Nie ma luksusów, jest przerażająco zimno. To "Hilton" na końcu świata
Czy wiedzieliście, że nawet na najbardziej niegościnnym kontynencie naszej planety można znaleźć "Hilton"? I chociaż teoretycznie wszystko się zgadza, bo nad wejściem jest szyld, a w środku kapcie i szlafroki z charakterystycznym logo tej sieci hoteli, to w rzeczywistości nie ma on nic wspólnego z luksusem, nie znajdziecie go na żadnej stronie do rezerwacji zakwaterowania, a w sieci brakuje jakichkolwiek recenzji. Hotel widmo, zapytacie? Nic z tych rzeczy, ale spędzić tam noc mogą jedynie nieliczni.

Kiedy słyszymy nazwę "Hilton", przed oczami natychmiast pojawiają się ogromne, luksusowe hotele dopracowane w najdrobniejszych szczegółach - przestronne lobby, miękkie dywany, baseny, restauracje i obsługa dostępna na każde skinienie.
To świat komfortu i wygody, który goście mają zapamiętać na długo, by następnym razem podczas zamawiania noclegu nie zastanawiali się przypadkiem, jaką markę wybrać. W przypadku "Wilkes Hilton" zgadza się jednak tylko nazwa, no chyba że za luksus uznajemy fakt, że budynek pozwala schronić się przed wiatrem i mrozem Antarktydy.
Namiastka normalności daleko od domu
Bo to właśnie na jej wschodnim wybrzeżu, wśród lodu i ruin starej infrastruktury badawczej, stoi niewielki budynek, który doczekał się tej zaskakującej nazwy. To niewielki surowy obiekt, który powstał jeszcze w latach 50. XX wieku jako pomieszczenie odbiorcze dla systemów łączności.
Dziś otoczony jest przez śnieg i pozostałości dawnej bazy i chociaż daleko mu do przepychu, stał się jednym z najbardziej symbolicznych miejsc dla ludzi pracujących na tym kontynencie i wciąż bywa wykorzystywany przez ekspedycje jako tymczasowe schronienie.
To zdecydowanie nasz ulubiony domek. Wygląda jak stary domek narciarski… i ma tyle historii

Stacja, którą pochłonął lód
Historia "Hiltona" na Antarktydzie zaczyna się od stacji Wilkes, czyli jednej z baz powstałych w 1957 roku w ramach międzynarodowego programu badawczego International Geophysical Year i jednej z pierwszych stałych baz we wschodniej Antarktydzie. Zbudowana przez Amerykanów na skalistym wybrzeżu, szybko stała się kluczowym punktem badań meteorologicznych i geofizycznych. Od samego początku była to jednak lokalizacja skrajnie wymagająca - silne wiatry, intensywne opady śniegu i ciągłe przemieszczanie się lodu sprawiały, że utrzymanie infrastruktury było codzienną nierówną walką z naturą.
Warunki środowiskowe bardzo szybko zaczęły zbierać swoje żniwo. Budynki stacji były stopniowo zasypywane przez śnieg, a ich konstrukcja nie była przystosowana do tak agresywnego klimatu. Korytarze znikały pod lodem, drzwi przestawały się otwierać, a część obiektów stawała się praktycznie niedostępna. W efekcie Australijczycy, którzy przejęli ją od Amerykanów, już po kilkunastu latach uznali stację za zbyt trudną i niebezpieczną do dalszego użytkowania i w 1969 roku opuścili na rzecz wybudowanej w bardziej sprzyjającej lokalizacji Casey Station.

Dziś Wilkes pozostaje niemym świadkiem początków eksploracji Antarktydy - częściowo pogrzebana w lodzie, z pojedynczymi budynkami wystającymi ponad powierzchnię, przypomina, jak ludzka infrastruktura "radzi" sobie w starciu z jednym z najbardziej ekstremalnych środowisk na Ziemi. Wśród tych pozostałości wyróżnia się jednak dawny budynek radiowy, który nie tylko przetrwał w stosunkowo dobrym stanie, ale i został przekształcony w coś w rodzaju "awaryjnego" schronienia dla ekspedycji przemieszczających się w rejonie stacji.

Ten "Hilton" nie ma recepcji
W praktyce oznacza to bardzo podstawowe warunki - ograniczoną przestrzeń, prostą konstrukcję i brak jakiegokolwiek luksusu. A do tego jeszcze konieczność odkopania sobie wejścia, bo jak można przeczytać na stronie Australijskiej Misji Antarktycznej, chata słynie z tego, że jest zasypywana przez zamiecie śnieżne, więc zanim można do niej wejść, trzeba czasem pomachać godzinę kilofem i łopatą.
Wtedy też można dostrzec szyld na drzwiami, który dumnie oznajmia "Hilton Wilkes". Jak się zapewne już domyślacie, formalnie nic ma on nic wspólnego z siecią słynnych hoteli… a przynajmniej nie miał do czasu, gdy jeden z ekspedycjonistów napisał do przedstawicieli list, w którym opisał historię tego miejsca. W odpowiedzi dostał paczkę gadżetów firmy, więc dziś w środku można znaleźć kapcie, szlafroki i długopisy sygnowane kultowym logo.
Jeden z naszych ekspedycjonistów napisał kiedyś do Hiltona i wyjaśnił, że nazywamy to miejsce "Wilkes Hilton". W odpowiedzi przysłali nam wyposażenie. Mamy kapcie Hiltona, mamy szlafroki Hiltona i teraz mamy też długopisy Hiltona
Poza nimi to jednak powrót do przeszłości, zupełnie jak wizyta u babci na wsi albo na "Rodos" u dziadka. Wnętrze jest ciasne i surowe, zamiast hotelowych łóżek stoją drewniane prycze dla maksymalnie ośmiu osób, wyjście do toalety oznacza spacer na zewnątrz, często przy temperaturach znacznie poniżej zera, a dach potrafi przeciekać, gdy latem topnieje śnieg.
Do tego w środku zachowały się różnego rodzaju pamiątki, które tworzą atmosferę miejsca zawieszonego w czasie - stare sprzęty kuchenne, zeszyty pełne wpisów poprzednich odwiedzających, w tym rysunków, żartów i osobistych historii, a także piec opalany drewnem, w którym piecze się pizzę, którą można zjeść podziwiając dryfujące w zatoce góry lodowe.
Nic więc dziwnego, że dla nielicznych odwiedzających "Hilton Wilkes" jest jednym z najbardziej wyjątkowych "hoteli", jakie można sobie wyobrazić. Bo może i nie ma pięciu gwiazdek, ale w miejscu, gdzie na co dzień trudno doświadczyć czegoś poza mrozem, lodem i wiatrem, takie drobiazgi jak ciepło, domowe jedzenie i wspomnienia z przeszłości zaczynają mieć zupełnie inną wartość.

W cieniu śmieci
Idylliczny obrazek psują tylko… śmieci, bo jak się okazuje problemy Wilkes Station nie skończyły się po jej opuszczeniu. W latach 60. ubiegłego wieku nikt nie myślał o rekultywacji, więc teren bazy jest obecnie czymś, co współcześni badacze nazywają "toksycznym dziedzictwem". Infrastruktura została po prostu porzucona, więc na miejscu wciąż zalegają tysiące rdzewiejących beczek po paliwie, porzucone materiały budowlane i inne odpady sprzed dekad.
A że wiele budynków zawierało azbest, a metalowe elementy ulegają korozji, to wciąż mamy do czynienia z aktywnym źródłem zanieczyszczeń, które oddziałuje na otoczenie mimo ekstremalnego klimatu. Jak podkreślają badacze, takie miejsca to "długotrwały problem środowiskowy", który wymaga kosztownych i skomplikowanych działań naprawczych, mimo że warunki logistyczne i pogodowe znacząco utrudniają jakiekolwiek prace.
Obecnie planowane są działania oczyszczające, jednak wciąż brakuje jasnego harmonogramu i pełnego finansowania. Oznacza to, że cała stara stacja badawcza, która wyłania się z lodu co 4-5 lat podczas największych odwilży, pozostaje nie tylko reliktem epoki pionierskich badań, ale też przypomnieniem, że działalność człowieka nie pozostaje bez wpływu nawet na najbardziej dziewicze tereny naszej planety.










