Rakiety kosmiczne szkodzą 540 razy bardziej niż samochody. Regulacje prawne nie istnieją
Rakiety wynoszące satelity mogą szkodzić klimatowi znacznie bardziej, niż dotąd zakładano. Naukowcy z University College London ostrzegają, że sadza emitowana podczas startów pozostaje w stratosferze przez lata i może być kilkaset razy bardziej szkodliwa dla klimatu niż spaliny samochodowe. Problem wciąż praktycznie nie jest regulowany prawnie.

Czy też macie wrażenie, że w ostatnich latach rozwój technologiczny i działania prośrodowiskowe stanęły na głowie? Wprowadzane są strefy czystego transportu, samochody podlegają coraz większej kontroli pod kątem emisji zanieczyszczeń, a jakiś czas temu pojawiła się nawet propozycja zakazu sprzedaży w UE nowych samochodów spalinowych od 2035 roku (zniesiona pod koniec ubiegłęgo roku). Nie twierdzę, że wszystkie te działania są złe. Lokalnie wiele z tych nich może przynieść poprawę jakości powietrza, co odbije się pozytywnie na naszym zdrowiu (nie tylko płuc). Ale patrząc globalnie widać pewien zgrzyt.
Przy tych ograniczeniach, jednocześnie rośnie ruch lotniczy, a w kosmos wysyłanych jest coraz więcej rakiet. Moje (a być może i wasze) spostrzeżenia podzielają naukowcy z University College London. Ostrzegają, że sadza emitowana przez rakiety może być dla klimatu nawet 540 razy bardziej szkodliwa niż spaliny samochodowe. Problem polega nie tylko na samej emisji, ale przede wszystkim na tym, gdzie trafiają zanieczyszczenia.
Badanie opublikowane 13 maja w czasopiśmie Earth's Future pokazuje, że gwałtowny wzrost liczby startów rakiet zaczyna mieć zauważalny wpływ na stratosferę. W 2020 roku na świecie odbyło się 114 startów orbitalnych. W 2025 roku było ich już 329. Za dużą część odpowiadają misje związane z siecią Starlink rozwijaną przez SpaceX.
Sadza z rakiet zostaje w atmosferze na lata
Kluczowy problem dotyczy sadzy powstającej podczas spalania nafty rakietowej. Rakiety Falcon 9 wykorzystują paliwo kerozynowe, które podczas spalania emituje cząstki czarnego węgla, czyli sadzy. Na Ziemi podobne zanieczyszczenia są prędzej czy później wypłukiwane przez deszcz, który jest takim naturalnym mechanizmem oczyszczania atmosfery. W stratosferze, czyli ponad chmurami, taki mechanizm praktycznie nie istnieje.
Sadza pochodząca ze startów rakiet może utrzymywać się tam nawet przez trzy lata. W tym czasie pochłania promieniowanie słoneczne i zmienia ilość energii docierającej do powierzchni planety. Według naukowców właśnie dlatego wpływ tych emisji jest tak ogromny w przeliczeniu na pojedynczą cząsteczkę.
- Starty rakiet są wyjątkowym źródłem zanieczyszczeń, ponieważ wprowadzają szkodliwe substancje bezpośrednio do górnych warstw atmosfery i zanieczyszczają ostatnie względnie dziewicze środowisko na Ziemi. Choć wpływ tej sadzy na klimat jest obecnie znacznie mniejszy niż innych źródeł przemysłowych, jej siła oddziaływania oznacza, że musimy działać, zanim wyrządzi nieodwracalne szkody - ostrzega dr Connor Barker z UCL
A zauważmy, że 2029 rok mamy niemal za pasem. Inwestycje są planowane już do 2040 roku i patrząc na tempo rozwoju tego sektora wzrost w następnej dekadzie może być nieporównywalnie większy, ale to już taka moja mała dygresja.
Satelity niszczą ozon także po zakończeniu misji
Problem nie kończy się jednak na samych startach. Każdy satelita ma ograniczoną żywotność. Po kilku latach spala się podczas wejścia w atmosferę. Wtedy do atmosfery trafiają nanocząstki tlenku glinu.
Według naukowców substancja ta może przyspieszać reakcje niszczące warstwę ozonową. Badanie z 2024 roku wykazało, że już w 2022 roku poziom tlenku glinu pochodzącego z satelitów był niemal o 30 proc. wyższy od naturalnego tła.
Prof. Eloise Marais podkreśla, że problem jest praktycznie pozbawiony realnego nadzoru.
- Musimy znacznie poważniej traktować regulowanie zanieczyszczeń pochodzących ze startów i ponownych wejść w atmosferę. Potrzeba też dużo większego finansowania badań, ponieważ nie jesteśmy w stanie nadążyć za rozwojem przemysłu kosmicznego - zaznacza badaczka.
Prawo nie nadąża za boomem kosmicznym
Najbardziej zaskakujące jest jednak to, że obecnie praktycznie nie istnieją przepisy regulujące wpływ megakonstelacji satelitarnych na atmosferę. Amerykańskie prawo od lat zwalnia systemy satelitarne z pełnej oceny środowiskowej. W 2024 roku federalny sąd apelacyjny uznał nawet, że liczne starty rakiet nie mają "istotnego wpływu" na środowisko człowieka.
Tymczasem liczba satelitów cały czas rośnie. Sam Starlink posiada już ponad 10 tys. urządzeń na orbicie, a w ciągu najbliższej dekady może dołączyć do nich kolejnych 65 tys. satelitów różnych firm i państw. Naukowcy przyznają, że skutki tego eksperymentu nadal są słabo poznane. Problem polega na tym, że rozwój branży kosmicznej postępuje znacznie szybciej niż badania nad jego konsekwencjami.
Źródło:Raport - techtimes.com













