Reklama

Oszust - w tym "fachu" Polak nie ma sobie równych

Kroniki policyjne są pełne opisów działań hochsztaplerów. Bohaterowie afer potrafią omotać ludzi tak, aby kupili ich kłamstwa...

Na przełomie lat 60. i 70. Polska żyła sprawą fałszywego konsula. Czesław Śliwa vel Jacek Ben Silberstein, oszust i fałszerz, założył fikcyjny konsulat generalny Austrii we Wrocławiu i sam stanął na jego czele. Kariera "pana konsula" trwała krótko, a Śliwa zmarł w więzieniu, w niewyjaśnionych do końca okolicznościach. Udowodnił jednak, że dar przekonywania oraz umiejętne fałszowanie dokumentów, nawet w warunkach siermiężnego komunizmu, pomagają realizować takim jak on spryciarzom najśmielsze plany.

Jak oszukuje się teraz? Np. "na lekarza". Niedawno media żyły sprawą dentystki z Sandomierza, przyjmującej pacjentów bez uprawnień. Kobieta okazała się... pomocą domową, pracującą dla prawdziwej stomatolog.

Reklama

W okolicach Bolesławca głośno było rok temu o leczącym zęby okolicznych mieszkańców Ukraińcu. Klientów zapewniały mu niskie ceny usług. Choć nie miał uprawnień, okazał się na tyle dobry w tym, co robił, że prokuratura, która postawiła mu zarzuty bezpośredniego zagrożenia życia, miała trudności z odnalezieniem pacjentów, którzy mogliby się na niego poskarżyć...

Udawanie medyka nie jest proste. Łatwiejsze i tańsze, a także zagrożone w razie wykrycia niższą karą bywa wcielenie się w rolę przedstawiciela palestry. Tysiąc zł za przygotowanie pisma, niewiele warte porady, kosztujące fortunę... Cóż to za problem dla złotoustych hochsztaplerów? 

Rady do bani


Licząca ponad 70 lat pani Bogusława z Opola w kłopoty finansowe wpadła po przebytym kilka lat wcześniej udarze. Niewysoka emerytura nie wystarczała na wykupienie leków i utrzymanie mieszkania. "Z czegoś musiałam zrezygnować - mówiła schorowana kobieta. - Uznałam, że zdrowie ważniejsze i przestałam płacić czynsz. Liczyłam, że jakoś wykaraskam się z kłopotów finansowych".

Nie była świadoma, że administracja budynku założyła jej sprawę w sądzie za niepłacenie czynszu. Pismo z wyrokiem zgubiła. Załamała się, gdy komornik zajął jej świadczenie emerytalne. Traf chciał, że dzień później zauważyła na ulicy reklamę pewnej firmy...

"Napisali tam, że udzielają darmowych porad w trudnych sprawach życiowych, przygotowywali też pisma. Byłam w szoku, zdesperowana, na prawnika nie było mnie stać, pomyślałam, że tu poszukam ratunku" - opowiadała.

Zjawiła się w Do-Radzie 20 stycznia 2011 roku. Przyjął ją Radosław M., przedstawiający się jako mecenas. Oświadczył, że porada będzie kosztować aż tysiąc zł. Zestresowana kobieta pożyczyła pieniądze od córki i zapłaciła. 

Niecałe 2 tygodnie później Radosław M. zażądał jeszcze ok. półtora tys. zł. Co jego klientka otrzymała w zamian? Dwa, pełne błędów formalnych, napisane potocznym językiem pisma. Jednym z nich był wniosek o wznowienie postępowania i prawidłowe doręczenie nakazu zapłaty, adresowany do sądu, drugim - kolejny wniosek, tym razem o zawieszenie postępowania komorniczego, skierowany do komornika.

Pani Bogusława poszła do mecenasa, tym razem w towarzystwie syna: "Powiedziałam mu, że nie takiej pomocy oczekiwałam, że to, co napisał, jest nic niewarte i w ten sposób niczego nie załatwię"...

Szef nierzetelnej firmy zobowiązał się do zwrotu całej kwoty następnego dnia. Jednak zamiast oddać pieniądze, zwinął interes i zniknął z Opola. 

Mecenas w technikum

Powyższa historia jest jedną z wielu, ilustrujących nieuczciwą działalność firmowaną przez Radosława M. Na usługi prawnicze i notarialne tego absolwenta... technikum rolniczego (!) nabrało się wiele osób w całej Polsce. Choć miał już na koncie kilkuletnią odsiadkę za oszustwa, w dalszym ciągu wyłudzał pieniądze w bezczelny sposób.

Wyrok w sprawie fałszywego mecenasa zapadł w Sądzie Rejonowym w Mysłowicach we wrześniu 2013 roku. Mężczyzna, sądzony z art. 286 §1, który brzmi: "Kto, w celu osiągnięcia korzyści majątkowej, doprowadza inną osobę do niekorzystnego rozporządzenia własnym lub cudzym mieniem za pomocą wprowadzenia jej w błąd albo wyzyskania błędu lub niezdolności do należytego pojmowania przedsiębranego działania, podlega karze pozbawienia wolności od 6 miesięcy do lat 8", zastał skazany na karę 2,5 roku więzienia.

Zasądzono mu również zapłatę 12 tys. zł grzywny, do tego ok. 5 tys. zł kosztów sądowych i adwokackich. Sędzia zobowiązał go także do spłaty sumy, jaką wyłudził od 12 poszkodowanych, którzy wnieśli pozew.

23 grudnia 2013 roku w sprawie Radosława M. zapadł kolejny wyrok. Sąd Rejonowy w Pszczynie uznał go winnym popełnienia przestępstw skarbowych. Prokuratura oraz Urząd Skarbowy w Pszczynie zarzuciły "prawnikowi" m.in. uchylanie się od płacenia podatków od towarów i usług oraz nieprowadzenie ksiąg podatkowych. Kara? Grzywna w wysokości ponad 11 tys. zł, pokrycie kosztów postępowania sądowego i spłata zaległych podatków. 

Coraz bardziej kreatywni

O wiele sprytniejszy od Radosława M. okazał się przedsiębiorczy 25-letni technik weterynarii, Jakub N. W 2012 roku dostał 2 lata w zawieszeniu na 5 lat za fałszowanie dokumentów i oszustwa. Do tego sędzia dorzucił 3 tys. zł grzywny i nakazał wyrównać firmom i osobom prywatnym szkody oszacowane na kilkadziesiąt tysięcy złotych. Jak doszło do tego, że pan weterynarz przeobraził się w przedstawiciela wymiaru sprawiedliwości?

Jakub N. kilka lat spędził w Irlandii. Czas ten poświęcił nie tylko pracy, ale i nauce języka angielskiego. Opanował go na tyle biegle, że gdy wrócił do Polski, bez problemu dostał posadę w irlandzkiej firmie budowlanej. Do jego obowiązków należały tłumaczenia oraz sprawy organizacyjne, a nawet kadrowe i księgowe.

Szansę dla siebie wyczuł w momencie, kiedy zatrudniająca go firma zaczęła rozglądać się za prawnikiem. Szefom pokazał dokumenty świadczące o tym, że posiada niezbędne kwalifikacje. Sfałszował zaświadczenie o wpisie na listę adwokatów wraz z numerem, wyrobił sobie pieczątki, posunął się także do podrobienia branżowej polisy ubezpieczeniowej. Pracodawca nie miał żadnych wątpliwości co do kompetencji Jakuba N., mężczyzna zaczął więc reprezentować go na zewnątrz, otrzymał też podwyżkę.

"Praktyka" Jakuba N. nie polegała jedynie na pracy na rzecz zatrudniającej go firmy. Udzielał porad również innym osobom, reprezentował ich interesy tak w postępowaniach cywilnych, jak i administracyjnych. Być może działałby dłużej, gdyby nie podejrzliwość jednego z adwokatów z Dębicy, miasta, w którym 25-latek zamierzał otworzyć kancelarię. Ów dębicki prawnik chciał sprawdzić Jakuba N. w rejestrach. Nie odnalazł w nich jednak jego nazwiska.

Weterynarza szybko zatrzymano. Przyznał się do podrobienia pieczątek, podpisów widniejących na sfabrykowanych, poświadczających nieprawdę dokumentach. Śledczym tłumaczył, iż znajomość prawa, jaką posiadał, okazała się wystarczająca, by prowadzić sprawy firmom czy osobom. Wiara ta była tak silna, że nawet podczas własnego procesu nie korzystał z pomocy prawnika... 

Pan profesor w akcji

Tupet i pewność siebie weterynarza bledną przy "dokonaniach" 46-letniego Mariusza K., który na początku 2014 roku usłyszał szereg poważnych zarzutów: "Skierowaliśmy akt oskarżenia przeciwko Mariuszowi K. Choć miał wyższe wykształcenie, to, nie posiadając stopni naukowych, posłużył się podrobionymi dokumentami zaświadczającymi nadanie stopnia doktora i habilitacji. Posługiwał się również podrobionym pismem Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego, które miało potwierdzać tytuły uzyskane za granicą oraz podrobionymi listami polecającymi".

Dzięki temu w latach 2010-2011 szukał zatrudnienia w Szkole Wyższej Biznesu w Warszawie, Uniwersytecie Przyrodniczo-Humanistycznym w Siedlcach, Uczelni Łazarskiego, Wyższej Szkoły Przedsiębiorczości i Nauk Społecznych w Otwocku oraz Wyższej Szkole Zarządzania i Prawa - mówiła w TVP Info prokurator Katarzyna Calów-Jaszewska z Prokuratury Okręgowej w Warszawie.

Mariusz K., przedstawiając się jako dr hab. Noah Rosenkranz, rozpoczął swój proceder w 2010 roku. Zjawił się wówczas w jednej z mazowieckich uczelni wyższych, przedstawiając jej władzom bogaty dorobek naukowy. Gdy przekonał się, że nikt nie weryfikuje przedłożonych przez niego dokumentów, nabrał pewności siebie i zgłosił się do kolejnych szkół. Tym sposobem stał się wykładowcą, który przez rok pracy zarobił ok. 130 tys. zł.

Kłamstwo rzekomego doktora habilitowanego światło dzienne ujrzało w 2011 roku. Gdy mężczyzna wyczuł, że grunt pali mu się pod nogami, zaczął się ukrywać. W efekcie oszustwa, którego się dopuścił, kilkuset studentów musiało przystąpić do ponownych egzaminów z przedmiotów, które wykładał. Za Mariuszem K. wydano wówczas list gończy.

Musiały jednak minąć jeszcze 2 lata, nim mężczyzna wpadł w ręce organów ścigania. Zatrzymano go w Krakowie, gdzie udawał... studenta judaistyki. Nie tylko zapuścił charakterystyczną brodę, ale i na wykłady przychodził w stroju chasyda.

Mariusz K. przyznał się do większości stawianych zarzutów. Tłumaczył, że nie oszukiwał, bo przecież prowadził wykłady, a tym samym uczciwie zarobił pieniądze. Według niego, nie popełnił przestępstwa. Argumentował podczas przesłuchania, że działał w interesie społecznym, a jego celem nie było osiągnięcie korzyści materialnych. Czy jego punkt widzenia podzieli sąd? Okaże się podczas rozprawy. Mężczyźnie grozi wyrok do 8 lat pozbawienia wolności.

Pod twoją obronę

W dobie pogoni za sensacją i powszechnej tabloidyzacji mediów zawód dziennikarza nie cieszy się już takim poważaniem, jak jeszcze kilkanaście lat temu. Mimo to żurnaliści nadal postrzegani są jako obrońcy zwykłego obywatela, tropiciele wszelkich patologii, patrzący władzy na ręce. Wiedzą o tym oszuści i umiejętnie to wykorzystują. Zaufanie do rzekomego przedstawiciela "czwartej władzy" w wielu przypadkach zaowocowało niezłym przekrętem...

Mieszkający w Warszawie 33-letni Tomasz M. wpadł na oryginalny pomysł. Sprytnie wykorzystując przepis, który zakazuje sprzedaży alkoholu osobom nieletnim, prowokował takie sytuacje, w porozumieniu z 17-letnim Rafałem G.  

Plan działania był prosty: wchodzili do sklepu, małolat kupował napój wyskokowy, a Tomasz M. rejestrował to z ukrycia. Następnie, przedstawiając się jako dziennikarz śledczy jednej ze stacji telewizyjnych, pokazywał właścicielowi sklepu nagraną telefonem transakcję. Niewyemitowanie materiału, a tym samym oddalenie groźby utraty koncesji na sprzedaż trunków, miały kosztować sklepikarza 5 tys. zł.

Być może rzekomy redaktor działałby dalej, gdyby nie podejrzliwość jego ofiary. Szantażowany ujawnieniem kompromitującego filmiku biznesmen z warszawskiej Woli zgłosił się na policję. Sytuacja, w której pracownik mediów oferował układ finansowy, wydała mu się nietypowa. W efekcie na Tomasza M., który nazajutrz przyszedł do niego po resztę pieniędzy - zaraz po nagraniu wyłudził bowiem zaledwie połowę żądanej kwoty - czekali funkcjonariusze.

33-latek wraz z młodszym kompanem trafili na policyjny dołek. Usłyszeli zarzuty oszustwa, zastosowano wobec nich środek zapobiegawczy w postaci policyjnego dozoru. Szybko ustalono, że mężczyzna miał na koncie przynajmniej jeszcze jeden taki przekręt. Za to, co zrobił, można trafić za kraty na 8 lat.

Rajd po Polsce

Zapis monitoringu w jednej z sopockich kawiarni z zapartym tchem obejrzała latem 2014 roku cała Polska. Mężczyzna, który został w knajpie sam na sam z barmanką, uśpił dziewczynę, dolewając jej do drinka środek uspokajający, następnie wyciągnął z kasy utarg. I tyle go widzieli...

To niejedyne przewinienie 31-letniego mieszkańca Gorzowa Wielkopolskiego, którego na początku września zatrzymano w jednym z wrocławskich hoteli. Mężczyzna przebywał na przepustce z więzienia, w którym odsiadywał karę 6 lat pozbawienia wolności za kradzieże i oszustwa. Zamiast jednak grzecznie wrócić do zakładu penitencjarnego, ruszył w tournée po kraju...

Przedstawiając się jako pracownik mediów, najczęściej dużego radia bądź telewizji, wysyłał do hoteli zamówienie na wynajem pokoju. Informował jednocześnie, że należność zostanie uregulowana z odroczonym terminem płatności. Po przyjeździe na miejsce meldował się, korzystając ze skradzionego dowodu osobistego. Przez kolejne dni do woli korzystał z usług, w tym także z restauracji. Po kilku dniach znikał, zostawiając nieuregulowane rachunki. Łącznie śledczy wycenili je na 2,5 tys. zł.

To nie wszystko - w Białymstoku ukradł znajomemu 5 tys. zł, w Mielnie jego łupem padł dowód osobisty. W łódzkim salonie operatora sieci komórkowej zawarł umowy na podstawie fałszywych danych. Potem był jego "występ" w Sopocie.

Po zatrzymaniu trafił do aresztu na 3 miesiące. Prokurator przedstawił mu aż dziewięć zarzutów. Gorzowianin dopuścił się przywłaszczenia, oszustwa, kradzieży oraz posługiwania się cudzym dowodem osobistym. Biorąc pod uwagę fakt, że wszystkich tych czynów dokonał zaledwie w ciągu 2 miesięcy, do tego w warunkach recydywy, można się spodziewać surowego wyroku. 

Być mądrzejszym po szkodzie

Naiwnych nie sieją, a rodzą się sami", mówi przysłowie. Nie ma jednej, prostej recepty na uniknięcie oszusta. Skoro nawet pracownicy naukowi szkół wyższych dawali się nabrać komuś, kto udawał profesora, to czego wymagać od kadry hotelarskiej czy przeciętnego Kowalskiego?

"Spytałam go o czasy, kiedy byliśmy jeszcze tacy młodzi, naiwni, zapalczywi, głupi, niegotowi. Trochę z tego zostało, z wyjątkiem młodości - odpowiedział" - napisała mądrze Wisława Szymborska, wielka znawczyni ludzkiej natury.

Łatwowierność nie przemija z wiekiem, przeciwnie, z czasem kosztuje coraz więcej. I bardziej boli.

Jacek Kos

Śledztwo
Dowiedz się więcej na temat: oszust | śledztwo | fałszerstwo

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy