Reklama

Kryzys wieku średniego? Przed nim dopadnie cię coś jeszcze

Zbliżając się do czwartego krzyżyka na karku nieuchronnie wpadamy w pułapkę kryzysu wieku średniego. Okazuje się jednak, że coraz częściej stajemy się ofiarami podobnego "schorzenia". I to w znacznie młodszym wieku.

QLC, czyli Quarter-Life Crisis, który moglibyśmy nazwać kryzysem wczesnej dorosłości, to problem, z którym zaczyna zmagać się coraz więcej dwudziestoparolatków. Spowodowany jest wkraczaniem w "poważne życie", w świat dorosłych. Młodzi najczęściej wpadają w jego sidła po ukończeniu studiów, kiedy lądują na rynku pracy w poszukiwaniu wymarzonej posady.

Ten burzliwy okres w życiu przedstawicieli pokolenia Y to nie tylko sfera pracy. Wokół zmienia się wszystko - to, jak spędzamy wolny czas, którego nie ma już tak wiele, zdające się zanikać i zmieniać kontakty towarzyskie oraz przede wszystkim my sami. To właśnie wtedy zaczynają spadać na nas obowiązki, jakich wcześniej nie mieliśmy, takie jak płacenie podatków, prowadzenie domu, być może także opieka nad dziećmi.

Reklama

To wtedy zaczynamy żyć w poważnych związkach, usamodzielniać się i próbować wyjść na swoje, czując jednocześnie presję bliższego i dalszego otoczenia. Tej ostatniej nie wszyscy wytrzymują, stąd właśnie kryzys psychiczny.

Nie chcę dorosnąć!

Psychologowie zajmujący się tym problemem zwracają uwagę na to, że młodym coraz częściej zaczyna doskwierać syndrom Piotrusia Pana. Objawia się on niechęcią do zmiany trybu życia i wzięcia na siebie odpowiedzialności. Osoby nim dotknięte chcą być wiecznie młode i pragną za wszelką cenę odwlec w czasie moment, kiedy staną się dorosłymi. To odpowiednik szaleństw - i to nie tylko zakupowych - na jakie pozwalają sobie czterdziestoletni mężczyźni.

To właśnie w wieku ok. 25 lat ludzie zaczynają częściej miewać myśli samobójcze oraz ciągoty do alkoholu, które wynikają nie tylko z dużej ilości stresu, na działanie którego są wystawieni, ale także z przeświadczenia o źle wykorzystanych latach życia bądź niespełnionych oczekiwaniach, jakie pokładali w nich najbliżsi. Psychologowie są zdania, że wszelkiego rodzaju dewiacje i dziwactwa ludzi młodych są rodzajem odpowiedzi,  a raczej formą "zakrzyczenia" wywieranej na nich presji.

Kryzys to nasza wina?

Nie tylko te czynniki wpływają na rosnącą frustrację wśród dwudziestoparolatków. Do kotła nerwów dorzuca swoje także styl życia, na jaki są oni skazani. Ciągłe życie w pośpiechu, pod dyktando komórki, e-maili i ciągłego kontaktu ze światem, jest męczące, a rezygnując z niego na dobrą sprawę dobrowolnie decydujemy się na wykluczenie społeczne.

Nie zapominajmy również o tym, że to, jak żyjemy, jest również zasługą pracy, jaką wykonujemy. To, czy musimy przystąpić do wyścigu szczurów, odbija się echem na innych sferach codzienności. Podobnie jak to, czy nasza posada jest względnie stała, i to, ile zarabiamy. Zwłaszcza ostatni element może prowadzić do szewskiej pasji i niezadowolenia z siebie.

Czy można temu jakoś zapobiec?

Nie można zmienić otaczającego nas świata, ale można wpłynąć na najbliższe środowisko i własne postrzeganie swojej sytuacji.

Przede wszystkim należy zwolnić tempo - warto chłodno przekalkulować swoje życie pod kątem czasu poświęcanego na pracę i najróżniejsze projekty. Należy zadać sobie pytanie, czy nasze niezadowolenie nie wynika z tego, że jesteśmy przepracowani. Następnie postarać się wprowadzić do swojego życia zmiany i zacząć znów się nim cieszyć.

Nauka mówienia "nie" jest tutaj bardzo przydatna. Należy wyznaczyć sobie jasno określony cel i starać się do niego dążyć, omijając przedsięwzięcia, z których nie będziemy czerpać ani zysków, ani radości.

Należy też korzystać z wypoczynku - kiedy jest to możliwe, wyłączyć telefon i cieszyć się z wolnego czasu w towarzystwie rodziny i przyjaciół. Spędzany w ten sposób czas naprawdę zwalnia i... oddala QLC.

 

 

INTERIA.PL

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy