Po co to komu, skoro za te same pieniądze mogę dostać nielimitowany dostęp do słońca i pięknych widoków, prawda? I jak powiedziałam, tak zrobiłam. W ostatnich latach miałam okazję zobaczyć trochę Turcji, Włoch, Grecji, Czarnogóry czy Hiszpanii, a w tym roku wylądowałam na długi weekend w… Juracie. Tak, jestem świetna w dotrzymywaniu postanowień, ale na swoje usprawiedliwienie mam fakt, że nigdy wcześniej nie byłam na Półwyspie Helskim, a dosłownie zewsząd mogłam usłyszeć, że "zobaczysz, tam jest zupełnie inaczej", "zmienisz zdanie i na pewno się zakochasz" czy "to jest inny Bałtyk". Ale czy na pewno?
Elita na wczasach
Historia Juraty sięga lat 20. XX wieku, w 1923 roku spółka Lasmet wydzierżawiła od Lasów Państwowych około 180 hektarów terenów z zamiarem stworzenia nowoczesnego nadmorskiego kurortu. Ambitny projekt szybko zaczął nabierać kształtów, więc już kilka lat później niewielka miejscowość stała się jednym z najbardziej prestiżowych adresów wakacyjnych w Polsce.

Od końca lat 20. Jurata przyciągała przedstawicieli świata kultury, sztuki, nauki i biznesu. Wypoczywały tu elity II Rzeczypospolitej, choć na własne letnie wille mogli pozwolić sobie jedynie najzamożniejsi. Wśród gości pojawiał się między innymi Wojciech Kossak, który prawdopodobnie właśnie tutaj stworzył część swoich najbardziej znanych obrazów. Z Juratą związane były także jego córki, poetka Maria Pawlikowska-Jasnorzewska oraz pisarka Magdalena Samozwaniec. Klimat miejscowości inspirował również innych artystów, w tym malarza Mieczysława Lurczyńskiego.
Pierwszy pełny sezon turystyczny rozpoczął się w 1931 roku i już wtedy podkreślano wyjątkowy mikroklimat miejscowości - otoczenie sosnowych lasów osłaniało ją przed silnymi wiatrami, a duża liczba słonecznych dni sprawiała, że Jurata wyróżniała się na tle innych nadbałtyckich kurortów. I prosperowała w najlepsze, a potem przyszła wojna… Po II wojnie światowej miejscowość nie straciła jednak wypoczynkowego charakteru, w latach 1960-1975 powstały liczne ośrodki wczasowe, a także jeden z najbardziej rozpoznawalnych symboli Juraty, czyli drewniane molo spacerowe.
Atmosfera dawnych nadmorskich kurortów
I wiecie co? Kiedy tylko zostawiłam walizkę w hotelu i wyszłam na pierwszy wieczorny spacer, od razu uderzyło mnie wrażenie, że niewiele się od tego czasu zmieniło. Owszem, hotele zostały "uwspółcześnione" i mają w ofercie wszystkie luksusy, do jakich jesteśmy przyzwyczajeni, ale jednocześnie czas zdaje się płynąć jakby wolniej. Co więcej, chociaż miałam okazję wybrać się do Juraty w szczycie sezonu, a konkretnie na przełomie lipca i sierpnia, po zmroku na ulicach było spokojnie, cicho i kameralnie - zupełnie inaczej niż w Trójmieście, Mielnie czy innych bałtyckich "klasykach".
Bo żeby w ciepły letni wieczór na molo, które jak już wspomniałam jest dosłownie symbolem Juraty, spotkać dosłownie trzy osoby? I jak się okazuje była to świetna prognoza całego wyjazdu, bo chociaż Jurata ostatecznie nie okazała się miastem duchów, to poczucie swobody towarzyszyło mi przez cały wyjazd. Nawet podczas wizyty na plaży, która była chyba największym zaskoczeniem.

Nie musiałam przychodzić o siódmej rano, żeby znaleźć miejsce. Nie musiałam rozkładać ręcznika kilkadziesiąt centymetrów od obcych ludzi. Nie musiałam martwić się głośną muzyką, przeszkadzającą w zatopieniu się w lekturze. Mogłam po prostu usiąść, spojrzeć na morze i... zrelaksować się, słuchając szumu fal.
Płacząca bursztynami Jurata
Albo poszukać bursztynów bogini Juraty, od której miejscowość wzięła swoją nazwę. Według dawnych podań zakochała się ona w ubogim rybaku, co rozgniewało boga piorunów Perkuna, który roztrzaskał jej bursztynowy pałac na części, do dziś wyrzucane przez morze na brzeg. W innej wersji legendy bursztyny mają być jej łzami wylanymi na ukochanym, ale kto by tam dochodził, która wersja jest prawdziwa. Zdecydowanie lepiej usiąść na brzegu i poświęcić chwilę na własnoręczne poszukiwanie "złota Bałtyku", a nuż dopisze nam szczęście.

Mi nie dopisało, ale w całym tym doświadczeniu było coś jednocześnie magicznego i szalenie autentycznego. To właśnie wtedy uświadomiłam sobie, że Bałtyk ma w sobie coś, czego nie znajdziemy nad ciepłymi morzami - surową prawdziwość i zmienność natury. Woda nie jest turkusowa, nie ma temperatury jak wanna z bąbelkami, a pogoda potrafi zmienić się w kilka chwil. Gdzie zalety? To niepowtarzalny klimat, którego nie da się skopiować. Ja już tęsknię za tym majestatycznym spokojem oraz unoszącym się w powietrzu charakterystycznym zapachem jodu i lasu sosnowego.
Otoczeni przez naturę i historię
Bo warto jeszcze zaznaczyć, że Jurata ma tę zaletę, że przyroda nie jest tu "dodatkiem" do nadmorskiego wypoczynku, a jej nieodłącznym elementem. Miejscowość otaczają sosnowe lasy, które oddzielają zabudowę od szerokiej plaży i sprawiają, że nawet w środku sezonu można znaleźć miejsca z dala od wakacyjnego zgiełku. Ścieżki ukryte pośród drzew pozwalają też na urokliwe spacery prosto na plażę czy przejażdżki rowerem - Hel to zresztą prawdziwy raj dla miłośników dwóch kółek, dosłownie jedna wielka ścieżka rowerowa, na większości trasy oddzielona od ruchu samochodowego.

Nie można też zapominać, że Jurata, a mówiąc precyzyjniej praktycznie cały Półwysep Helski, to jedno z nielicznych miejsc, gdzie na wyciągnięcie ręki mamy dwa różne oblicza Bałtyku - z jednej strony jest przecież otwarte morze, a z drugiej spokojniejsze wody Zatoki Puckiej. Ten widok naprawdę długo zostaje w pamięci, podobnie zresztą jak trudne pamiątki II wojny światowej, które są tu na wyciągnięcie ręki - zabytkowe bunkry i inne betonowe umocnienia, schrony, wieże kierowania ogniem czy stanowiska artyleryjskie. Ale to już temat na kiedy indziej, bo muszę przecież znaleźć powód, żeby tu wkrótce wrócić.
Bo chociaż wydawało mi się, że Bałtyk dawno przestał być miejscem, do którego jedzie się po to, co w wakacjach cenię sobie najbardziej, czyli relaks i spokój, Jurata dokładnie to mi zaoferowała. Pokazała, że wciąż można znaleźć miejsca, które mają w sobie klimat starych nadmorskich kurortów, nie przypominają głośnych jarmarków i nie zmuszają do walki o kawałek wolnej przestrzeni. I nie, nie twierdzę, że nagle przestałam lubić podróże za granicę, ale wróciłam z przekonaniem, że przez lata byłam wobec polskiego morza zwyczajnie niesprawiedliwa, bo wciąż potrafi ono zachwycić.














