Reklama

Zabił, bo go obraziła

Antoni prawie połowę swego życia spędził w więzieniu. Kiedy znalazł się na wolności, szybko wrócił do popełniania przestępstw. Na początek postanowił zgwałcić kobietę, która go znieważyła.

Więzienna brama otwierała się powoli. Stojący obok skazańca strażnik pożegnał go krzywym spojrzeniem i słowami: "Mam nadzieję, że nigdy już się nie spotkamy". Antoni tylko uśmiechnął się do niego i nic nie odpowiedział. W ręce mocno ściskał reklamówkę, do której zapakował kilka najpotrzebniejszych rzeczy i kartkę z adresem Janiny B. Po ponad czterech latach spędzonych w zakładzie karnym w Goleniowie znów był wolny.

Słowa, które bolą

Uliczny gwar i hałas jeżdżących samochodów wprawiały go w dziwny nastrój. Wszystko wydawało mu się tak piękne. Nie wiedział, dokąd ma się udać. W końcu postanowił, że wróci do rodzinnego domu w Puławach. Zdawał sobie sprawę z tego, że nikt tam na niego nie czeka i pewnie matka z ojcem nie będą kryć wściekłości, kiedy go zobaczą, ale nie miał gdzie się podziać.

Powoli ruszył w kierunku dworca kolejowego. Za pieniądze, jakie dostał przed wyjściem na wolność od wychowawcy więziennego, kupił bilet i wsiadł do pociągu. Rozsiadł się wygodnie w ostatnim przedziale trzeciego wagonu i przymknął oczy. Zastanawiał się, jak dalej pokierować swoim życiem. Pragnął wrócić do domu, znaleźć pracę, ustatkować się, odnaleźć syna. W końcu skończył już 35 lat, no i ponad 15 przesiedział w zakładach karnych. Była jednak sprawa, która nie dawała mu spokoju. Wciąż myślał o słowach, jakie usłyszał od pracującej w zakładzie karnym Janiny B.: "Odwal się ode mnie, jesteś zerem, nic niewartą ciotą, wiesz?". Mimo iż od czasu odsiadki jej nie widział, pamiętał, że poprzysiągł kobiecie zemstę. Nawet nie wie, z kim zadarła - pomyślał Antoni.

Reklama

Parszywe życie kryminalisty

Antoni Kurzwicki urodził się 13 czerwca 1948 roku w Puławach jako czwarty syn Jana i Marianny. Pochodził z robotniczej rodziny, w dzieciństwie nie sprawiał większych problemów wychowawczych. Był raczej dobrym uczniem. Po szkole podstawowej uczęszczał do zawodówki, którą skończył z wynikami dostatecznymi i tytułem wykwalifikowanego obuwnika przemysłowego. Jednak potem zaczęły się kłopoty.

Jak wynika z jego akt osobowych, w tym czasie sprzyjał ze światkiem przestępczym. Wtedy też pierwszy raz sięgnął po alkohol, który później stał się nieodłącznym towarzyszem jego, jak sam określał, parszywego życia. Zaraz po uzyskaniu pełnoletności wraz z dwoma kolegami napadł na sklep, za co w grudniu 1966 roku skazano go na cztery lata więzienia. Po wyjściu na wolność, w lutym 1970 roku, związał się z młodszą od siebie o trzy lata Karoliną F. Po niespełna roku urodził się im syn Marek. Kurzwicki nie cieszył się długo rolą ojca, bo już pod koniec 1971 roku ponownie go aresztowano pod zarzutem włamania się do sklepu. Tym razem sąd wymierzył mu karę pięciu lat pozbawienia wolności. Wyrok odsiadywał w więzieniu w Chełmnie.

Znudzona życiem matki

Początkowo Karolina odwiedzała go razem z maluchem, jednak już po roku takie małżeństwo na odległość ją znudziło, podobnie jak bycie matką, dlatego bez żadnych skrupułów porzuciła swego synka w jednym z sierocińców i zrzekła się praw rodzicielskich. Marek dorastał w domu dziecka.

W listopadzie 1976 roku Antoni wyszedł na wolność i wrócił do Puław. Nawet przez myśl mu nie przeszło, aby odwiedzić syna, nie interesował go los własnego dziecka. Ważniejsze okazało się odnowienie kontaktów ze starymi kumplami. Wolnością cieszył się zaledwie pół roku, już w kwietniu 1977 został skazany na rok i sześć miesięcy więzienia za rozbój. Zwolniono go rankiem 22 października 1977, a wieczorem ponownie został zatrzymany.

Tym razem Kurzwickiego skazano na karę pięciu lat pozbawienia wolności za gwałt na nieletniej Marzenie K. Dwa ostanie wyroki odsiadywał w zakładzie karnym dla mężczyzn recydywistów w Goleniowie, wyszedł stamtąd w 1982 roku, zwolniony za dobre sprawowanie, po odbyciu dwóch trzecich z orzeczonej kary.

Próba normalności

Pociąg zatrzymał się na stacji w Puławach. Kurzwicki wysiadł i ruszył w kierunku swojego domu. Gdy dotarł na miejsce, drzwi otworzyła mu matka. Kobieta nie odezwała się, stała nieruchomo i patrzyła na niego. Po chwili spuściła głowę i wycofała się w głąb mieszkania. Antoni wszedł do środka, rozejrzał się niepewnie.

- A ojciec gdzie jest? - spytał matkę.

- Nie żyje - odparła. - Zawał.

Mężczyzna poszedł do swojego pokoju i położył się na łóżku. Był w tej chwili zbyt zmęczony na jakiekolwiek rozmowy. Pogadam z nią jutro - postanowił i zasnął. Nazajutrz wczesnym rankiem, zanim jeszcze matka zdążyła się obudzić, wyszedł z domu. Wrócił około południa. W ręce trzymał kwiatek.

- Mamo, przepraszam cię za wszystko, teraz będzie inaczej, zobaczysz - powiedział.

- Już nieraz obiecywałeś. Jak mogłeś skrzywdzić to dziecko, myśmy cię tak nie wychowali - kobieta patrzyła na niego surowo.

- Ja naprawdę tego nie zrobiłem. Nie mógłbym skrzywdzić tej małej. Przecież sam jestem ojcem - starał się usprawiedliwić.

- Twój syn poszedł na poniewierkę, a ty mówisz, że jesteś ojcem! - Marianna nie kryła oburzenia.

- Mamo, weźmiemy Mareczka do siebie, wychowam go - obiecał. - W więzieniu zrobiłem kurs na palacza centralnego ogrzewania, byłem dziś u kierownictwa PKS i dostałem robotę, będzie dobrze.

Kobieta dopiero w tym momencie odważyła spojrzeć się w oczy swemu synowi, który już wielokrotnie obiecywał jej poprawę i za każdym razem zawodził. Może naprawdę się zmienił - pomyślała.

Słowa były prawdziwe. Jest zerem

Kolejne miesiące były spokojne. Antoni zgodnie z obietnicą zachowywał się bez zarzutu. Wychodził rankiem do pracy, a wracając z niej, robił zakupy, aby odciążyć schorowaną staruszkę. Wieczory spędzał w domu. Starał się też o widzenia z synem. Jednak nie było to takie proste, gdyż sąd odebrał recydywiście prawa rodzicielskie. Ponadto nie wierzono w jego nagłą przemianę, wobec czego postanowiono chronić przed nim dziecko.

Kurzwicki, człowiek o słabej psychice, kolejną odmowę kontaktu z Markiem przyjął bardzo źle. Miał nadzieję, że chociaż na święta Bożego Narodzenia uda mu się zabrać syna do domu. Kiedy okazało się to niemożliwe, załamał się. Swoje niepowodzenia i smutki zaczął topić w alkoholu. Parokrotnie zdarzyło mu się przyjść "wypitym" do pracy. Gdy któregoś dnia opuścił zakład bez powiadomienia kogokolwiek, kierownik podjął decyzję o jego dyscyplinarnym zwolnieniu. Kurzwicki przyjął tę wiadomość dość spokojnie. Już wiedział, że życie na wolności nie jest łatwe, nie umiał się w tym wszystkim odnaleźć. Dotarło do niego, że słowa Janiny B. były prawdziwe. Ona miała rację, jestem zerem - pomyślał z żalem.

Czekał na nią z różami

Nad ranem 11 stycznia 1983 roku Kurzwicki wyszedł niepostrzeżenie z domu. Nie chciał obudzić matki, która pewnie marudziłaby, że dzień wcześniej wrócił do domu pijany. Poszedł prosto na dworzec, skąd odjechał pociągiem do Szczecina. Celem jego podróży była zemsta na Janinie B. za to, że go wtedy w więzieniu znieważyła. Recydywista długo w głowie układał plan rozprawienia się z tą "wredną suką".

Do Szczecina dotarł w godzinach popołudniowych, po czym ruszył w kierunku ulicy Jagiellońskiej, gdzie mieszkała Janina B. Po drodze kupił bukiet dwudziestu krwistoczerwonych róż i dwie półlitrówki wódki. Na miejscu okazało się, że kobiety nie ma w domu. Nie zniechęciło go to jednak i postanowił poczekać.

Janina B. miała 26 lat i od urodzenia mieszkała w Szczecinie. Wychowywała pięcioletniego syna - Damiana. Od czterech lat była pracownikiem cywilnym w zakładzie karnym w Goleniowie. To właśnie tam poznał ją Kurzwicki. Pewnego dnia między tą dwójką doszło do kłótni, w trakcie której nazwał kobietę kurwą, a ona nazwała go cwelem, co w języku podkultury więziennej jest bardzo obraźliwe.

Zaprosiła go do mieszkania

Tego dnia Janina B. po pracy poszła jak zwykle odebrać synka od swojej matki. Wracając do domu zauważyła, że nieopodal bramy stoi były więzień - Kurzwicki. Skrzywiła się kwaśno. Przy ostatnim spotkaniu wyraźnie dała mu do zrozumienia, że nie chce mieć z nim nic wspólnego. Już w więzieniu podrywał ją w chamski sposób i często mówił, że wpadła mu w oko.

- Co tu robisz? - zapytała.

- Cześć, chciałem cię zobaczyć - odparł Antoni. - To dla ciebie - podał jej piękny bukiet kwiatów. - Przyjechałem, żeby cię za wszystko przeprosić. Czekam tu już od czterech godzin.

- To może wejdziesz do środka? Napijemy się kawy - zaproponowała Janina.

- Z chęcią. A ten mały to twój syn?

Kobieta potwierdziła i cała trójka udała się do mieszkania Janiny B. Gospodyni poprosiła Antoniego, aby usiadł w pokoju i poczekał, sama poszła do kuchni. Po paru minutach wróciła z kawą i ciastkami. Mały Damian w tym czasie rozłożył zabawki na dywanie i bawił się klockami. Antoni zaczął opowiadać o swoim życiu. Powiedział, że się zmienił, mieszka z matką, pracuje (nie przyznał się, że został zwolniony) i próbuje odzyskać syna. Janina nie mogła uwierzyć w tę nagłą przemianę Kurzwickiego. Po wypiciu kawy mężczyzna poprosił, aby przyniosła dwa kieliszki i jakąś popitkę.

Rzucił dzieckiem o podłogę

Czas upływał w miłej atmosferze, a humor coraz bardziej im dopisywał. W pewnym momencie Antoni spojrzał na Janinę i zapytał:

- Pamiętasz jeszcze, co mi powiedziałaś w więzieniu? Nadal uważasz, że jestem nikim?

- Daj spokój, wiesz, co miałam na myśli - odparła.

- Wiem! Że jestem zerem.

- Chodziło mi o to, że nie mogę z kimś takim jak ty się związać. Wychowuję małe dziecko. Potrzebuję człowieka odpowiedzialnego, który zapewni nam jakieś godne warunki, a ty przesiedziałeś tyle lat, wątpię, czy kiedykolwiek się zmienisz - mówiła spokojnie Janina.

- Że niby jestem do niczego, tak?! - krzyknął.

Damianek podniósł główkę i spojrzał na matkę, po czym podbiegł do niej i mocno się przytulił.

- Nie krzycz, w pokoju jest dziecko - upomniała go.

- Tak? A w chlaniu wódki to ci dziecko nie przeszkadza? - zapytał.

- Chyba powinienieś już sobie pójść - odparła.

- Nigdzie nie pójdę! - krzyknął i wstał.

Kobieta wystraszyła się, odruchowo mocniej przytuliła do siebie Damiana, który zaczął płakać. Antoni podszedł do niej, jednym ruchem odciągnął od niej dziecko i pchnął je na ziemię. Malec rozbeczał się.

- Stul pysk! - ryknął do niego Kurzwicki, po czym zwrócił się do Janiny. - A ty siedź cicho, bo pożałujesz.

Gwałcił i dusił ją

Podszedł do kobiety i chwycił ją za włosy, aż jęknęła. Rozjuszyło to Antoniego i z całej siły uderzył swą ofiarę kilkakrotnie pięścią w twarz. Początkowo Janina błagała o litość, próbowała się bronić, jednak kiedy mężczyzna ukląkł na jej klatce piersiowej i zaczął podskakiwać, poddała się. Czuła, że traci oddech. Spojrzała jeszcze w stronę synka, który przerażonymi oczyma obserwował, co się dzieje. Wiedziała, że nie jest w stanie ochronić Damiana. Malec w pewnym momencie wstał, podbiegł do oprawcy i malutką rączką uderzył go w plecy.

- Niech pan zostawi moją mamusię! - krzyknął.

- Cholerny bachor - zaklął pod nosem Antoni.

Chwycił małego i cisnął go za tapczan. Dziecko uderzyło główką o ścianę i straciło przytomność. Mężczyzna ponownie rzucił się na Janinę. Wziął się do rozbierania osłabionej i pobitej kobiety. Kiedy była już na wpół naga, zawiązał na jej szyi rajstopy i zaczął ją gwałcić, przyduszając przy tym. Gdy skończył, ponownie ukląkł na jej klatce piersiowej i zadzierzgnął dodatkowo na szyi bandaż. Z satysfakcją spojrzał na nagie nogi ofiary, które zaczęły drgać w przedśmiertnych skurczach. Kobieta próbowała ostatkiem sił nabrać powietrza w płuca, jej twarz stawała się coraz bardziej purpurowa. Czuła, że to już koniec, z oczu pociekły jej łzy...

Zatarł ślady zbrodni

Kilka minut później nie żyła. Antoni wstał i poszedł do łazienki umyć się. Po chwili wrócił do pokoju, usiadł w fotelu i zapalił papierosa.

Cholera, jeszcze ten gówniarz został - pomyślał.

Kurzwicki dopił resztę wódki i zaczął sprzątać, aby zatrzeć ślady libacji. Kiedy pomył wszystkie naczynia, podszedł do Damiana. Dziecko leżało za tapczanem, odzyskało przytomność i przerażone patrzyło na zabójcę swojej matki. Mężczyzna podniósł je i położył na łóżku. Do ust malca wsadził jakąś szmatę, a ręce i nogi związał bandażami. Potem podszedł do martwej Janiny, rozciął pętlę na jej szyi i zaczął jej robić sztuczne oddychanie. Nic to jednak nie dało.

Udał się do kuchni, chwycił ścierkę, którą zmył ślady krwi z podłogi. Następnie na piersiach nieżyjącej już Janiny B. napisał długopisem: Za zdradę kapuś czerwony KPN 18.12.1982.

Odkręcił gaz

Do torby podróżnej zapakował znalezione w mieszkaniu "fanty": dwie pary spodni, półbuty męskie, dwie pary kozaczków dziecięcych, słoik kawy, kilka taśm magnetofonowych, radio tranzystorowe marki Mariola, neseser, sześć szklanych kloszy, kilkanaście paczek papierosów oraz 500 złotych w gotówce. Na koniec zajrzał do łazienki, gdzie zapalił bojler, po czym otworzył na pełen przepływ wszystkie palniki kuchenki gazowej, zabrał torbę z zagrabionymi rzeczami i wyszedł. Drzwi zamknął na klucz, a dziurkę w zamku zatkał bandażem. Poszedł na dworzec i najbliższym pociągiem odjechał do Puław.

Około godziny piątej nad ranem jeden z sąsiadów Janiny B. wyszedł z psem. Na klatce poczuł woń gazu. Przechodząc obok mieszkania nr 4 stwierdził, że najintensywniej zapach dochodzi właśnie stamtąd. Szybko wrócił do siebie i zadzwonił na pogotowie i milicję. Po około piętnastu minutach pod kamienicę przy ul. Jagiellońskiej podjechał radiowóz, karetka pogotowia oraz straż pożarna. Milicjanci znaleźli w mieszkaniu nagie zakrwawione zwłoki Janiny B., a tuż obok na łóżku związanego nieprzytomnego Damiana.

Lekarze natychmiast udzielili pierwszej pomocy dziecku i przewieźli je do szpitala. Dzięki szybkiej interwencji medycznej chłopczyk przeżył.

Funkcjonariusze milicji rozpoczęli dochodzenie. Przesłuchano sąsiadów, jednak nikt nie widział, aby tego dnia ktoś odwiedzał Janinę B. Śledczy szukali jakiegoś punktu zaczepienia. Czekało ich żmudne tropienie sprawcy tego okrutnego mordu.

Czuł rosnące podniecenie

Kurzwicki wrócił do Puław 12 stycznia około godziny dziesiątej. W domu czekała na niego zdenerwowana matka. Mężczyzna powiedział jej, że stracił pracę.

- Wyszedłem wczoraj rano szukać innej roboty i spotkałem kumpla, zaproponował mi jednonocną fuchę. Musiałem budowy popilnować, dlatego dopiero dziś wróciłem - wyjaśniał. Na dowód prawdziwości swych słów pokazał matce zakupy, jakie zrobił za rzekomo zarobione pieniądze.

Mimo usilnych starań Antoniemu nie udawało się znaleźć nowej pracy. Pewnego wieczoru wracał ze spotkania z kolegą. Nieco sobie wypił. Czuł rosnące podniecenie, które postanowił natychmiast rozładować. W domu chwycił nóż kuchenny i wyszedł na ulicę.

Zaledwie 200 metrów od swojej kamienicy spostrzegł wracającą z pracy 25-letnią Martę Z. Dochodziła dziewiętnasta, na dworze było już ciemno. Antoni zbliżył się do kobiety, wyciągnął nóż i powiedział: - Bądź cicho, to nic ci się nie stanie!

Zgwałcił 12-latkę

Wepchnął ją w krzaki, zdarł z niej ubranie i brutalnie zgwałcił. Po wszystkim spokojnie się ubrał i odszedł, pozostawiając swą ofiarę w zaroślach. Kilka dni później, 11 lutego, wracał z zakupów i zobaczył przed swoją kamienicą 12-letnią Natalię P. Podszedł do dziewczynki i siłą zaciągnął ją do piwnicy. Tam najpierw pobił dziecko, a następnie kilkakrotnie brutalnie je zgwałcił. Nieprzytomną Natalię znalazł jeden z sąsiadów Antoniego. Dziewczyna miała złamany nos, złamane cztery palce lewej ręki oraz wiele ran tłuczonych głowy, a także krwiaki na prawym policzku. Dokładne badania wykazały, że wskutek gwałtu u dziecka doszło do krwotoku wewnętrznego.

Mieszkańcy Puław byli przerażeni - w ciągu zaledwie kilkunastu dni doszło do dwóch brutalnych gwałtów, w tym jednego na dziecku. Podejrzenia sąsiadów od razu padły na Kurzwickiego.

Zaszyty w melinie

Przestępca zdawał sobie sprawę z tego, że jego dni na wolności są już policzone. Wiedział, że dziecko i kobieta, które zgwałcił, rozpoznają go bez trudu. Postanowił się ukryć na melinie u jednego ze swoich kolegów.

W tym samym czasie milicja w Szczecinie wydała nakaz aresztowania Antoniego Kurzwickiego pod zarzutem zabójstwa Janiny B. i usiłowania zabójstwa jej 5-letniego syna Damiana. W trakcie śledztwa przesłuchano współpracowników ofiary, którzy opowiedzieli o jej konflikcie z byłym więźniem. Dodatkowo zasugerowano, aby przesłuchać Jana G., odsiadującego wyrok za zabójstwo, który spędził z podejrzanym dwa lata w jednej celi. Więzień potwierdził, że Antoni miał zamiar zemścić się na kobiecie za to, że nazwała go "ciotą" przy kumplach. Znał jej adres, gdyż w zakładzie karnym pracował przy listach. Chwalił się nawet głośno, że spisał go sobie i, jak tylko wyjdzie na wolność, rozprawi się z tym "wstrętnym babskiem".

Otwierać, milicja!

Milicja przez trzy dni bezskutecznie poszukiwała podejrzanego. Jego matka nie umiała powiedzieć, gdzie może się ukrywać. Milicjanci patrolowali ulice w rejonie zamieszkania recydywisty, przetrząsali okoliczne meliny i inne potencjalne kryjówki, przesłuchiwali jego kolegów. Nikt nic nie wiedział.

W końcu poszukiwanego przestępcę zgubił brak elementarnej ostrożności. 16 lutego około 13.30 Antoni przyszedł do mieszkania matki, aby zabrać kilka najpotrzebniejszych rzeczy. Postanowił wyjechać z miasta, gdyż już doszły go słuchy, że jest poszukiwany. Nie zdawał sobie sprawy z tego, że jego kamienica została objęta ciągłym nadzorem i obserwują ją wywiadowcy. Kilka minut po 14 w mieszkaniu rozległo się głośne pukanie.

- Otwierać, milicja! - usłyszał głos zza drzwi.

Nie próbował żadnych sztuczek i bez oporu wpuścił funkcjonariuszy do środka. Pół godziny później został przewieziony do budynku Prokuratury Rejonowej w Puławach, a następnie, po wstępnym przesłuchaniu, do aresztu śledczego w Szczecinie.

Był brutalny i bardzo niebezpieczny

Antoni już w trakcie pierwszego przesłuchania przyznał się do zabicia Janiny B., oraz gwałtów na Marcie Z. i Natalii P. Wyparł się natomiast próby zabicia pięcioletniego Damiana B.

- Zapaliłem bojler oraz włączyłem palniki, bo nie chciałem, aby ten mały zmarzł. Z tych nerwów zapomniałem zapalić ogień w kuchni. Chciałem, żeby było mu ciepło, przecież był styczeń, zima - tłumaczył.

W trakcie przebywania w areszcie śledczym podejrzany sprawiał duże problemy wychowawcze. Dopuścił się w sumie 17 samookaleczeń. Został 42 razy ukarany dyscyplinarnie. Często w sposób wulgarny odnosił się do służby więziennej, a także atakował kolegów. W związku z takim postępowaniem wychowawca Bartłomiej F. poprosił władze zakładu o zaliczenie aresztowanego do więźniów wyjątkowo brutalnych, czyli tzw. niebezpiecznych.

W notatce służbowej sporządzonej przez niego czytamy: Antoni Kurzwicki to osoba bardzo brutalna i nieobliczalna. Dopuścił się morderstwa, próby morderstwa oraz dwóch gwałtów. W środowisku więziennym nie rokuje nadziei na resocjalizację. Jest osobą bez uczuć, chamską i arogancką. Jest zdolny dokonać ucieczki w każdym momencie (...). Proszę o zaliczenie podejrzanego jako więźnia niebezpiecznego.

W związku z dziwnym zachowaniem Kurzwickiego (samookaleczenia, wznoszenie okrzyków politycznych) poddano go badaniom psychiatrycznym. Biegli nie stwierdzili u niego ani niedorozwoju umysłowego, ani choroby psychicznej. W trakcie śledztwa ustalono również, iż podejrzany z pełną świadomością zbierał informacje dotyczące Janiny B. i planował na niej zemstę.

Zadziwiające wyznanie

Pod koniec października 1983 roku do Sądu Wojewódzkiego w Szczecinie wpłynął akt oskarżenia przeciwko Antoniemu Kurzwickiemu. Prokuratura zarzucała mu zabójstwo ze szczególnym okrucieństwem Janiny B., próbę zabójstwa i pobicie 5-letniego Damiana B., kradzież na szkodę Janiny B., a także dwa brutalne gwałty, w tym jeden na osobie nieletniej.

8 listopada 1983 roku doszło do pierwszej rozprawy, na której oskarżony przyznał się do wszystkich zarzucanych mu czynów. W kolejnym dniu złożyli zeznania sąsiedzi Antoniego, którzy nie kryli swojej niechęci do oskarżonego. Ofiary gwałtów jednoznacznie wskazały Kurzwickiego jako swojego oprawcę.

Na ostatniej rozprawie zabrał ponownie głos oskarżony. Jego słowa były dość kontrowersyjne i wywołały zdziwienie na sali sądowej. Kurzwicki zwracając się do sędziego Marka P. powiedział:

- Nie rozumiem waszego postępowania, prawo jest do niczego, ono chroni takich jak ja. Kradłem, dopuściłem się rozboju, miałem problemy z alkoholem, porzuciłem dziecko. Z 35 lat życia 15 spędziłem za kratkami. Ostatni mój wyrok był za gwałt na nieletniej. I nikt z was nie zauważył, że nie jestem zdrowym człowiekiem? Nie powinienem funkcjonować normalnie wśród społeczeństwa. Dlaczego zamiast wysłać mnie na leczenie, woleliście wypuścić mnie na wolność przed terminem końca wyroku? Potrzebowaliście takiej tragedii, śmierci kobiety, aby w końcu stwierdzić, że jest ze mną coś nie tak. Jeszcze raz spytam, dlaczego tak zwlekaliście?

Sąd nie miał wątpliwości

13 grudnia 1983 roku w Sądzie Wojewódzkim w II Wydziale Karnym w Szczecinie zapadł wobec Antoniego Kurzwickiego wyrok skazujący. Oskarżonemu wymierzono karę śmierci oraz utraty praw publicznych. Uzasadniając swoją decyzję, sędzia powiedział: "Sąd nie ma wątpliwości co do tego, że zabójstwo Janiny B. było zaplanowane. Oskarżony postanowił dokonać zemsty za zniewagę. Sposób, w jaki odezwała się do niego Janina B., był obraźliwy w rozumieniu tzw. subkultury więziennej. Jak silnie oskarżony przyjął jej zasady, świadczy mozaika ponad 100 tatuaży na jego ciele zrobionych w zakładzie karnym, a także fakt, iż zemsta na Janinie B. swą genezę miała właśnie w aspekcie tej podkultury. Jednocześnie sąd nie ma wątpliwości co do tego, że oskarżony próbował zabić 5-letniego Damiana B. Opinia biegłego z zakresu gazownictwa wskazuje, iż czas ulatniania gazu w mieszkaniu wynosił około trzech godzin, a stężenie wybuchowe następuje po około pięciu godzinach, śmierć dziecka nastąpiłaby po tym czasie. Stan dziecka w szpitalu określono jako dość ciężki. Stwierdzić więc trzeba, że zamiarem oskarżonego była śmierć Damiana B., do której nie doszło tylko dzięki szybkiej pomocy".

Sędzia zwrócił również uwagę na wyjątkowo brutalne zachowanie skazanego: "Podkreślić także należy charakter zbrodni, okrucieństwo i bezwzględność oskarżonego w jej realizacji, nieliczenie się z żadnymi normami moralnymi i podporządkowanie swych przemyślanych działań wykonaniu zamierzonych celów, mających u podstawy wyłącznie swoje przestępcze racje. Oceny te podkreśla szczególnie odrażający charakter zbrodni przeciwko małemu kilkuletniemu dziecku po wcześniejszym znęcaniu się nad jego matką na jego oczach. Skrucha i żal oskarżonego nie znalazły potwierdzenia w jego postępowaniu. Na nieszczerość wskazuje fakt dokonania w kilkanaście dni po zbrodni w Szczecinie dwóch brutalnych zgwałceń, w tym 12-letniej dziewczynki. Wszystkie fakty utwierdzają sąd w przekonaniu o słuszności wyroku. Stąd też decyzja o wymierzeniu kary eliminacyjnej".

Kara mogła być tylko jedna

Oskarżony ze spokojem przyjął wyrok.

Obrońca Antoniego Kurzwickiego, Witold G., złożył rewizję od wyroku, jaki zapadł w sprawie jego klienta. 20 marca 1984 roku Sąd Najwyższy w Warszawie utrzymał orzeczenie sądu pierwszej instancji. Skazany do maja 1984 roku przebywał w areszcie śledczym w Szczecinie. Decyzją sądu szczecińskiego 4 czerwca przetransportowany został do aresztu śledczego przy ul. Młyńskiej w Poznaniu, gdzie 10 czerwca 1984 roku miał zostać wykonany wyrok śmierci.

Bez prawa łaski

Skazany, jak wynika z jego akt, do końca spodziewał się, że Rada Państwa skorzysta z prawa łaski wobec niego. 8 czerwca 1984 roku dostał odpowiedź odmowną. 10 czerwca 1984 roku o godzinie 16.50 wyprowadzono Antoniego Kurzwickiego z celi nr 100 w areszcie śledczym w Poznaniu. W ostatniej woli wyraził chęć zapalenia papierosa. Równo o 17.00 kat wykonał wyrok śmierci przez powieszenie. O 17.20 lekarz stwierdził zgon. Przy egzekucji nie był obecny nawet adwokat skazańca.

Antoni Kurzwicki został pochowany na cmentarzu komunalnym nr 2 na Junikowie w Poznaniu. Jego grób, podobnie jak groby innych morderców skazanych na karę śmierci w tym mieście, znajduje się tam do dziś.

Kinga Przyborowska

Niektóre nazwiska oraz okoliczności zostały zmienione

Śledztwo
Dowiedz się więcej na temat: zabójstwo | ślady | goleniów | Poznań | milicja | Puławy | matka | wolność | mieszkanie | oskarżeni | wyrok | Szczecin | dziecko

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy