieszkańcom małych miast i wsi
Mieszkając w dużym mieście, łatwo zapomnieć, że dostęp do edukacji w Polsce nadal bywa nierówny. Owszem, formalnie każdy może studiować. W praktyce jednak możliwość zapisania się na studia czy studia podyplomowe nie oznacza jeszcze, że ktoś rzeczywiście będzie mógł z nich skorzystać.
Dla mieszkańca Warszawy, Poznania czy Wrocławia dojazd na uczelnię jest czymś oczywistym. A jedynym utrudnieniem bywają korki. Swego czasu mieszkając w północnej części Lublina zauważyłem, że w zasadzie da się przeżyć życie, nie wychodząc z osiedla. Dosłownie, bo poza obecnością dużych sklepów, da się pójść niemal w jednym miejscu do przedszkola, szkoły podstawowej, średniej i na… studia. Okej, w tym przypadku na prywatną uczelnię, ale całkiem niezłą. Może tylko z pracą tam byłoby gorzej.
Dla osoby mieszkającej w niewielkiej miejscowości edukacja wyższa może oznaczać konieczność podróży, organizowania noclegów i ponoszenia kosztów, które często przewyższają samo czesne. W przypadku wiosek problemem może być już edukacja ponadpodstawowa.
Edukacja online częściowo niweluje, a przynajmniej może zniwelować tę nierówność. Pozwala zdobywać wiedzę bez konieczności przeprowadzki lub regularnych wyjazdów do dużych ośrodków akademickich. Dla wielu osób jest to jedyna realna droga do zdobycia nowych kwalifikacji.
Rodzice małych dzieci często nie mają alternatywy
Problem z dostępem do edukacji i możliwością podnoszenia kwalifikacji szczególnie wyraźnie widać w przypadku rodziców małych dzieci. Zwłaszcza wtedy, gdy z jakiegoś powodu nie mają pod ręką bliskiej rodziny czy osób, które w każdej chwili można poprosić o opiekę.
Łatwo powiedzieć "przecież można studiować zaocznie". Problem w tym, że życie nie zawsze układa się według planu zajęć publikowanego przez uczelnię.
Wielu rodziców chciałoby zdobyć nowe kwalifikacje, przebranżowić się lub ukończyć studia podyplomowe. Jednak regularne wyjazdy do innego miasta co drugi weekend bywają zwyczajnie niemożliwe do pogodzenia z obowiązkami rodzinnymi.
Dotyczy to szczególnie matek wracających na rynek pracy po kilkuletniej przerwie związanej z wychowywaniem dzieci. Taka osoba często chce odświeżyć wiedzę, nauczyć się nowych narzędzi albo zdobyć kwalifikacje wymagane przez współczesnych pracodawców. Problem polega na tym, że opieka nad dzieckiem nie kończy się w piątek o godzinie 16.00.
Dla wielu takich osób możliwość poświęcenia godziny lub dwóch dziennie wieczorem, gdy dzieci już śpią, jest znacznie bardziej realna niż całodniowe wyjazdy na zajęcia stacjonarne. Edukacja zdalna nie rozwiązuje wszystkich problemów, ale daje elastyczność, której tradycyjny model często nie potrafi zapewnić.

Koszty studiowania to nie tylko czesne
W dyskusjach o studiach często skupiamy się na wysokości opłat za naukę. Tymczasem samo czesne jest często tylko częścią wydatków.
Dochodzi koszt dojazdu, noclegów, wyżywienia oraz czasu, który również ma swoją wartość. Niektóre kierunki zaoczne organizują zajęcia nie tylko w soboty i niedziele, ale również w piątki. Dla osób pracujących oznacza to konieczność brania urlopu lub negocjowania zmian w grafiku.
Dobrym przykładem jest tutaj Wrocław. Piękne miasto, które zdobywa serca zagranicznych turystów (co tu dużo mówić, moje też zdobył, lubię tam wracać nawet kilka razy w roku). To jedno z najważniejszych centrów akademickich w Polsce, ale jednocześnie miasto, w którym znalezienie noclegu podczas dużych wydarzeń bywa prawdziwym wyzwaniem. W okresie Jarmarku Bożonarodzeniowego czy innych dużych imprez ceny apartamentów i hoteli potrafią osiągać poziomy, które jeszcze kilka tygodni wcześniej wydawałyby się absurdalne. A mimo to liczba dostępnych miejsc bywa ograniczona.
Dla studenta dojeżdżającego z innego województwa oznacza to dodatkowe setki złotych wydawane każdego miesiąca. W takim kontekście możliwość uczestniczenia w części zajęć z domu przestaje być wygodnym dodatkiem. Staje się sposobem na realne obniżenie kosztów edukacji.
Dlaczego kursy online nikomu nie przeszkadzają?
Zastanawia mnie jeszcze jedna rzecz.
Od kilku lat obserwujemy ogromny rozwój kursów internetowych. Platformy szkoleniowe oferują tysiące certyfikowanych szkoleń. Firmy wysyłają pracowników na kursy online. Specjaliści zdobywają nowe kompetencje przez internet. Programiści, analitycy danych, księgowi, graficy czy specjaliści od marketingu regularnie uczą się zdalnie.
I jakoś nikomu to nie przeszkadza.
Nagle jednak, gdy pojawia się temat szkół albo uczelni realizujących program w 100 proc. zdalnie, część komentatorów zaczyna traktować naukę online jak zagrożenie dla cywilizacji.
Ta rozbieżność wydaje mi się co najmniej zastanawiająca. Pozwólcie, że pominę tu problem regulacji prawnych, to temat na osobny artykuł.
Nie wszystko da się zrobić przez internet. Ale wiele rzeczy jak najbardziej
Są oczywiście kierunki, których nie da się skutecznie nauczać wyłącznie zdalnie. Trudno wyobrazić sobie lekarza uczącego się wyłącznie przed monitorem. Ale też trudno zrozumieć, dlaczego wykład teoretyczny lub ćwiczenia wykonywane w specjalistycznym oprogramowaniu koniecznie muszą odbywać się w sali dydaktycznej.
Sam miałem z tym styczność jeszcze kilkanaście lat temu, zanim edukacja i praca zdalna zrobiły się modne. Podczas moich studiów uczestniczyłem w zajęciach z meteorologii, wówczas prowadzonych częściowo przez otwartoźródłową platformę Moodle. Prowadzący publikowali materiały teoretyczne oraz instrukcje wykonania ćwiczeń, przede wszystkim tych obliczeniowych, czy związanych z wizualizacją danych. Po ich realizacji przesyłaliśmy gotowe prace do oceny. To działało.
Podobne doświadczenia miałem później podczas pracy w szkole, jako nauczyciel. Ukończyłem m.in. kurs online z modelowania danych przestrzennych, bo jako geograf uznałem, że przyda mi się w pracy. Po zapisaniu dostałem dostęp do nagrań, materiałów teoretycznych oraz zestawów danych przestrzennych. Ćwiczenia wykonywałem w programie QGIS - profesjonalnym, otwartym systemie informacji geograficznej (korzystają z niego uczelnie, wiele firm i instytucji) - i przesyłałem rezultaty do oceny.
Czy taka forma nauki była mniej wartościowa tylko dlatego, że prowadzący nie stał fizycznie obok mnie? W żadnym wypadku. W obu opisanych przeze mnie przypadkach realizowany materiał pamiętam do dziś, a wiedzę z zajęć online z meteorologii wykorzystuję czasem do pisania artykułów meteorologicznych. Po kilkunastu latach (oczywiście aktualizując ją o nowe badania).

COVID rzucił wszystkich na głęboką wodę
Warto też pamiętać o jednym. Kiedy wybuchła pandemia COVID-19, nauczyciele, wykładowcy i uczniowie zostali dosłownie rzuceni na głęboką wodę. Wówczas sam jeszcze byłem w tym "tłumie". W ciągu kilku tygodni trzeba było przenieść ogromną część edukacji do internetu. Nie było czasu na przygotowania, szkolenia i testowanie rozwiązań. Nic dziwnego, że pojawiały się błędy.
Minęło jednak kilka lat. Wielu nauczycieli wypracowało własne metody prowadzenia zajęć online. Powstały nowe narzędzia, materiały i procedury. Dzisiejsza edukacja zdalna nie wygląda już tak samo jak wiosną 2020 roku.
Edukacja domowa i uczelnie online pokazują zmianę
Kontrowersje budzi również edukacja domowa. Zwolennicy widzą w niej szansę na większą elastyczność edukacji. Przeciwnicy wskazują na potencjalne problemy związane z kontrolą procesu nauczania (co pokazują niskie wyniki maturalne) i rozwojem społecznym uczniów.
Niezależnie od oceny tego modelu trudno jednak zaprzeczyć, że pokazuje on rosnące zainteresowanie alternatywnymi modelami edukacji.
Podobnie jest z uczelniami oferującymi studia realizowane niemal w całości online. Jeszcze kilkanaście lat temu taki model był egzotyczną ciekawostką. Dziś budzi liczne obawy o jakość edukacji wyższej. Ale jednocześnie pokazuje, że jest taka potrzeba.
Największy błąd popełniamy wtedy, gdy próbujemy znaleźć jedno rozwiązanie dla wszystkich. Nie każdy będzie dobrym przedsiębiorcą. Nie każdy zostanie wybitnym programistą, elektrykiem, naukowcem czy artystą. Ludzie różnią się talentami, możliwościami i... sytuacją życiową.
Tak samo jest z edukacją.
Niektórzy potrzebują bezpośredniego kontaktu z wykładowcą i grupą. Inni znacznie lepiej funkcjonują, ucząc się we własnym tempie.
Podkreślę jeszcze raz, mimo że odbyłem do bólu klasyczną edukację od podstawówki po studia, to przez lata korzystałem z różnych kursów online i nie mam poczucia, że zdobyta tam wiedza była znacząco gorsza od tej wyniesionej z sal wykładowych. Powiem wam nawet więcej, bez problemu potrafiłbym jeszcze teraz wskazać przedmioty (zarówno szkolne, jak i akademickie) realizowane całkowicie stacjonarnie, które mimo wielu godzin spędzonych w murach nie wniosły do mojej edukacji praktycznie nic wartościowego.
Dlatego zamiast zastanawiać się, czy nauka zdalna jest dobra albo zła, warto postawić inne pytanie:
Bo dla mieszkańca małej miejscowości, rodzica małych dzieci, osoby wracającej na rynek pracy po kilkuletniej przerwie czy człowieka, który z powodów zdrowotnych nie może regularnie uczestniczyć w zajęciach stacjonarnych, odpowiedź wydaje się oczywista.
I właśnie o tych ludziach najczęściej zapominamy - zarówno w medialnym szumie, jak i podczas tworzenia regulacji prawnych, które nie pozwalają dziś na 100-procentową realizację formalnej edukacji online.













