Reklama

Czwarte przykazanie

Za nagłą śmierć swojej mamy Robert i Tomasz zaczęli obwiniać ojca. Postanowili pomścić rodzicielkę.

Henryk W. oglądał wieczorne wiadomości sportowe, gdy żona nieznoszącym sprzeciwu tonem kazała mu przynieść ziemniaki. Niechętnie wstał z fotela, mamrocąc coś pod nosem. Narzucił na siebie kurtkę i naburmuszony wyszedł z mieszkania. Akurat teraz jej się zachciało... - pomyślał. Musiał zejść z czwartego piętra do piwnicy, a potem przynieść spory ciężar na górę. Winda znów nie działała, więc Henryk rzucił parę cierpkich słów pod adresem guzdrających się techników. Schodził powoli, użalając się nad sobą. Gdy był na pierwszym piętrze, zaniepokoił go jakiś stłumiony jęk dobiegający z dołu, który przeszedł w charczenie. Henryk był lekarzem, więc zareagował na ten odgłos automatycznie: przyspieszył, potem zaczął zbiegać po dwa stopnie.

Reklama

Szok lekarza

Ktoś potrzebuje pomocy...! - przeleciało mu przez głowę. Gdy po paru chwilach dotarł na parter, zauważył uchyloną bramę do klatki schodowej. Przez szparę zobaczył jakąś postać. Na kratce wycieraczki leżał człowiek. Rzęził. Podszedł do niego i pochylił się, by ocenić stan nieszczęśnika. To, co ujrzał, wstrząsnęło nawet tak doświadczonym lekarzem, jak on. Mężczyzna miał zakrwawioną głowę, na skórze brakowało fragmentu włosów, czaszka była nienaturalnie wgnieciona. Henryk W. w swojej wieloletniej praktyce medycznej jeszcze nie spotkał się z takimi obrażeniami. Sam niewiele mógł tu zrobić, potrzebna była karetka i sprzęt do ratowania życia. Wiedział, że jeśli natychmiast nie wezwie pomocy, ten człowiek umrze. Pognał więc z powrotem na górę, by zadzwonić na pogotowie.

Ustalanie tożsamości

W szpitalu już czekano na transport rannego. Lekarze na sali operacyjnej przygotowywali się do zabiegu. Przypuszczali, że będzie to trudna operacja. Od dyżurnej dowiedzieli się, że pacjent ma zmiażdżoną czaszkę. Jego stan był krytyczny. Wraz z pogotowiem na szpitalną izbę przyjęć przyjechała też policja. Lekarze uznali bowiem, że rozległe obrażenia nie mogły być skutkiem nieszczęśliwego wypadku. Zawiadomili więc funkcjonariuszy. Przy ofierze nie znaleziono żadnego dokumentu tożsamości czy prawa jazdy.

Był mroźny, styczniowy wieczór, a mężczyzna miał na sobie tylko marynarkę. Prawdopodobnie mieszkał w pobliżu miejsca, w którym natknął się na niego Henryk. Może wyszedł na chwilę do sklepu albo na spacer. Przy ofierze nie znaleziono pieniędzy, więc policjanci uznali, że mężczyzna został obrabowany. Wszczęto dochodzenie.

Dramat synów

Informacja o napadzie szybko rozeszła się wśród mieszkańców osiedla. Późną nocą do szpitala zgłosili się dwaj bracia: 19-letni Robert i 16-letni Tomasz R. Chłopcy byli bardzo zaniepokojeni i zdenerwowani, od pielęgniarki i policjantów próbowali się dowiedzieć, czy jest tu ich ojciec.

- Usłyszeliśmy od sąsiadów, że na klatce schodowej naszego bloku znaleziono rannego człowieka - mówili jeden przez drugiego. - Od godziny czekamy na powrót ojca, nie możemy się do niego dodzwonić. Po południu wybrał się w odwiedziny do swojej siostry i miał wrócić najpóźniej o dziesiątej.

Lekarze pozwolili im wejść do sali pooperacyjnej. Towarzyszył im jeden z policjantów. Na widok zmasakrowanego, podłączonego do aparatury mężczyzny, młodszy z braci rozpłakał się. Starszy starał się panować nad emocjami, ale nie potrafił ukryć drżenia rąk. Pobladł, ciężko oddychał.

- Tak, to nasz tata - potwierdził łamiącym się głosem Robert, widząc pytający wzrok lekarza i oficera policji.

Po chwili milczenia wydusił z siebie:

- Czy on będzie żył? Da się go uratować?

- Robimy, co w naszej mocy, jest szansa, choć jego stan jest bardzo poważny. Teraz trzeba czekać... - padła odpowiedź.

Tata nie wraca

Dziesięć dni później 49-letni Witold R zmarł, nie odzyskawszy przytomności. Na podstawie sekcji zwłok ustalono, że przyczyną zgonu była seria uderzeń twardym, tępym narzędziem w tył głowy. Mężczyzna został zaatakowany około godziny 22. Po niedługim czasie Henryk W. natknął się w wejściu do bloku na zakrwawionego sąsiada. Witold R. mieszkał z synami w trzypokojowym mieszkaniu na drugim piętrze. Rodzinę dotknęła niedawno tragedia - pół roku wcześniej na atak serca zmarła żona Witolda, Joanna.

- Najpierw matka, teraz ojciec... - sąsiedzi ze smutkiem kręcili głowami. - Co ci chłopcy teraz zrobią? Przecież to jeszcze dzieciaki...

Robert i Tomek opowiedzieli policjantom, iż ojciec tego dnia wrócił z pracy o szesnastej. Pracował w jednym z przedsiębiorstw budowlanych na stanowisku inspektora nadzoru. Pośpiesznie zjadł obiad ugotowany przez chłopców. Mówił, że musi jeszcze pójść do siostry i pomóc jej w spisaniu umowy kupna-sprzedaży samochodu. Ich zdaniem, miał dobry humor, choć widać było po nim zmęczenie.

- Jak zwykle pytał o szkołę. Poprosił, by zrobić zakupy na jutro - relacjonowali. - Wyszedł do ciotki przed siedemnastą.

Obaj bracia spędzili wieczór u kolegi mieszkającego parę bloków dalej. Siedzieli u niego i grali na komputerze przez około półtorej godziny. Gdy wrócili do domu, nie zastali ojca. Od sąsiadów dowiedzieli się, że pogotowie zabrało spod klatki jakiegoś mężczyznę. Witold R,. choć obiecał, że wróci przed dziesiątą, z niewiadomego powodu spóźniał się. Bracia próbowali dodzwonić się na jego komórkę, ale nie odebrał połączenia. Wtedy pomyśleli, że może to być ich tato.

- Skontaktowaliśmy się z ciocią - opowiadał Robert. - Powiedziała, że tata niedawno wyszedł. Według naszych obliczeń powinien już być z powrotem. Szuka-liśmy go na osiedlu, potem postanowiliśmy sprawdzić w szpitalu.

Napastnicy "mizernej budowy"

Bracia zapamiętali, że ich ojciec, jadąc do siostry, założył zimową kurtkę. Wziął dokumenty, portfel i telefon komórkowy. Zawsze nosił zegarek, więc z pewnością też miał go na ręce, gdy został napadnięty. Ponieważ przy Witoldzie R. nie znaleziono żadnego z tych przedmiotów, wszystko wskazywało na to, że padł ofiarą napadu rabunkowego. Za taką wersją przemawiało zeznanie jednej z sąsiadek. Mieszkająca na parterze kobieta zeznała, że tragicznego wieczoru, około 22 usłyszała szybkie kroki paru osób. Wyjrzała przez okno i zobaczyła dwóch młodych "mizernej budowy" - jak ich określiła - mężczyzn, którzy najwyraźniej za kimś biegli.

- Czy wcześniej widziała ich pani w pobliżu bloku lub w okolicy? - spytali policjanci.

- Jestem pewna, że nie! - odparła zdecydowanie. - Mam pamięć do twarzy i od dawna tu mieszkam, więc wiele osób znam z widzenia. Tych dwóch zobaczyłam po raz pierwszy.

Policyjni rysownicy sporządzili portrety pamięciowe owych "mizernych" młodych mężczyzn. Założono, że chcieli napaść na inżyniera jeszcze na ulicy. Mężczyzna najwyraźniej zorientował się w ich zamiarach i zaczął uciekać. Pobiegli za nim i zaatakowali, gdy już wchodził do bloku.

Zabójstwo na zlecenie

Początkowo hipoteza śledczych nie miała słabych punktów. Jednakże szybko pojawiły się wątpliwości w typowaniu sprawców. Zakładając, że napastnikom chodziło tylko o rabunek, ich zachowanie było co najmniej dziwne. Zamiast obezwładnić ofiarę jednym czy dwoma ciosami, zabrać łup i oddalić się z miejsca przestępstwa, oni zmasakrowali mężczyznę. Poświęcili na to dobrych kilka minut, ryzykując, że ktoś ich zauważy i złapie na gorącym uczynku. Takie postępowanie jest nielogiczne. Trudno je uzasadnić. Napastnicy z pewnością byli pod wpływem silnych emocji, może nawet się bali. Powinni więc jak najszybciej uciec. Nie zrobili tego. Dlaczego? Prawdopodobnie dlatego, że wcale nie chodziło im o pieniądze ofiary. Rabunek jedynie upozorowano, by wprowadzić policję w błąd... Bo tym, co naprawdę zaplanowali napastnicy, było morderstwo.Po kilku tygodniach bezowocnego poszukiwania sprawców policja zamieściła w prasie komunikat, w którym prosiła o kontakt świadków zdarzenia. Pięć dni później zgłosił się pewien młody człowiek...

- Nazywam się Piotr C. - przedstawił się grupie dochodzeniowej krótko ostrzyżony 20-latek. - Powiem wprost: to ja miałem zabić Witolda R. Zostałem wynajęty, żeby go sprzątnąć...

Policjanci byli całkowicie zaskoczeni tym wyznaniem. Takiego obrotu sprawy nie brali pod uwagę.

- Domyślam się, że brzmi to dość dziwnie, ale ja nie żartuję... - ciągnął Piotr C. - Możecie wszystko sprawdzić. Najlepiej będzie, jak zacznę od początku.

Propozycja legionisty

Miesiąc przed zabójstwem Piotr C. spotkał na dyskotece kolegę. Wypili po kilka piw, pogadali, ot tak, na różne tematy. Później tamten zwrócił się do Piotra C. z pytaniem, czy nie chciałby zarobić paru groszy.

- Jasne! Kto by nie chciał? - odparł, biorąc łyk z kufla.

- No to bądź jutro pod wieczór w... - znajomy wymienił jeden z pubów w centrum miasta.

Piotr był wyraźnie zaintrygowany i punktualnie przybył na spotkanie. Kolega już czekał na niego. Zamówili piwo, po jakimś czasie do ich stolika dosiadł się wysoki, barczysty facet. Miał śniadą cerę, nieco skośne oczy. Przedstawił się jako Wiesiek, mówił, że kiedyś służył w Legii Cudzoziemskiej. Gdy kolega Piotra C. udał się do toalety, mężczyzna dodał, że zlecono mu pewną delikatną sprawę i szuka do niej ludzi.

- A co to za robota? - zapytał Piotr.

- Trzeba sprzątnąć jednego gościa... - powiedział bez ogródek.

Pewność, z jaką Wiesiek wyłożył mu swoje zamiary, przeraziła go. Wiedział, że tamten nie żartuje.

- Gdy to usłyszałem - opowiadał teraz policjantom - skapnąłem się, że wdepnąłem w coś bardzo śmierdzącego i mogą być z tego kłopoty. Ale bałem się powiedzieć o tym głośno. W ogóle miałem wrażenie, że posiadanie takiej wiedzy może być niebezpieczne, jeśli człowiek nie podejmie się zadania. Ten komandos wyglądał na ostrego kolesia. Udałem więc, że jestem zainteresowany, a tamten zaczął gadać o szczegółach.

Zabij za 500 zł

"Legionista" wymienił nazwisko faceta, na którego wydano wyrok śmierci: Witold R., lat 49, inżynier. Piotr C. nie znał gościa. Nie miał odwagi zapytać, za co tamten zasłużył sobie na taką karę...

- Jeśli wejdziesz w to, po wykonaniu roboty dostaniesz 500 zł - powiedział Wiesiek. - Decyzję musisz podjąć natychmiast.

Piotr C. odparł, że się zgadza. Bał się, a jego rozmówca najwyraźniej nie był skłonny do żartów. Umówili się, że Wiesiek skontaktuje się z nim za tydzień. Przez ten czas Piotr umierał ze strachu, zastanawiając się, jak wybrnąć z tej sytuacji. Minęło kilkanaście stresujących dni. Nikt się do niego nie odezwał.

- Tego Wieśka nigdy więcej nie spotkałem... - podsumował swoją historię. - Kumpla, który mnie z nim umówił, też już potem nie widziałem.

"Pół miasta o tym mówi..."

Po uzyskaniu informacji od Piotra C. śledztwo nabrało tempa. Już kilka dni później zatrzymano 28-letniego Wiesława O. Piotr C. podczas konfrontacji rozpoznał w nim człowieka, który obiecywał mu pieniądze za pomoc w zlikwidowaniu Witolda R. Prokuratura postawiła podejrzanemu zarzut zabójstwa.

Wiesław O., który rzeczywiście był w oddziałach desantowych (pogłoski o służbie w Legii Cudzoziemskiej nie zostały potwierdzone), początkowo wszystkiemu zaprzeczał. Potem, mając w perspektywie spędzenie reszty życia za kratkami, zdecydował się mówić. I opowiedział śledczym swoją wersję zdarzeń.

- Nie zabiłem tego inżyniera... - oświadczył policjantom, przekonanym, że ujęli mordercę. - Nic do niego nie miałem. Byłem tylko pośrednikiem. Moje zadanie polegało na znalezieniu ludzi do mokrej roboty.

- Kto cię wynajął?

Komandos zrobił zdziwioną minę.

- Jak to? Myślałem, że już wiecie..., pół miasta o tym mówi... Robert i Tomasz R., jego synowie!

Policjanci byli zaskoczeni. Państwo R. uchodzili za zgodną, kulturalną rodzinę. Żaden z chłopców nigdy nie miał do czynienia z prawem. Obaj dobrze się uczyli: Robert w technikum, Tomek w liceum. Trudno było uwierzyć w to, że zlecili zabójstwo własnego ojca. Jaki mieliby w tym cel?

Pomścić matkę

Wiesław O. miał dowód na poparcie swoich słów. Wyciągnął telefon komórkowy i pokazał zdjęcie Witolda R., które przysłał mu kilka tygodni przed jego śmiercią starszy z synów inżyniera. Oczywiście fotografia nie przesądzała o winie chłopców. Dyskretna obserwacja Roberta i Tomka i przeprowadzony wywiad środowiskowy przyniosły kolejne zaskakujące informacje. Funkcjonariusze odkryli, że kilka dni po napadzie na inżyniera, gdy mężczyzna w ciężkim stanie przebywał w szpitalu, starszy syn, posługując się upoważnieniem, wypłacił z konta ojca wszystkie oszczędności - ponad 3 tysiące złotych. Za część tej sumy (400 złotych) kupił używany motocykl. Nie wiadomo, co zrobił z resztą pieniędzy. Prokurator zdecydował, że chłopak wyjaśni to podczas przesłuchania.

Przyciśnięty do muru, w konfrontacji z faktami, zeznaniami i mocnymi dowodami przeciwko niemu Robert R. przyznał się do winy. Opowiedział, że wspólnie z bratem zaplanował i zlecił morderstwo ojca. Motywem tego okrutnego czynu była... zemsta.

Śmierć za śmierć

Żeby zrozumieć powód tak dramatycznego kroku, należy wrócić do wydarzeń, które rozegrały się pół roku wcześniej w domu państwa R. Pewnego wieczoru ojciec chłopców przyjechał z delegacji. Wyglądał na zmęczonego, ale synowie wyczuli od niego alkohol. Pomiędzy małżonkami wywiązała się kłótnia. Była to zwykła sprzeczka, spowodowana późniejszym niż zwykle powrotem męża do domu. Błahostka, można by powiedzieć, gdyby nie tragiczny finał. Zdenerwowana Joanna R. nagle zasłabła. Wezwano pogotowie, po kilkunastu minutach zjawił się lekarz i stwierdził atak serca. Kobietę zabrano do szpitala na oddział intensywnej terapii. Jednak jej stan się nie poprawił i żona pana R. po paru dniach zmarła.

- Nie mogliśmy w to uwierzyć! - mówił śledczym jeden z braci. - Ponieważ byliśmy świadkami kłótni, zaczęliśmy obwiniać ojca o tę śmierć. Gdyby się wtedy nie upił i nie sprowokował sprzeczki, mama pewnie by żyła. Nigdy wcześniej nie miała problemów z sercem.

W pierwszą noc po pogrzebie bracia nie mogli zasnąć. Nie otrząsnęli się z szoku. Rozmawiali do rana, wspominali mamę, ojca zaś przeklinali. Po długiej rozmowie przyrzekli sobie, że ją pomszczą.

Najważniejszy jest plan

Odtąd zaczęli opracowywać plan zgładzenia Witolda R., a sześć miesięcy później wprowadzili go w życie. Sami nie chcieli go zabijać. Szukali więc kogoś, kto ich wyręczy. Po jakimś czasie natknęli się na Wiesława O., a on zaś zgodził się zostać ich pośrednikiem i znaleźć kilerów. Żądał za to 1000 zł - po połowie dla siebie i dla wykonawców wyroku śmierci. Bracia dostarczyli mu niezbędnych informacji, przekazali również zdjęcie ojca.Mężczyzna szukał wykonawcy zlecenia. Kilka osób, którym zdradził plan, kategorycznie odmówiło udziału w zbrodni. W końcu na spotkanie przyszedł Piotr C. Zgodził się, jednakże Wiesław O. sam z niego zrezygnował, bo według niego C. nie nadawał się do mokrej roboty. Komandos dobrze zapamiętał jego przerażoną minę, gdy wyjawił mu swoje zamiary. Wyczuł, że to mięczak...Bracia poganiali Wiesława O. W końcu pośrednik poznał dwóch dziewiętnastolatków: Grzegorza M. i Krystiana K. Ostrożnie wyłożył im plan, kusił pieniędzmi. Połknęli przynętę. Stwierdzili lekceważąco, że dla nich zabić kogoś, to tyle co splunąć. Taka wypowiedź spodobała się komandosowi.

Informował o każdym kroku

Wynajęta para bandytów zażądała więcej pieniędzy: po 1000 zł na głowę. Wiesław O. skontaktował ich z synami inżyniera.

- W porządku, dostaniecie tę forsę, ale musicie się pospieszyć. Albo zrobicie to w tym tygodniu, albo wypadacie z gry - miał powiedzieć Tomasz R.

Bracia zaoferowali również inną pomoc bandytom: Robert codziennie dzwonił do Grzegorza M. i informował go o każdym kroku swojego ojca. Zabójcy wiedzieli więc, że Witold R. wybiera się do siostry, znali też jej adres zamieszkania. Teraz musieli tylko poczekać na swoją ofiarę w dogodnym dla siebie miejscu.

Masakra na rauszu

By dodać sobie odwagi przed "akcją", wypili wino. Około 21.15 inżynier opuścił mieszkanie siostry i udał się na przystanek. Obserwowali go. Każdy z nich miał ukrytą pod kurtką ciężką, metalową rurkę. Weszli za nim do autobusu. Zaplanowali, że zaatakują mężczyznę, gdy wysiądzie z pojazdu. W pobliżu przystanku rosły gęste krzaki, poza tym miejsce było nieoświetlone. Inżynier R. wyszedł i ruszył do domu. Oglądnął się za siebie i zauważył idących za nim dwóch mężczyzn. Chyba wyczuł ich zamiary, gdyż przyspieszył, a potem zaczął biec. Grzegorz M. i Krystian K. ruszyli za nim. Po chwili wyciągnęli spod kurtek metalowe rurki. Inżynier już tego nie mógł widzieć, dobiegł do bloku, zdążył tylko uchylić drzwi klatki schodowej, próbował się dostać do budynku, zatrzasnąć za sobą bramę. Nie udało mu się.Pierwszy zaatakował Krystian K. Uderzony ciężkim kawałkiem żelaza Witold R. zachwiał się, ale nie stracił przytomności, ugięły się pod nim kolana. Wówczas posypał się na niego grad ciosów. Oprawcy pastwili się nad ofiarą kilka minut, zadawali kolejne razy. Mężczyzna w końcu przestał się ruszać. Gdy napastnicy uznali, że sprawa jest załatwiona, ściągnęli mu kurtkę, z ręki zdjęli zegarek. To także było częścią planu. Oprawcy działali według wskazówek synów ofiary - pozorowali napad na tle rabunkowym. Potem przekonani, że nikt ich nie zauważył, oddalili się z miejsca zbrodni.

Ofiara zapłaciła za śmierć

Robert R. wypłacił pieniądze z konta dopiero wówczas, gdy stan jego leżącego w szpitalu ojca pogorszył się i był niemal pewny, że Witold R. nie przeżyje. Pośrednikowi i zabójcom wypłacił tylko 1500 zł. Uznał bowiem, że Grzegorz M. i Krystian K. nie wykonali należycie zlecenia - jego ojciec nie zginął na miejscu. Dlatego nie otrzymali pełnej sumy. Młodszy brat również tak uważał.

Epilog tej wstrząsającej zbrodni rozegrał się w Sądzie Okręgowym w L. W działaniach czwórki oskarżonych (Tomasz R. odpowiadał przed sądem dla nieletnich) nie dopatrzono się żadnych okoliczności łagodzących. Na kary po 25 lat więzienia skazani zostali: główny zleceniodawca zabójstwa, Robert R., i dwaj wykonawcy wyroku śmierci, Grzegorz M. i Krystian K.

Pośrednik Wiesław O. spędzi za kratami 10 lat.

Mariusz Gadomski

Personalia oraz niektóre okoliczności zdarzeń zmieniono.

Śledztwo
Dowiedz się więcej na temat: wieczór | roboty | pogotowie | lekarze | komandos | policja | inżynier | żona | henryk w. | Wiesław | ojciec | nie żyje

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy