Reklama

Dusiciel z Durbanu

Na polu uprawnym znaleziono zwłoki czarnoskórej kobiety. Tak, jak poprzednie ofiary tego samego mordercy, ona także została zgwałcona przed śmiercią. Leżała na ziemi goła i skrępowana sznurami... misternie uplecionymi z odzieży poprzednich zamordowanych. W ustach miała natomiast, artystycznie wykonany, knebel z bielizny.

Wbrew temu, co nam sugeruje Hollywood, seryjni mordercy nie grasują wyłącznie w Stanach Zjednoczonych. Położony nad Oceanem Indyjskim Durban to główny port Republiki Południowej Afryki. Jest również największym miastem prowincji KwaZulu-Natal zamieszkałej w dużej mierze przez Zulusów rdzennych mieszkańców tego kraju. Nowoczesne centrum pełne przeszklonych drapaczy chmur i postkolonialnych kamienic otaczają ciągnące się kilometrami tereny przemysłowe, blokowiska, slumsy... Dalej, na wzgórzach, w bujnej zieleni kryją się willowe dzielnice białych i bogatych, gładkie trawniki pól golfowych, aż w końcu uporządkowana zabudowa zmienia się w bezładną mozaikę pól i poletek oraz małych wiosek plemiennych.

Reklama

Ciała wśród trzcin

Durban bezpiecznym miastem nie jest. W tętniącej życiem przeszło trzymilionowej metropolii napady, rabunki czy strzelaniny nie należą do rzadkości. W drugiej połowie lat 90. miejscowym policjantom przyszło się zmierzyć z jeszcze innym wymiarem zbrodni.

W roku 1996 na polach uprawnych w północnych przedmieściach Durbanu sąsiadujących z eleganckim osiedlem białych, zaczęto znajdować zwłoki czarnoskórych kobiet. Na pierwsze ciało natrafił emerytowany urzędnik bankowy podczas wiosennego spaceru. Coraz bardziej zatrwożeni rolnicy w ciągu kilku tygodni odkrywali kolejne trupy. Zgwałcone i uduszone.

Te, które znaleziono na początku, leżały na boku ze związanymi nogami w kostkach i przegubami rąk. W taki sposób w miejscowej tradycji wiąże się zwierzęta ofiarne, owce i kozy, przed ich zabiciem. Następne ciał krępowane były w coraz wymyślniejszy sposób sznurami misternie uplecionymi z odzieży poprzednich zamordowanych. Na głowach i szyjach kobiet morderca umieszczał kolorowe opaski, w usta wkładał im artystycznie wykonane kneble z bielizny.

Ewenement na skalę całego kraju

Gdy liczba odnalezionych zwłok sięgnęła dziesięciu, prowadzący śledztwo Philip Veldhuizen zdecydował się powołać specjalny zespół dochodzeniowy. Nie była to wielka ekipa, w jej skład weszło siedmiu policjantów z wydziału zabójstw i włamań policji w Durbanie. Żaden z nich nie zetknął się wcześniej z problemem seryjnych mordów. Dochodzenie, które przyszło im prowadzić, było ewenementem w całym RPA i nikt chyba nie zdawał sobie do końca sprawy z ogromu pracy, jaka ich czekała.

Już samo badanie miejsca zbrodni nastręczało nie lada kłopotów. Ciała znajdowano na górujących nad miastem plantacjach trzciny cukrowej, zajmujących spory obszar pofałdowanej okolicy Mount Edgecombe. W dusznym, wilgotnym, splątanym gąszczu rojącym się od owadów, szczurów i jadowitych węży niełatwo było szukać śladów. W dodatku pola regularnie wypalano, co często przekreślało szanse na znalezienie jakichkolwiek dowodów. W przeczesywaniu porośniętych zielenią hektarów użyto psów tropiących, wezwano też funkcjonariuszy z innych wydziałów. Lecz praca posuwała się mozolnie.

Zabawa w kotka i myszkę z policją

Mijały tygodnie, podczas zbioru trzciny cukrowej odkrywano kolejne ciała. Choć nadkomisarz starał się unikać mediów, sensacyjne artykuły i tak zdobiły czołówki gazet. W mieście narastała histeria. Matki nie wypuszczały córek z domów po zmroku. W sąsiadującym z plantacjami raju golfowym drastycznie spadła liczba gości. Tymczasem pracujący na zboczach Mount Edgecombe mieli wrażenie, że są obserwowani.

W pobliżu przeszukiwanych miejsc natrafiano na świeżo wydeptane ślady. Niekiedy na zbadanym już terenie ktoś podrzucał nowe zwłoki. Kawałki plecionki z ubrań pojawiały się tam, gdzie ich wcześniej nie było. Morderca najwyraźniej bawił się z policjantami w kotka i myszkę, a oni sami wciąż nie zbliżyli się do rozwiązania zagadki. Na dodatek zespół śledczych musiał zmierzyć się ze zgoła innym, bardziej prozaicznym problemem. Pracownicy miejscowego laboratorium kryminalistycznego oraz prosektorium ogłosili strajk. Dla Veldhuizena oznaczało to konieczność sprowadzania do każdego znaleziska ekipy specjalistów z odległej o 1600 km Pretorii. Oprócz szukania śladów i tropienia zabójcy do obowiązków siedmiu policjantów doszło pilnowanie szczątków w prosektorium, uczestniczenie - mimo braku stosownego przeszkolenia - w sekcjach zwłok, pobieranie materiału biologicznego itp.

Dlaczego one?

Stan ciał w wielu przypadkach uniemożliwiał ich identyfikację. Winę za to ponosił oczywiście tropikalny klimat, żerujące na plantacjach zwierzęta i wypalanie pól. Bardzo utrudniał ją też brak spójnego rejestru zaginionych. Tubylcy żyjący w niewielkich rolniczych osadach, czasem odciętych od świata wioskach czy wreszcie - w podmiejskich slumsach unikali kontaktów z władzami.

Wiele osób wędrowało z miejsca na miejsce za pracą, szybko rozwijające się miasto wchłaniało coraz to nowe rzesze przybyszów. W takich warunkach zniknięcia człowieka mógł nikt nie zauważyć. Śledczym pozostało porównywanie dokumentacji dotyczących każdej znalezionej ofiary w poszukiwaniu jakiejś wspólnej cechy. Jedną rzecz dało się bezsprzecznie ustalić: kobiety pochodziły z plemienia Zulu.

Piekło w głowie dusiciela

Nadkomisarz Veldhuizen zwrócił się o pomoc do doktor Micki Pistorius. Doktor Pistorius, najwybitniejsza obecnie psycholog kryminalna w RPA, uczennica agenta FBI Roberta Resslera, była wówczas wschodzącą gwiazdą policji w RPA. Na podstawie zgromadzonych przez śledczych danych w ciągu miesiąca (co podobno jest krótkim okresem w tym przypadku) zdołała stworzyć profil psychologiczny sprawcy.

Z czasem miało się okazać, że napisany w pierwszej osobie opis domniemanego zabójcy był w 99 procentach zgodny z rzeczywistym charakterem mordercy. Pani psycholog doszła do wniosku, że ofiary i oprawca najprawdopodobniej należą do tego samego plemienia - wskazywały na to, prócz przesłanek stricte psychologicznych, formy użytych w zbrodni sznurów. W kulturze zuluskiej to mężczyźni wyplatają kosze, maty i powrozy, stosując tradycyjne wzory. Mordercą był więc najprawdopodobniej ktoś należący do ciemnoskórej społeczności Phoenix. Doktor Micki Pistorius twierdziła również, że fascynacja wiązaniem i kneblowaniem bezbronnych, martwych lub nieprzytomnych kobiet miała być wyrazem frustracji i nienawiści do rodzaju żeńskiego.

Zobaczył własną siostrę w prosektorium

Policjanci wyposażeni w profil psychologiczny od dr Pistorius odwiedzili posterunki w pobliżu miejsc zbrodni, zbierając informacje o zaginięciach i zabójstwach w tamtych rejonach.

Niezależnie od sporządzonego profilu psychologicznego jeszcze dwa inne wydarzenia wpłynęły na rozwój śledztwa i przyniosły przełom w prowadzonej sprawie. Pierwsze było dosyć ponure. Jeden z policjantów, oddelegowany do pilnowania prosektorium, w leżących na ocynkowanym stole zwłokach rozpoznał własną siostrę. Zeznania brata pozwoliły ustalić ostatnie chwile życia zamordowanej. Dzięki nim śledczy przyjęli, że kobiety wabiono obietnicą pomocy w znalezieniu pracy.

"Bezpieczny" seks

Niebawem nastąpił przełom w sprawie. Jak wynikało z oględzin zwłok, morderca-gwałciciel wiązał kolana ofiary i penetrował szczelinę między udami. Jest to tradycyjna zuluska metoda na "bezpieczny" seks, pozwalająca uniknąć chorób wenerycznych i przerwania błony dziewiczej. W takim przypadku mężczyzna zostawiał swój materiał genetyczny na nogach kobiety. Problem w tym, że stan dotychczas odkrytych szczątków wykluczał znalezienie takiego materiału.

Ciała często były zwęglone bądź pozostały z nich szkielety bez tkanek miękkich. Jednak w połowie sierpnia na niewypalonym jeszcze polu natrafiono na kolejne zwłoki (w sumie było ich już 18) - tym razem w niezbyt jeszcze zaawansowanym stopniu rozkładu, za to ze związanymi kolanami... Wystarczyło więc pobrać próbkę.

Kod DNA okazał się taki sam, jak w zabezpieczonym w 1994 roku materiale pochodzącym ze sprawy o gwałt. Z odnalezionych w archiwum akt wynikało, że ostatecznie rozprawa się nie odbyła, bo poszkodowana przepadła bez wieści, wobec czego gwałciciela, niejakiego Mandlę Agmatira Twalę, wypuszczono na wolność. Komisarzowi Veldhuizenowi pozostało teraz tylko odszukać Twalę. Nie było to jednak prostym zadaniem.

Polowanie na gwałciciela

Choć wizytówką RPA są ultranowoczesne centra Durbanu czy Pretorii, nie łudźmy się: w wielu przypadkach to tylko ładny widoczek na pocztówce. Afryka rządzi się swoimi prawami. Większość czarnych plemion nie rejestruje nigdzie swoich członków, ludzie bez przerwy migrują w poszukiwaniu pracy, osiedla nie mają adresu, brakuje dróg i łączności telefonicznej. W dodatku miejscowi swoje kontakty z policją ograniczają do minimum, czyli wysłuchania z kamienną twarzą tego, co mundurowy ma do powiedzenia i skwitowania jego wypowiedzi wzruszeniem ramionami.

Na terenach zamieszkałych przez Zulusów, takich jak Kwa-Mashu w rejonie Mount Edgecombe, policjant w ogóle nie ma czego szukać. W najlepszym razie napotka mur milczenia, w gorszym - może mu się przytrafić niemiła przygoda.

Szukali z portretem... psychologicznym

Zadaniem znalezienia Twali obarczony został detektyw Bushy Singh. Jako Afrykanin indyjskiego pochodzenia miał większe szanse na dowiedzenie się czegokolwiek niż jego biali koledzy po fachu. Singh dysponował całkiem sporą siatką "wtyczek" w zuluskim środowisku, co zresztą było podstawą działań operacyjnych afrykańskiej policji. W latach 90. trzy czwarte śledztw prowadzono w oparciu o płatne informacje od rozmaitych ulicznych "obserwatorów". Problemy były tylko dwa, ale dość poważne - po pierwsze: śledczy nie posiadali żadnego zdjęcia podejrzanego, po drugie: nazwisko Twala, podobnie jak imię Sipho, było szalenie popularne. Detektyw ruszył więc w teren uzbrojony w portret... psychologiczny.

Pierwszy strzał był chybiony. Jeden z informatorów powiedział Singhowi, że zna takiego Twalę, co pasuje do opisu. Błyskawicznie przygotowano się do aresztowania podejrzanego i sprowadzono z Pretorii doktor Pistorius i ekipę kryminalistyczną, która miała pobrać i porównać próbki DNA podejrzanego. Ale z zatrzymania nic nie wyszło. Rzeczony Sipho Twala okazał się grzecznym osiemnastolatkiem, nic nie łączyło go z morderstwami koło Mount Edgecombe, a przed czterema laty nikogo nie gwałcił, tylko chodził do szkoły. Na szczęście jednak w policyjnych archiwach odgrzebano w końcu stare zdjęcie z dochodzenia w 1994 roku. Teraz sprawa stała się dużo prostsza. "Gwałciciela z Phoenix", jak nazwała go prasa, namierzono w osadzie leżącej na terenach plemiennych Kwa-Mashu.

Nocne aresztowanie

Do złapania Twali detektyw Bushy Singh przygotował się bardzo starannie. Ponieważ istniało spore ryzyko, że wejście policji na teren zuluski może wywołać zamieszki, aresztowanie miało odbyć się nocą. Siły policyjne wzmocniono oddziałem prewencji, tak zwaną jednostką bezpieczeństwa wewnętrznego. Ten afrykański odpowiednik ZOMO powołano w czasach apartheidu do tłumienia niepokojów społecznych. Po upadku systemu nadal okazywał się przydatny.

Nad ranem sierpnia 1998 roku uzbrojeni po zęby funkcjonariusze po cichu przemknęli przez Kwa-Mashu i otoczyli chatę Twali. Zaskoczeni mieszkańcy nie stawiali oporu. Zatrzymano Sipha, jego matkę, siostrę i szwagra. Potem całe towarzystwo musiało doczekać świtu, by przy dziennym świetle mogła wziąć się do pracy ekipa kryminalistyczna oraz doktor Pistorius, dla której oględziny gospodarstwa domowego mordercy były równie ważne, jak przesłuchanie.

Stosu damskiej bielizny

Na podwórku zagrody znaleziono próbki węzłów, lin i pętli, na których Sipha trenował, a wewnątrz chaty całą górę damskiej odzieży, o wiele więcej niż potrzebowałyby dwie mieszkające tam kobiety.

Badania DNA wskazały na Twalę jako sprawcę trzech ostatnich zbrodni. Zgodnie z prawem RPA to wystarczało, by oskarżyć go również o pozostałe. Nadkomisarz Veldhuizen był formalistą i wolał wydobyć przyznanie się do winy od podejrzanego. Doktor Pistorius, opierając się na tym, co zobaczyła w Kwa-Mashu, podała wskazówki, jak rozmawiać z milczącym, patrzącym spode łba zatrzymanym. Psychologia po raz kolejny zatryumfowała. Po niespełna 45 minutach przesłuchania śledczy usłyszeli pełne zeznanie.

Jak w transie

Trzydziestojednoletni rolnik Sipho Twala mieszkał z matką, siostrą, szwagrem oraz czwórką ich dzieci w małej, trzyizbowej zagrodzie. Z progu jego domu rozciągał się rozległy widok na sąsiadujące z wioską pola trzciny cukrowej. Inteligentny, wygadany Sipho znał kilka lokalnych języków, umiał nawet czytać i pisać, choć ze szkołą podstawową rozstał się po pierwszej klasie. Kobiety go lubiły.

Matka określiła go jako "dobrego chłopca, dżentelmena, bardzo przydatnego w pracach domowych". Jak przyznawał później na przesłuchaniu, dzieciństwa fascynowało go zabijanie, lubił patrzeć na szlachtowane zwierzęta, sam w ukryciu dusił kocięta i króliki. Marzył o zabiciu człowieka. Jednak dopiero po latach, gdy narzeczona dokonała aborcji jego dziecka, poczuł przemożną chęć, by swoje chore fantazje zrealizować. Był śmiały i sympatyczny, wzbudzał zaufanie - zaczepianie dziewczyn z plemienia Zulu wędrujących w okolicy za pracą nie stanowiło dla niego żadnego problemu. Zwracał się do nich w ich narzeczu, co sprawiało, że czuły się bezpieczne.

Myślał, że nikt go nie powstrzyma

Obiecywał, że załatwi im dobrze płatne zajęcie w pobliżu. Prowadził je na cukrowe pola, tam gwałcił i dusił. Plantacje na zboczach Mount Edgecombe były dla niego wyjątkowym miejscem. Lubił po nich wędrować, w upale i wilgoci. Mówił, że szelest trzcinowych łodyg wprawiał go w trans i wzmagał w nim żądzę zabijania. Z martwych kobiet zdzierał odzież i zabierał ze sobą, by po powrocie do domu splatać z niej powrozy i planować kolejne mordy.

Czasem przeciągał zwłoki na pole, które miało być wkrótce wypalane i w ten sposób pozbywał się śladów. Innym razem zaś mu się nie chciało. Kiedy w końcu odkryto pierwsze ciała i na pola zawitały ekipy dochodzeniowe, Twala nie poczuł się specjalnie zagrożony. Przeciwnie, nieźle się bawił. Siedząc przed swoją chatą, obracając w dłoniach kolorowe supły, mógł obserwować wysiłki policjantów jak na dłoni. Był panem sytuacji. Nikt go nie znajdzie, nikt go nie powstrzyma...

Przeżyła jedna osoba

Proces ruszył w marcu 1999 roku. Prokuratura starała się dotrzeć do jedynej ofiary, która przeżyła spotkanie z Twalą w 1994 roku. Śledczym dopisało ogromne szczęście, bo udało im się odnaleźć świadka - w ciągu pięciu lat po napaści kobieta wielokrotnie zmieniała pracę i miejsce zamieszkania. Po żmudnych poszukiwaniach w końcu zlokalizowali jej rodzinną wioskę - w pozbawionej dróg górskiej okolicy.

Kiedy detektyw Singh dotarł tam na pokładzie wojskowego śmigłowca, okazało się, że dziewczyna zdążyła wrócić do Durbanu. Błyskawiczny przelot do miasta i ustalenie miejsca przebywania poszukiwanej pośród 3 milionów ludzi, żeby tego samego dnia dostarczyć ją do sądu, przypominały sceny z filmu sensacyjnego. A jednak udało się to dzięki ulicznym informatorom Singha. Zuluska, zabrana nagle z sortowni owoców w środku zmiany, dowieziona na sygnale do Sądu Najwyższego w Durbanie, bez wahania zidentyfikowała gwałciciela i ze szczegółami opisała, w jakich okolicznościach została napadnięta.

Silne poczucie potrzeby zabijania

Na miejscu dla świadków zasiadły też matka i siostra Twali. Obie zgodnie twierdziły, że nie podejrzewały Sipho o morderstwa kobiet. Również jego wyprawy na trzcinowe pola i znoszone do domu naręcza ubrań nie wydawały im się czymś niezwykłym. Po nich zeznawali patolodzy, eksperci kryminologii oraz dr Micki Pistorius. Pani doktor, opisując raz jeszcze psychiczną konstrukcję oskarżonego, zwróciła uwagę na jego absolutny brak poczucia winy i silną potrzebę zabijania.

Jej zdaniem Twala nie rokował szans na resocjalizację, psychopatyczne mordercze skłonności są trwałym elementem jego psychiki i żadna terapia nie jest w stanie ich wykorzenić. Doktor Pistorius zaapelowała o osadzenie Twali w więzieniu bez możliwości zwolnienia.

Szelest trzciny cukrowej

Tymczasem główny zainteresowany zdawał się w ogóle nie przejmować przebiegiem rozprawy. Rozluźniony, lekko uśmiechnięty przyglądał się pogrążającym go kolejno kobietom - zgwałconej Zulusce, doktor Pistorius i sędzinie Vivienne Niles-Duner. Być może w uszach rozbrzmiewał mu szelest trzciny cukrowej...

W prawodawstwie Republiki Południowej Afryki, podobnie jak w amerykańskim, karę wymierza się za każde przestępstwo z osobna, a potem sumuje się wszystkie wyroki. Ze względu na kłopoty z identyfikacją ofiar i stanem szczątków wykluczającym przeprowadzenie pełnej autopsji, ostatecznie Sipha Mandla Agmatira Twalę skazano za 16 morderstw, 10 gwałtów, jedno usiłowanie zabójstwa i siedem napaści na tle seksualnym. Obecnie odsiaduje wyrok 506 lat więzienia.

Natalia Karnecka-Michalak

Niektóre okoliczności zmieniono.

Śródtytuły pochodzą od redakcji portalu INTERIA.PL

Profilowanie psychologiczne

W przypadku niektórych przestępstw tradycyjne metody dochodzenia opierające się na poszukiwaniu motywu, korzyści płynącej ze zdarzenia i związku ofiary ze sprawcą nie zdają egzaminu. Seryjni zabójcy, przestępcy seksualni czy piromani mogą przez długi czas pozostawać bezkarni, bo motywacja ich czynów zrozumiała jest zwykle tylko dla nich samych, a premedytacja w działaniu i planowaniu kolejnych posunięć pozwala uniknąć zatrzymania. Analizy zachowań przestępczych pozwoliły ustalić, że między czynem a osobowością sprawcy istnieje wyraźny związek. Badaniem tych zależności zajmuje się profilowanie psychologiczne, dziedzina kryminologii korzystająca z wiedzy psychologii, kryminalistyki, psychiatrii i medycyny sądowej.

Profilowanie polega na stworzeniu na podstawie dostępnych danych hipotetycznego portretu nieznanego przestępcy - określeniu jego cech fizycznych i osobowości, uzyskaniu wizerunku, który pomógłby śledczym zrozumieć motywy postępowania "pana X" i przewidzieć jego dalsze zachowanie. Specjaliści od profilowania psychologicznego wychodzą z założenia, że w każdym (również kryminalnym) działaniu człowiek przejawia swoje indywidualne cechy: to, jak chodzi, siada, zamyka drzwi, układa przedmioty, świadczy o tym, czy jest bałaganiarzem, czy pedantem, czy jest spokojny, czy zdenerwowany itd.

Samo przestępstwo też mówi co nieco o osobowości sprawcy. Gdy ktoś seryjnie dusi blondynki, można założyć, że kiedyś jakaś blondynka go zraniła. Jeśli lubi się znęcać nad bezbronnymi, prawdopodobnie podnieca go poczucie władzy, a co za tym idzie na co dzień pewnie jest niedoceniany i pełen kompleksów. Specjaliści analizujący psychologiczne aspekty zachowań przestępczych ustalili kilka potwierdzających się reguł: brutalni zabójcy w dzieciństwie często bywają agresywni wobec rówieśników, młodszych od siebie i zwierząt. Zbrodniczą karierę zwykle zaczynają od pozornie błahych wykroczeń (pewien morderca-gwałciciel kradł damskie majtki w basenowej szatni), po czym stopniowo szukają coraz silniejszych podniet. Seryjne przestępstwa "nieseksualne" wynikają zazwyczaj z chęci zwrócenia na siebie uwagi, odegrania się na ludzkości za doznane krzywdy, zrekompensowania sobie niepowodzeń życiowych.

Przygotowanie profilu zaczyna się od zgromadzenia możliwie jak największej ilości informacji: dokładnych i wszechstronnych oględzin miejsca zbrodni, zebrania śladów, relacji świadków. Następnym krokiem jest tzw. analiza ofiary. Ustalenie, kim była, czy morderca wybrał ją przypadkowo, czy z jakiegoś konkretnego powodu, bywa kluczowe przy poszukiwaniu sprawcy. Później porównuje się analizowane wydarzenie z innymi tego typu, szuka różnic i podobieństw, sprawdza, czy okoliczności zdarzeń układają się w jakiś wzór. Jeśli mamy do czynienia z serią np. gwałtów czy morderstw, należy zbadać, czy przestępstwa te w jakiś sposób ewoluują, czy zmienia się sposób postępowania sprawcy - to pozwala przewidzieć jego następne zachowania.

Z kolei uporządkowanie chronologiczne miejsc zdarzenia pomaga w zlokalizowaniu sprawcy. W przypadku przestępstw kompulsywnych pierwszą zbrodnię morderca popełnia zwykle niedaleko swego domu lub w najbliższej okolicy, by stopniowo rozszerzać teren działania.

Dzięki mikrośladom i badaniom biometrycznym miejsca zbrodni można ustalić szacunkowo wiek, wzrost, płeć i zawód. Uzyskane informacje przekazuje się śledczym, którzy skupiają się na znalezieniu osoby najbardziej odpowiadającej opisowi.

Źródło: Materiały Prokuratury Okręgowej w Zielonej Górze

Śledztwo

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy