Reklama

Biurwy, mewki, arabeski - prostytucja w czasach PRL

W okresie PRL-u prostytucja stanowiła temat tabu, choć istniała. Nieoficjalnie nierządem trudniły się dziesiątki tysięcy kobiet.

W socjalistycznej Polsce nie było miejsca na prostytucję. Takie zjawisko oficjalnie po prostu nie istniało. "Nierząd to wyzysk kobiet!"- wieścili komunistyczni włodarze narodu. Jednak wbrew pozorom "królowe nocy" nie musiały pracować w głębokiej konspiracji.

Towarzysze wprowadzający nowe porządki w kraju nad Wisłą przekonywali, że prostytucja świadczy o moralnym upadku Zachodu. Tamtejsze domy publiczne czy kluby ze striptizem miały dowodzić, iż kapitaliści zezwalają na wykorzystywanie kobiet i czerpią z tego brudne zyski. W socjalizmie - gdzie wszyscy są równi, każdy ma pracę, a ludzie żyją w dostatku - tego rodzaju proceder był niedopuszczalny.

Reklama

Jednak rzeczywistość mocno różniła się od oficjalnych sloganów. Wystarczyło po zmroku przespacerować się po którymkolwiek większym mieście, aby zobaczyć, że Polska Ludowa nie jest wolna od kobiet lekkich obyczajów. Stały na ulicach, czekały na klientów w zaułkach i bramach.

W Warszawie, pośród zgliszczy i ruin, co rusz można było natknąć się na dziewczęta i dojrzałe niewiasty, które za parę groszy, butelkę najtańszego alkoholu czy choćby odrobinę jedzenia oferowały swoje wdzięki (często nie miały wyboru, tuż po wojnie wielu ludzi po prostu przymierało głodem). Intymne spotkania odbywały się na gruzowiskach, dlatego warszawiacy zwykli nazywać kobiety handlujące własnym ciałem "gruzinkami".

Zwalczanie prostytucji nie było priorytetem socjalistycznej władzy. Mimo szumnych deklaracji przez cały okres PRL-u do Kodeksu karnego nie wprowadzono nawet paragrafu zakazującego nierządu. Podejmowano jednak pewne inicjatywy, które miały uregulować ten niecny proceder. I tak do lat 50. każda ulicznica była zobowiązana do cyklicznych badań na obecność chorób wenerycznych. To właśnie na podstawie tych dokumentów urzędnicy szacowali, ile jest w Polsce prostytutek. Np. w 1949 roku płatną miłość miało uprawiać ponad 4 tys. kobiet.

Dane z początku następnej dekady wskazywały na tendencję spadkową, liczba panienek nie przekraczała 2 tys. Ale oficjalne komunikaty rozmijały się ze stanem faktycznym; w 1951 roku - tylko w kilku miastach wojewódzkich - za nierząd zostało zatrzymanych ponad 6 tys. kobiet! Niewykluczone, że w całym kraju pracowało wtedy nawet kilkadziesiąt tysięcy "kapłanek płatnej miłości". 

 Specjalistki w statystykach

Z czasem podjęto kolejne działania. W połowie lat 50. w każdym mieście wojewódzkim powstały specjalne grupy funkcjonariuszy Milicji Obywatelskiej, które zostały powołane do inwigilowania miejscowych środowisk cór Koryntu. Na podstawie informacji spływających z całego kraju sporządzono raport, który szczegółowo charakteryzował kobiety "z branży".

Ustalono, że co szósta prostytutka miała stałą pracę. Najczęściej poszukiwały klientów w pobliżu dworców kolejowych i autobusowych. Ponadto stwierdzono, że istnieje także inna charakterystyczna grupa kobiet świadczących miłość za pieniądze. Chodziło o kobiety polujące na mężczyzn w kawiarniach i w restauracjach. 

Informatorzy donosili, iż w większości były to młode dziewczyny, które często pochodziły z tzw. dobrych domów. Nie szły z każdym: wybierały zazwyczaj mężczyzn o stosunkowo wysokich dochodach, przeważnie właścicieli drobnych przedsiębiorstw prywatnych.

Z kolei w trzeciej grupie, tzn. kobiet oferujących wdzięki w zaułkach szemranych ulic, nie brakowało starszych matron. Amatorzy nocnych eskapad nierzadko natrafiali pośród nich na tak zwane "dziewiątki" (tym mianem nazywano prostytutki, których powab już dawno przeminął, więc - aby w ciemnościach ukryć niedostatki urody - wychodziły do pracy dopiero po 9 wieczorem). Statystyki wskazywały, że gros ulicznic było wdowami lub rozwódkami porzuconymi przez mężów; nierzadko na utrzymaniu miały kilkoro dzieci. 

Ciało za dewizy

Na przełomie lat 50. i 60. zaobserwowano nowe zjawisko. Otóż obok "pełnoetatowych" prostytutek pojawiło się sporo nowicjuszek, dla których płatna miłość stała się zajęciem dorywczym. Większość z nich była zatrudniona na co dzień na państwowych etatach, przede wszystkim wykonywały prace biurowe. Cóż, tego rodzaju profesja nie przynosiła kokosów, dlatego do skromnej urzędniczej pensji tzw. biurwy po godzinach dorabiały "zajęciami dodatkowymi".

Na początku lat 60. w półświatku płatnej miłości doszło do niemal rewolucyjnych zmian. Stało się to możliwe po nawiązaniu przez władze współpracy z Zachodem, co wynikało z wyższej konieczności: gospodarka PRL-u znalazła się w opłakanym stanie. Ratunkiem miały być m.in. nowe technologie produkcji, handel z krajami kapitalistycznymi oraz turystyka. Rozwój socjalistycznego państwa w dużej mierze był uzależniony od napływu "dewiz", bowiem dla partnerów biznesowych z państw kapitalistycznych złotówki nie miały żadnej wartości. Liczyły się dolary, których w kraju nad Wisłą nieustannie brakowało.

Decyzją politycznej wierchuszki ułatwiono wjazd do Polski niektórym obywatelom świata Zachodu. W PRL-u brakowało specjalistów, którzy mieliby wystarczające umiejętności, aby wdrożyć technologie niezbędne do realizacji nowoczesnych inwestycji. Z tego powodu proponowano pracę fachowcom zza żelaznej kurtyny. Zagraniczni inżynierowie mieli m.in. zaprojektować rozbudowę przemysłu naftowego i wznieść zakłady azotowe. Ponadto rozwijano eksport i import. Jednym z największych rodzimych centrów handlu każdego roku stawała się stolica Wielkopolski; podczas dorocznych Międzynarodowych Targów Poznańskich do miasta przybywały tłumy cudzoziemców.

Goście z Zachodu (w zdecydowanej większości mężczyźni) mieli portfele wypchane twardą walutą - dolarami i zachodnioniemieckimi markami. I to właśnie oni stali się głównym celem polskich specjalistek od płatnej miłości. "Opiekowały" się nimi tzw. "dewizówki", które w ten sposób zarabiały w walutach obcych. Jednak nowa klientela wymagała dodatkowych kwalifikacji. Obok oczywistej zręczności w ars amandi prostytutki musiały wykazać się znajomością języków obcych - przynajmniej w podstawowym stopniu. Urodziwe poliglotki, często absolwentki wyższych uczelni, należały do ekstraklasy PRL-owskich "nocnych motylków". 

To właśnie one, jak na polskie warunki, zarabiały kolosalne pieniądze, dzięki dysproporcjom w kursach dolarów i zachodnioniemieckich marek, korzystnie wymienianych na złotówki. Różnice między kursem oficjalnym, narzuconym przez władze, a stawkami oferowanymi przez cinkciarzy były ogromne.

Profesja "dewizówki" stała się jednym z najlepiej opłacanych zawodów w socjalistycznej Polsce. Zarobione na nierządzie 10 dolców, które opchnęło się cinkciarzowi, po przeliczeniu stanowiło równowartość średniej miesięcznej krajowej pensji. Wystarczyły tylko cztery spotkania tête-à-ête, by prostytutka co miesiąc wyciągała tyle, co dyrektor dużego przedsiębiorstwa. Już po kilku latach pracy "w zawodzie" mogła kupić sobie mieszkanie.

W latach 70. stawka za noc wynosiła od 20 do 50 dolarów. Kiedy w tym czasie na gdańskim Wrzeszczu wybudowano wieżowiec, w którym za mieszkania można było zapłacić wyłącznie twardą walutą (stąd zresztą jego potoczna nazwa - "Dolarowiec"), okazało się, że niemało lokali wykupiły właśnie "dewizówki". Posiadały odpowiednie fundusze, by uiścić zapłatę w zielonych. Podobnie zresztą działo się w Warszawie, gdzie na tych samych zasadach można było kupić lokum w wysokościowcu w pobliżu amerykańskiej ambasady przy Alejach Ujazdowskich. Tam również wiele lokatorek kupiło mieszkania dzięki zarobkom z prostytucji.

Do polski, bo... tanio

Dochody najlepszych specjalistek od nierządu musiały działać na wyobraźnię. Coraz więcej kobiet nie potrafiło oprzeć się pokusie zostania "dewizówką". Obrazuje to wzrost liczby prostytutek, jaki zaobserwowano po otwarciu granic dla cudzoziemców. Na początku lat 60. oficjalnie zarejestrowano ich 7 tys., pod koniec dekady - już o 2 tys. więcej.

Rozkwit prostytucji w Polsce w latach 60. miał jeszcze jedną przyczynę: władze Bloku Wschodniego nawiązały w tym czasie polityczną i gospodarczą współpracę z państwami arabskimi. Obywatele krajów Bliskiego Wschodu praktycznie bez żadnych przeszkód mogli przekraczać zarówno granice Polski, jak i pozostałych krajów socjalistycznych. W ten sposób zaczęła się rozwijać seksturystyka; arabscy fachowcy, którzy pracowali na kontraktach w zachodnich Niemczech, otrzymywali wypłatę w twardej walucie.

Ponieważ w RFN za "numerek" musieli zapłacić ponad 40 dolarów, a w Polsce za podobną usługę córy Koryntu żądały tylko 10, kraj nad Wisłą co weekend odwiedzali liczni przybysze o śniadej cerze. Kobiety specjalizujące się w zaspokajaniu ich zachcianek nazywano "arabeskami". Najczęściej można je było spotkać w pobliżu dworców kolejowych, bo arabscy amatorzy ziemskich rozkoszy skąpili na lotnicze podróże do Polski.

"Dewizówki" często łowiły obcokrajowców w miastach portowych oraz w miejscowościach położonych nad Bałtykiem. To właśnie tam z ich usług mogli skorzystać marynarze oraz turyści (szczególnie po otwarciu połączenia promowego między szwedzkim Ystad a Szczecinem). W ten oto sposób na początku lat 60. nad morzem narodziły się słynne "mewki". Z reguły można je było spotkać w restauracjach hotelowych. Jednak z czasem zaczęto tak nazywać prostytutki, które pracowały z dala od Wybrzeża. I tak już w latach 70. w całym kraju pojawiali się myśliwi, którzy pod osłoną nocy wyruszali "polować na mewki".

W czasach PRL-u nie brakowało także "tirówek" - tak nazywano kobiety umilające przerwy w długich podróżach kierowcom wielkich ciężarówek, którzy z Zachodu przez Polskę podążali z towarem na wschodnie rubieże kontynentu. Oczywiście nie były to "panny przydrożne", które dzisiaj tak licznie "strzegą" głównych dróg - aż tak oficjalnie prostytucja nie mogła być uprawiana. Znaleziono jednak na to sposób: na przelotowych trasach praktycznie każdy większy zajazd, w którym odpoczywali przewoźnicy, okupywało po kilka "dziewczynek".

Potrafiły się dostosowywać do popytu. Jeździły tam, gdzie było zapotrzebowanie na ich usługi, i to jeszcze przed "erą dewiz". O ilości kobiet lekkich obyczajów, które w latach 50. zaspokajały pragnienia tysięcy robotników - ściągniętych z całej Polski do budowy podkrakowskiej Nowej Huty - krążyły legendy. Kiedy w następnej dekadzie przy budowie rafinerii płockiej pojawiła się liczna grupa inżynierów z Zachodu, czekały już na nich całe zastępy niewiast gotowych do erotycznych posług. Z kolei w latach 70. na gościnne występy do Warszawy zjeżdżały prostytutki z całej Polski. Miało to związek z przybyciem do stolicy... Szwedów, którzy zostali zatrudnieni przy budowie hotelu Forum.

 Nie wszystkie "na traktory"

Wiele "dziewczynek" pochodziło ze wsi. Młode kobiety wyjeżdżały z prowincji do miasta na studia (nierzadko zdobywały nawet wyższe wykształcenie) lub - po prostu - w poszukiwaniu lepszego życia. Jednak niektórym prostytucja wydawała się najszybszą drogą do osiągnięcia sukcesu. Seks za dolary przynosił wysokie zarobki, po brzegi wypełniał szkatułki złotą biżuterią, a kupione w Peweksie ciuchy wzbudzały zazdrość.

Przecież na futra, zamszowe buty czy choćby dżinsy stać było wówczas jedynie nielicznych! A przeciętne "dewizówki" mogły sobie pozwolić także na inne luksusy: wizyty w salonach kosmetycznych, ekskluzywne perfumy, amerykańskie papierosy, wyszukane alkohole... O tym wszystkim większość obywateli Polski Ludowej mogła jedynie pomarzyć.

W latach 70. i 80. "dewizówki" rzadko stały na ulicach. Zazwyczaj siedziały w najdroższych lokalach, niespiesznie sączyły drinki i czekały na klientów, których kieszenie wypychały dolce. Były tylko dla wybranych: usługi oferowały wyłącznie w zamian za twardą walutę. Najmilej przyjmowały cudzoziemców z Zachodu, ale czyniły oczywiście pewne wyjątki, np. gdy trafił się polityk, dyrektor dużego przedsiębiorstwa albo znany artysta. Często miały również stałych klientów z półświatka: cinkciarzy, złodziei i przemytników.

Burdeli jak na lekarstwo

 Przybytki płatnej miłości działały w PRL-u jedynie sporadycznie (na szerszą skalę domy uciech pojawiły się w Polsce dopiero w drugiej połowie lat 80.), dlatego "dewizówki" przyjmowały klientów w swoich mieszkaniach lub w pokojach hotelowych. W kawiarniach, w których często bywali obcokrajowcy, zawsze znalazło się parę dziewcząt chętnych, by umilić cudzoziemcom pobyt z dala od domu. Kręciły się też po modnych lokalach, w których miały nadzieję ustrzelić bogatego klienta. W latach 60. triumfy święciła warszawska kawiarnia Europejska, mieszcząca się przy Krakowskim Przedmieściu. W następnej dekadzie towarzystwo przeniosło się do dyskoteki w hotelu Bristol. Z kolei w Krakowie najbardziej prestiżowym miejscem w tym czasie był hotel Cracovia.

Pieniądze i luksusy stanowiły jaśniejszą stronę życia dewizowych cór Koryntu. Jednak na kupno samochodu czy mieszkania mogła sobie pozwolić jedynie garstka ekskluzywnych prostytutek. Inne zdobywały klientów tylko sporadycznie. Zdarzało się, że całymi tygodniami nie miały pieniędzy nawet na śniadanie. W tym środowisku kasa rozchodziła się w błyskawicznym tempie. "Dewizówki" nieustannie ponosiły wydatki niejako wpisane w ich profesję. Część zarobków musiały oddać opiekunom; kiedy wchodziły do modnej dyskoteki, w której bawili się obcokrajowcy, musiały odpalić dolę bramkarzowi, barmanowi i szatniarzowi. Z kolei w hotelach na wynagrodzenie czekał portier. Także milicjanci oczekiwali odpowiednich profitów za przymykanie oczu na niecne występki.

Usługi dla milicji i SB-ków

Kobiety, które pracowały "w zawodzie", stawały się cennym źródłem informacji dla Milicji Obywatelskiej i Służby Bezpieczeństwa. Dzięki nim funkcjonariusze mieli wgląd w działalność półświatka. Żeby dotrzeć do poufnych informacji, z usług luksusowych prostytutek korzystali nawet pracownicy PRL-owskiego wywiadu. Nieraz zdarzało się, że agenci podstawiali upatrzonemu mężczyźnie urodziwą "dziewczynkę". Zdjęcia i nagrania z alkowy służyły później do "przekonania" amanta, aby rozpoczął współpracę z tajnymi służbami.

Szczególnie zagrożeni prowokacją byli chutliwi zagraniczni dyplomaci i inżynierowie. Wiele półek archiwów Instytutu Pamięci Narodowej mieści teczki zawierające opisy tajnych akcji, do których werbowano prostytutki. Część z nich zawiera także raporty dotyczące efektów pracy "dewizówek", które podczas solidarnościowych strajków z lat 80. inwigilowały zagranicznych dziennikarzy.

Póki znajdowały się na topie, duma i godność nie pozwalały im spojrzeć na szaraczków, którzy w portfelu mieli wyłącznie złotówki. Tacy klienci drugiej kategorii mogli co najwyżej skorzystać z usług zwykłych ulicznych dziwek. W każdym większym mieście wszyscy znali ulice, przy których nagminnie kręciły się "zwyczajne" prostytutki. W stolicy amatorzy płatnej miłości mogli je znaleźć m.in. przy Wilczej, Chłodnej, na Starym Mieście i przy Nowym Świecie. A także na tzw. Pigalaku przy ul. Poznańskiej. Tymczasem wiele z takich kobiet było dawnymi "dewizówkami", które z racji wieku przestały budzić zainteresowanie zachodnich bogaczy...

Dewizowe królowe życia żyły szybko i intensywnie. Jednak tylko nielicznym udało się odłożyć coś na emeryturę. Pozostałe na starość żyły w skrajnym ubóstwie.

Miłosz A. Gerlich

Źródła:

Marek Karpiński, Najstarszy zawód świata. Historia prostytucji, Iskry, Warszawa 2010;

Cezary Prasek, Życie towarzyskie w PRL. Zabawy. Kawiarnie. Festiwale, Bellona, Warszawa 2011.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy