Ni'ihau przerywa stuletnią izolację
Ni'ihau przez ponad sto lat była całkowicie niedostępna dla turystów. Nie bez powodu nazwano ją Zakazaną Wyspą - wstęp do niej mieli jedynie właściciele i nieliczni goście.
Cała historia zaczyna się w 1864 roku, kiedy zamożna rodzina Sinclair ze Szkocji zakupiła Ni'ihau od Królestwa Hawajów za 10 tys. dolarów w złocie - to równowartość około 2 milionów dzisiejszych dolarów. Aby transakcja została dokonana, rodzina musiała obiecać spełnienie warunku - rdzenna ludność wyspy ma rozwijać się w swoim tempie, z zachowaniem ich kultury i języka. Chciano ją także chronić przed wpływami z zewnątrz.

Zakazana Wyspa na Hawajach wpuszcza turystów, ale stawia twarde warunki
W 1915 roku Aubrey Robinson, potomek pierwotnego nabywcy, całkowicie zamknął teren przed turystami. Przez kolejne pokolenia kolejni właściciele wyspy konsekwentnie trzymali się tego planu. Na wyspę można się było dostać jednie za ich zgodą. Stali mieszkańcy oraz przedstawiciele władz także mieli do niej dostęp. Chociaż oddalona jest niecałe 30 km od wybrzeża Kauai, przez ponad sto lat Niʻihau była uważana za jedno z najbardziej odizolowanych miejsc na Ziemi. Od kilku lat jednak wyspa otwiera się nieco na turystykę.
Wycieczki rozpoczynają się lotem helikopterem z zachodniej części Kauai. Turyści przelatują nad Niʻihau, a następnie lądują na plaży, gdzie mogą przez około 3 godziny pływać, nurkować i zbierać muszle. Rodzina Robinsonów nałożyła duże ograniczenia na takie wyprawy - nie można samodzielnie zanurzyć się w głąb wyspy ani zobaczyć głównej osady Pu'uwai. Nie można również przenocować na wyspie. Wszystko po to, aby pozwolić lokalnej społeczności na prowadzenie spokojnego życia.
Cena przygody wynosi 630 dolarów (ponad 2,3 tys. złotych). Organizatorzy zbierają grupę minimum pięciu osób, którzy przez kilka godzin poczują dziewiczy klimat wyspy.
Życie bez prądu i internetu na wyspie, gdzie alkohol oznacza wygnanie
Wyspę zamieszkuje od 70 do 130 osób. Są to głównie rdzenni Hawajczycy, na co dzień posługujący się językiem hawajskim. Ich życie znacząco odbiega od naszego - żyją bez internetu, smartfonów czy bieżącej wody. Mieszkańcy piorą ubrania w strumieniach i oświetlają domy lampami naftowymi, a na całej wyspie jest tylko jedna ciężarówka - większość podróży odbywa się konno lub rowerem.
Obecnie zarządzają nią bracia Bruce i Keith Robinsonowie. Właściciele wyspy dbają o to, aby nie znalazły się na niej żadne używki - picie alkoholu i zażywanie narkotyków są karane dożywotnim wygnaniem. Dzięki odizolowaniu wyspa zachowała nieskażoną przyrodę, w tym unikalne gatunki zwierząt. Życie toczy się tam tak, jak wyglądało to przed erą masowej turystyki na Hawajach.












