Reklama

Najgroźniejsze oszustwa koncernów spożywczych

Czy żywność, którą kupujemy w sklepach jest rzeczywiście tym, czym myślimy? Z upraw zrównoważonych, ekologicznych? Których obietnic wytwórcy dotrzymują, a które najczęściej łamią? Oto fakty na temat produktów spożywczych...

Do tej pory losy ludzkości determinowane były przez państwa i armie. Ale XXI wiek może stać się wiekiem koncernów. Dziś już nie tylko rządy, ale też prywatne firmy posiadają surowce naturalne, kontrolują przepływy finansowe, decydują o tym, jakie informacje do nas docierają, i mają monopol na najważniejszy zasób świata: żywność. Współcześnie większość artykułów spożywczych jest wytwarzana przez kilka wielkich przedsiębiorstw. Oznacza to, że garstka osób zarządzających tymi gigantami decyduje, co się produkuje oraz po jakich cenach sprzedaje. W efekcie koncerny, namawiając nas do kupowania i jedzenia konkretnych artykułów, wpływają w istotny sposób na nasze zdrowie. Jak do tego doszło?

Reklama

Aby odpowiedzieć na to pytanie, trzeba zrozumieć naturę koncernu. Ujmując rzecz obrazowo, przypomina on żywy organizm. Nadrzędna jest jego "wola przetrwania". W związku z tym szuka pożywienia (pieniędzy), broni się przed niebezpieczeństwem (ograniczającymi działalność ustawami, kontrolą z zewnątrz) i wypiera konkurentów (inne firmy). Tym, czym dla zwierząt oraz roślin jest ich przestrzeń życiowa, dla wielkich przedsiębiorstw są rynki - na nich rozwijają się one coraz bardziej, chcąc zdobyć największą ich część. Samoograniczanie się jest obce żywym istotom - podobnie jak koncernom. Granice są zawsze narzucane z zewnątrz. W przypadku braku siły, która by je wytyczyła, robi się niebezpiecznie. A według ekspertów wiele wskazuje na to, że rządy nie są już praktycznie w stanie stawiać im barier. Nawet bogate kraje Unii Europejskiej stają się coraz bardziej zależne od globalnych interesów konkretnych firm.

Wciąż jednak istnieją instytucje badawcze oraz aktywiści, którzy demaskują zamiary i nieuczciwe praktyki wielkiego przemysłu. Wraz z krytycznie nastawionymi naukowcami oraz na podstawie licznych badań postanowiliśmy sprawdzić jego obietnice - i poddać je bezkompromisowej ocenie...

Artykuł pochodzi ze Świata Wiedzy 3/2019. Sprawdź, co można przeczytać w najnowszym numerze

Obietnica koncernów: fruktoza jest zdrowsza od cukru

PODEJRZENIE: JEST FRUKTOZA? PRODUCENCI NAPOJÓW BEZALKOHOLOWYCH IGNORUJĄ WYNIKI BADAŃ 

W 1984 roku Coca- -Cola zmieniła recepturę swojego najpopularniejszego napoju. Od tego czasu koncern zamiast cukru spożywczego używa do jego produkcji wyłącznie syropu glukozowo-fruktozowego. Ten wodny roztwór cukrów prostych otrzymywany jest z kukurydzy. Syrop zawiera od 60 do 90 procent fruktozy - im większe jej stężenie, tym słodszy płyn, który dodaje się do ogromnej liczby gotowych artykułów. Wiele firm do dziś propaguje opinię, że fruktoza jest zdrowsza od cukru spożywczego (sacharozy). Ile w tym prawdy?

Faktem jest, że produkowana przemysłowo fruktoza jest tak skoncentrowana, że nie ma prawie nic wspólnego z substancją występującą w naturze. A to ma swoje konsekwencje: - Badania wykazały, że ponadprzeciętne spożycie fruktozy wiąże się z rosnącą liczbą osób otyłych - wyjaśnia Alexandra Shapiro, badaczka z Uniwersytetu Florydy. W USA liczba dzieci z wyraźną nadwagą od połowy lat 70. XX wieku wzrosła ponadtrzykrotnie. W tym okresie syrop kukurydziany stał się również stałym elementem diety obywateli USA. Podobną, choć słabszą, tendencję można zaobserwować w Polsce. Chociaż Shapiro nie obwinia samego tylko syropu kukurydzianego za rosnącą na całym świecie liczbę osób z nadwagą, widzi w nim ważny czynnik sprawczy. Według niemieckiego Federalnego Instytutu ds. Oceny Ryzyka wyniki badań wskazują także na ścisły związek między zwiększonym przyjmowaniem fruktozy a występowaniem nadciśnienia i zaburzeń metabolizmu lipidów. - Wynikające z tego choroby to cukrzyca, udar mózgu czy zawał serca - wyjaśnia dr Birgit Hildebrandt, dyrektor medyczna Helios Prevention Center. Inne badania sugerują ponadto, że wysokie spożycie fruktozy uszkadza wątrobę w mniej więcej takim samym stopniu jak nadużywanie  alkoholu. 

Obietnica koncernów: nasze opakowania są bezpieczne

PODEJRZENIE: PUDEŁKA OD PIZZY WPŁYWAJĄ NA GENY 

Ponieważ coraz więcej badań dowodzi, że plastikowe opakowania żywności mogą mieć niekorzystny wpływ na nasze zdrowie, liczne koncerny stawiają teraz na kartony i opakowania papierowe. Problem polega na tym, iż chociaż zmniejsza to obciążenie środowiska, to także wpływa na nasze organizmy. Według różnych badań organizacji Foodwatch, Stiftung Warentest i Ökotest wiele kartonów na pizzę, opakowań makaronu, ryżu, mąki i kaszy czy pudełek na płatki kukurydziane zawiera szkodliwe oleje mineralne. Te tak zwane MOSH (mineral oil saturated hydrocarbons) i MOAH (mineral oil aromatic hydrocarbons) przedostają się do opakowań w wyniku recyklingu zadrukowanego papieru makulaturowego - a tym samym również do żywności, która jest w nie pakowana. "Spośród 120 produktów z Niemiec, Francji i Holandii 43% zawierało aromatyczne oleje mineralne - podejrzewa się, że są one rakotwórcze i mutagenne" - brzmi wniosek Foodwatch. "Szkodliwe substancje są wchłaniane przez organizm i mogą być kumulowane w niektórych narządach. Z badań na zwierzętach wiadomo, że takie mieszaniny olejów mineralnych mogą osadzać się w wątrobie i węzłach chłonnych, powodując uszkodzenia tych narządów" - wyjaśnia Federalny Instytut ds. Oceny Ryzyka. Faktycznie zatem przemysł stoi przed problemem związanym z opakowaniami, który do dziś pozostaje nierozwiązany.

Co może więc zrobić konsument, skoro przyjazny dla środowiska papier makulaturowy jest zbyt toksyczny, a tworzywa sztuczne - nieekologiczne? Ponieważ z czasem żywność absorbuje coraz więcej związków oleju mineralnego z opakowania, organizacje ochrony konsumentów radzą, aby makaron, ryż czy płatki przesypywać w domu z opakowania papierowego do słoików, a mrożonki wyjąć z kartonów, zanim zaczną mięknąć.

 

Obietnica koncernów: suplementy diety zapobiegają chorobom

PODEJRZENIE: SUPLEMENTY DIETY NIE ZAWSZE SĄ BEZPIECZNE

Schorzenia stawów, osłabienie odporności, depresja, zaburzenia rytmu serca, a nawet niektóre postaci raka - tym wszystkim chorobom mają zapobiegać tabletki witaminowe, z wapniem, magnezem czy wyciągami z ziół. Tak przynajmniej obiecują producenci suplementów diety - a klienci im wierzą. Polacy wydają rocznie ponad 4,5 miliarda złotych na tego typu środki: dostępne bez recepty, a wytwarzane przez koncerny spożywcze i farmaceutyczne. Co czwarty dorosły mieszkaniec naszego kraju regularnie przyjmuje preparaty zawierające witaminy lub minerały. Kluczowe jest jednak pytanie: czy producenci dotrzymują obietnic? Odpowiedź brzmi: nie. Ostatnie badania pokazują, że kwas foliowy nie uchroni przed atakiem serca, a witaminy z grupy B nie zapobiegają demencji. Także nadzieja na działanie witaminy C przeciwko wirusom przeziębienia nie ma potwierdzenia w aktualnych ustaleniach naukowych. Wykazała to niedawna analiza Cochrane Collaboration, międzynarodowej sieci lekarzy i naukowców, w ramach której oceniono setki testów dotyczących skuteczności suplementów diety. W niektórych przypadkach mogą one nawet szkodzić zdrowiu. Niemieckie Centrum Badań nad Rakiem stwierdziło, że "izolowany beta-karoten, witamina E i być może niektóre inne substancje mogą zwiększać ryzyko zapadnięcia na nowotwór". W pewnych okolicznościach zażywanie witamin w tabletkach może mieć zatem wręcz zgubne skutki: "Palacze zażywający karoten częściej chorują na raka płuc. U mężczyzn połykających witaminę E i/lub selen rośnie ryzyko pojawienia się nowotworu prostaty". 

Ponadto wiele tabletek zawiera substancje czynne w ilościach przekraczających maksymalną dawkę dzienną. Na przykład w trakcie testu dotyczącego suplementów diety na bazie magnezu przeprowadzonego przez organizacje konsumenckie ustalono, że 64% sprawdzonych preparatów ma w swoim składzie zbyt wysokie dawki tego składnika, co może powodować biegunkę i wymioty. W 2016 roku badania laboratoryjne zlecone w Polsce przez Najwyższą Izbę Kontroli ujawniły, że wiele z suplementów diety nie wykazuje cech deklarowanych przez producentów, a zdarzają się też po prostu szkodliwe dla zdrowia. W sprzedaży, w tym internetowej, ale także w sklepach stacjonarnych i aptekach, obok rzetelnych preparatów znajdowały się specyfiki zafałszowane, zawierające np. bakterie chorobotwórcze, substancje zakazane z listy psychoaktywnych czy stymulanty podobne strukturalnie do amfetaminy, a więc działające jak narkotyki. NIK zwraca uwagę na problem oszukańczych praktyk, jakie stosują producenci i dystrybutorzy, którzy reklamują nierzadko suplementy jako równoważne lekom. Wskazuje, że dzieje się to przy biernej postawie organów państwa, oraz ostrzega, iż taki stan może rodzić zagrożenie dla zdrowia, a nawet życia konsumentów

 

Obietnica koncernów: butelkowana woda pitna jest najczystsza

PODEJRZENIE: WODA Z BUTELKI MOŻE MIEĆ NIŻSZĄ JAKOŚĆ NIŻ KRANÓWKA

Nasz zespół pracuje niestrudzenie, aby zagwarantować naturalną czystość i wyjątkową jakość wody mineralnej" - obiecuje jeden z największych koncernów branży w internetowej reklamie swojego produktu. Przesłanie dotyczące zdrowej i czystej wody wydaje się przekonujące, a zapotrzebowanie na wodę w butelkach gwałtownie rośnie: Polacy w zeszłym roku wydali na nią ponad trzy miliardy złotych. Ale czy jej jakość jest faktycznie tak dobra, jak twierdzi wiele firm? Ziarno wątpliwości zasiało szeroko zakrojone badanie przeprowadzone przez niemiecką Fundację Warentest. Jej eksperci zbadali 30 różnych rodzajów wody butelkowej i doszli do przerażającego wniosku: dwie na trzy próbki były zanieczyszczone, niektóre w dużym stopniu. W co piątym testowanym produkcie eksperci wykazali ponadto wysoki poziom skażenia bakteryjnego - między innymi w wodzie, która zgodnie z etykietą miała się szczególnie nadawać do przygotowywania żywności dla niemowląt.

Podobnym wnioskiem zakończyły się również badania francuskie. Polska nie jest w tej kwestii wyjątkiem: w naszym kraju co jakiś czas wycofywane są ze sprzedaży partie wód mineralnych i źródlanych. Najczęstsza przyczyną zakazu ich sprzedaży jest ujawnienie w nich bakterii z grupy E. coli. Czy istnieje zatem jakaś zdrowa alternatywa? Owszem: woda z kranu! Jej jakość w niemal wszystkich miejscowościach w Polsce nie odbiega od większości wód butelkowych, a nawet przewyższa je pod względem bogactwa składników mineralnych. Ponadto jej ogromną zaletą jest cena: za litr kranówki - wliczając w to koszt odprowadzenia ścieków - nie zapłacimy więcej niż grosz. Wysoką jakość wody dostarczanej do naszych mieszkań rurami potwierdzają także specjaliści. - Kranówka spełnia warunki określone w Rozporządzeniu Ministra Zdrowia oraz normy zalecane przez Światową Organizację Zdrowia - zapewniają przedstawiciele Wojewódzkiej Stacji Sanitarno-Epidemiologicznej w Warszawie. - Woda kranowa jest czysta bakteriologicznie, tak więc jej gotowanie jest niepotrzebne. Warto pamiętać, że wysoka temperatura powoduje wytrącanie magnezu i wapnia, cennych dla naszego zdrowia pierwiastków - dodają.

Obietnica koncernów: prowadzimy badania, by zapewnić konsumentom wysokiej jakości produkty

PODEJRZENIE: WIELKIE KONCERNY MANIPULUJĄ DANYMI NAUKOWYMI, BY OSIĄGNĄĆ WIĘKSZY ZYSK 

Dziś inwestowanie każdego roku milionów dolarów w uniwersytety, fundacje i projekty badawcze stanowi część działalności dużych firm spożywczych. Nie ukrywają one przy tym, że chodzi o szlifowanie wizerunku - swego rodzaju "reklamę charytatywną" - ale także o budowanie lepszej przyszłości. W końcu badania mają pomagać poprawić jakość żywności i zdrowie tysięcy ludzi. Czy jest to więc sytuacja, w której wygrywają wszyscy: konsumenci, nauka oraz koncerny?

Czasopismo specjalistyczne "The Lancet" opublikowało badanie podające w wątpliwość dobroczynne zamiary wielkich przedsiębiorstw. Wnioski były jasne: "międzynarodowe firmy spożywcze systematycznie podkopują państwową politykę zdrowotną - podobnie jak czyniła to wcześniej branża tytoniowa". Z raportu "The Lancet" wynika, że "w przypadku badań opłacanych wyłącznie przez koncerny jest cztery do ośmiu razy bardziej prawdopodobne, że ich wyniki będą zgodne z interesem branży niż w przypadku wyników badań finansowanych z innych źródeł". Przykład Nutrition Society of Malaysia pokazuje, do czego to może doprowadzić. Ten urząd ds. żywności z powodu niedofinansowania od lat współpracuje z koncernami spożywczymi. Chociaż organizacja ta ma na celu ochronę interesów konsumentów, niedawno w ramach wspieranego przez rząd "badania dotyczącego śniadań" zalecała dzieciom picie czekoladowego napoju słodowego firmy Nestlé, w którym udział energii z cukru wynosi aż 40 procent! Rodzicom nie powiedziano, że przed publikacją badanie zostało przedłożone do akceptacji czterem pracownikom1 przedsiębiorstwa

Obietnica koncernów: na etykiecie "Wyprodukowano w UE" można polegać

PODEJRZENIE: EUROPA JEST ZALEWANA ŻYWNOŚCIĄ O NIEPEWNEJ JAKOŚCI 

Koncerny spożywcze, które deklarują swoje produkty jako "Made in UE", sugerują wyższe standardy higieny i bardziej rygorystyczne przepisy dotyczące stosowania pestycydów. Ale czy wszystkie składniki dżemu, jogurtu, napoju czy czekolady naprawdę pochodzą z Unii Europejskiej, jak można byłoby wnioskować po napisie na opakowaniu? Import żywności z Chin do Polski rośnie w rekordowym tempie 10 procent rocznie. Dlaczego nie widać tego w naszych supermarketach? Bo nie jest ona rozpoznawalna. Faktycznie większość konsumentów nie ma pojęcia, że wiele artykułów spożywczych, które kupują w kraju i które są oznakowane polską czy europejską etykietą, tak naprawdę częściowo pochodzi z Chin - wyprodukowano je więc zgodnie z chińskimi standardami.

Powód: w przypadku żywności przetworzonej dystrybutor nie musi ujawniać na opakowaniu kraju, z którego importowano surowce. - Eksperci szacują, że zyski z oszustw w branży spożywczej są porównywalne z wysokością dochodów z narkobiznesu czy handlu ludźmi - mówi Helmut Tschiersky, prezes niemieckiego Federalnego Urzędu ds. Ochrony Konsumentów i Bezpieczeństwa Żywności. Pomimo regularnych skandali dotyczących produktów dalekowschodnich praktycznie nie przeprowadza się kontroli, które mogłyby określić na przykład jakość jedzenia, dokładne pochodzenie, skażenie pestycydami czy czynnikami chorobotwórczymi. Władze uzasadniają to zbyt wysokimi nakładami pracy i kosztami. Tylko w przypadku mięsa, ryb oraz innych artykułów zwierzęcych towar jest dokładniej sprawdzany. Dla owoców czy warzyw nie ma konkretnych przepisów kontrolnych i w związku z tym żadne laboratorium nigdy nie określi, ile jakich pestycydów znajduje się choćby w sosie, który kupujemy, sądząc, że to produkt w całości krajowy lub unijny.

Obietnica koncernów: chronimy lasy deszczowe

PODEJRZENIE: KAMPANIOM EKOLOGICZNYM NIE MOŻNA UFAĆ 

Osiem lat temu duże koncerny spożywcze Nestlé, Mars i Hershey ogłosiły, że do 2015 roku przejdą na wykorzystanie w swoich produktach wyłącznie oleju palmowego pochodzącego z upraw zrównoważonych. Ten tłuszcz roślinny, dla którego co roku karczuje się tysiące kilometrów kwadratowych lasów deszczowych, znajduje się w co drugim artykule dostępnym w polskich supermarketach (słodyczach, margarynie, wyrobach piekarniczych, kosmetykach, mydłach i kremach). Jednocześnie giganci z branży spożywczej współpracują z organizacjami ekologicznymi, takimi jak WWF w ramach inicjatywy RSPO (Roundtable for Sustainable Palm Oil). Aby klienci mogli sprawdzić, czy olej palmowy zawarty w kupowanych przez nich produktach jest pozyskiwany z ekologicznych upraw, RSPO przyznaje certyfikaty. Wszystkie te działania stanowią obietnicę lepszej przyszłości. Czy naprawdę tak jest? Według Rainforest Action Network (RAN) odpowiedź brzmi "nie". Ta niezależna organizacja ochrony środowiska stwierdziła to rok temu w raporcie z badań. - Koncerny oszukują swoich konsumentow, stale przekonując, że zajmą się problemem wyrębu lasow deszczowych. Jednocześnie do dziś nie zrobiły nic, aby zatrzymać karczowanie - komentuje Gemma TiIlack z RAN. Jak to jednak możliwe, że tak wiele produktów z oleju palmowego otrzymuje certyfikowane logo zrównoważonego rozwoju? 

Prawda jest taka, że przyznają je sobie sami zainteresowani! Ponieważ termin "zrównoważony" nie jest w żaden sposób prawnie chroniony, każdy może go użyć na etykiecie swojego artykułu. - Są powody, dla których mówi się o zrównoważonym oleju palmowym, a nie o oleju ekologicznie i społecznie sprawiedliwym - ponieważ taki nie istnieje - wyjaśnia dziennikarka śledcza Kathrin Hartmann, która na potrzeby filmu Zielone kłamstwa badała stosowane przez koncerny sztuczki tzw. greenwashingu i odkryła kilka poważnych ekoszwindli. Podsumowując swoje poszukiwania, powiedziała: - Im bardziej szkodliwy jest produkt lub wykorzystane do jego wytworzenia surowce, tym większy wysiłek wkłada się w wykreowanie wokół niego "zielonego kłamstwa".

Obietnica koncernów: jesteśmy po to, aby pomagać

PODEJRZENIE: GIGANCI BRANŻY SPOŻYWCZEJ ZARABIAJĄ NA KLĘSCE GŁODU

O koło 800 milionów ludzi na świecie głoduje, a każdego dnia 25 000 umiera z powodu braku pożywienia. Mało kto wie, że istnieje jeszcze inny, mniej widoczny głód. Według organizacji Welthungerhilfe około dwóch miliardów ludzi na całym świecie cierpi z powodu tak zwanego utajonego głodu, czyli długotrwałego niedoboru witamin i składników odżywczych. Niektóre koncerny spożywcze zobowiązały się do podjęcia działań mających na celu zapobieganie temu zjawisku poprzez angażowanie się w programy pomocowe oraz produkcję żywności wzbogaconej w ważne dla życia składniki. Koncepcję uzupełniania dostaw do dotkniętych niedoborami regionów w makro- i mikroelementy (np. żelazo) wspierają organizacje charytatywne, a także eksperci ds. ochrony zdrowia - to szczególnie ważne dla kobiet w ciąży oraz dzieci. Ale co kryje się za tą pozornie bezinteresowną strategią? 

Eksperci nie mają wątpliwości co do zamiarów koncernów: "Firmy takie jak Monsanto, Nestlé czy Unilever pod płaszczykiem walki z niedożywieniem i głodem osiągają ogromne zyski kosztem zdrowia ludzkiego oraz środowiska naturalnego" - wyjaśniają naukowcy z Food First Information and Action Network (FIAN). Jak pokazuje badanie, giganci branży spożywczej zapewniają sobie w ten sposób długoterminowe umowy na użytkowanie gruntów. Kontrakty przewidują również stosowanie nasion certyfikowanych (czyli genetycznie zmodyfikowanych lub hybrydowych, które muszą być nabywane co roku) oraz hojne ulgi podatkowe. Eksperci krytykują także fakt, że firmy pracują nad zapisaniem w prawie wzbogacania niektórych produktów, co w dłuższej perspektywie czasowej może nie tylko spowodować wyparcie tradycyjnej żywności, ale i uzależnić "bezinteresownie obdarowywane" kraje od dostaw. Specjaliści z FIAN podsumowują: "Koncerny zapewniają sobie w ten sposób coraz większy wpływ na programy rządowe oraz gremia ONZ. Niedożywienie nie jest w ten sposób zwalczane, ale potęgowane". 

Obietnica koncernów: nasza czekolada jest ekologiczna

PODEJRZENIE: ZJADAJĄC CZEKOLADĘ, PRZYCZYNIAMY SIĘ DO WYCINKI LASÓW DESZCZOWYCH 

Po opublikowaniu przez amerykańską organizację ekologiczną Mighty Earth raportu Chocolate’s Dark Secret, który dokumentuje pustoszenie obszarów leśnych pod uprawę kakao, Nestlé, Mars i inni potentaci zobowiązali się do podjęcia działań - i w 2017 roku zapoczątkowali własną inicjatywę przeciwdziałania karczowaniu dżungli. Ich zamiarem było powstrzymanie gospodarki rabunkowej na całym świecie, ze szczególnym uwzględnieniem Afryki Zachodniej. Trzeba bowiem wiedzieć, że 60 procent kakao na świecie pochodzi z Wybrzeża Kości Słoniowej oraz Ghany, w większości z nielegalnych źródeł - plantacji założonych w parkach narodowych i chronionych lasach deszczowych. - Wchodzący w kakaowy biznes rolnicy wycinają pod uprawy lasy pierwotne, również jeśli znajdują się one pod ochroną - mówi Johannes Schorling z organizacji Inkota. Uprawiane tam kakao jest następnie importowane, głównie przez USA, Holandię i Niemcy. W rezultacie w żadnym innym kraju na świecie las deszczowy nie kurczy się tak szybko jak na terenie Wybrzeża Kości Słoniowej. - Główną winę za1 niszczenie lasów ponosi uprawa kakao - mówi iworyjski aktywista ekologiczny Signo Kouamé Soulago Fernand. Ile jest zatem warta obietnica kakaowych gigantów? 

Mighty Earth oceniła zdjęcia satelitarne po roku. Rezultat: "Pomimo obietnic branży i rządów niszczenie lasów w Afryce Zachodniej wciąż trwa". Chociaż ochrona drzewostanu w niektórych częściach Wybrzeża Kości Słoniowej się poprawiła, wielkoskalowe wycinki na krańcach zachodnich postępują wręcz jeszcze szybciej. Niemające nawet roku drzewka kakaowe pokazują, że obietnice nie zostały dotrzymane. Zapytani o to rolnicy pracujący przy karczowaniu odpowiedzieli, że nie wiedzą nic o zakazie. Równie łatwo jak wcześniej można też sprzedać plony. Mighty Earth przedstawiła więc nowy katalog wymagań. Wzywa on koncerny nie tylko do bojkotu wszystkich dostawców, którzy niszczyli lasy po październiku 2017 roku, ale także do ujawnienia, od których pośredników kupują ziarna kakaowe.

Obietnica korporacji: kto kupuje miód, otrzymuje miód

PODEJRZENIE: MIÓD JEST FAŁSZOWANY 

Miód to artykuł ceniony przez Polaków: nie tylko na stole, ale i w medycynie. Powody są oczywiste, jest to przecież produkt naturalny, bez dodatków - i dlatego uznaje się go za zdrową alternatywę dla cukru. Ale czy to prawda? Czy słoik miodu, po który sięgamy w supermarkecie, zawiera faktycznie to, co obiecuje etykieta? - Aby zwiększyć ilość miodu, rozcieńcza się go na wielką skalę tanim syropem, co w przypadku tego naturalnego produktu jest niedozwolone - mówi Norberto Garcia, prezes Międzynarodowej Organizacji Eksporterów Miodu: - To oszustwo, przestępstwo na szkodę konsumenta. Tymczasem "płynne złoto" stało się jednym z najczęściej fałszowanych artykułów spożywczych na świecie. Szczególnie koncerny z Chin, największego producenta bursztynowego przysmaku (474 000 ton rocznie), zalewają globalny rynek podróbkami. Podczas niedawnej kontroli w polskich sklepach Inspekcja Handlowa wykryła nieprawidłowości w co piątej ze zbadanych próbek.

Problem polega na tym, że konsumenci często nie wiedzą, skąd pochodzi miód stojący na półkach supermarketów. Ustalenie jego źródła wymaga iście detektywistycznej determinacji, ponieważ chiński miód zazwyczaj nie jest właściwie oznaczany. Od czasu, gdy USA nałożyły na Chiny cła karne, produkt ten jest eksportowany do krajów takich jak Tajlandia,1 Wietnam czy Ukraina w celu umożliwienia przemytu do UE z "nową tożsamością". Nawet naukowcy mają trudności z wykryciem fałszerstw. - Istnieje tak wiele różnych syropów, które są dodawane do miodu, że nigdy nie wiadomo, czego szukać - mówi analityk żywności Stephan Schwarzinger. Norberto Garcia szacuje, że szkody gospodarcze wyrządzane co roku uczciwym pszczelarzom przez fałszowanie miodu wynoszą 600 milionów euro. Jednocześnie ostrzega: - Straty ekonomiczne to tylko wierzchołek góry lodowej. Powód: jeśli pszczelarze nie będą w stanie się utrzymać, będzie mniej pszczół. W rezultacie rośliny pozostaną niezapylone, na czym ucierpi różnorodność gatunkowa - a to będzie miało poważne konsekwencje dla całego ekosystemu.

Świat Wiedzy

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne