Reklama

Chiny chcą mieć najpotężniejszą armię świata

W ciągu kilkudziesięciu lat Chiny stały się światową potęgą gospodarczą. Najbardziej znaczący dla świata wydaje się jednak rozwój zaawansowanych technologii i przemysłu zbrojeniowego w Państwie Środka. Chińczycy mają armię, której obawiać się może cały świat.

Jeszcze 10 lat temu budżet Chińskiej Armii Ludowo-Wyzwoleńczej (PLA) wynosił 20 mld dol. Obecnie mówi się o 100, a nawet 160 mld dol. Liczba wydaje się zawrotna, ale to wciąż nieco ponad 16 proc. tego, co na zbrojenia wydają Stany Zjednoczone. Ta przewaga nie będzie jednak trwać wiecznie.

USA borykają się z kryzysem i ograniczają wydatki na rozwój technologii wojskowych. Chiny nie mają takiego problemu. Prezydent  Hu Jintao wezwał PLA do "nowych historycznych misji" i wyjścia poza tradycyjną obronę suwerenności. Chiny chcą być światowym mocarstwem. I co ciekawe, wspólnie z USA zdarza im się mieć tego samego wroga - na przykład somalijskich piratów. Ale co stanie się wówczas, kiedy go zabraknie? Czy naprzeciwko siebie staną dwie najlepiej wyposażone armie świata?

Reklama

W powietrzu

Amerykańska technologia wojskowa jest nie o krok, a o całe kilometry przed rywalami. Chińczycy zaczęli jednak działać coraz szybciej i wypełnianie tej potężnej, i przez lata wypracowywanej luki idzie im coraz lepiej. Jeszcze do niedawna Pentagon szczycił się dwoma supernowoczesnymi myśliwcami, które doskonale unikają nieprzyjacielskich radarów. Teraz wiemy już, że chińska odpowiedź w postaci samolotu J-20 ma się bardzo dobrze.

Made in China 2.0 - supermocarstwo technologiczne

Na jego temat wciąż wiemy bardzo niewiele. Na pewno można go zaliczyć do maszyn piątej generacji, a to oznacza zaawansowane technologię stealth. Znawcy tematu dopatrują się wielu podobieństw do konstrukcji rosyjskich (T-50) i amerykańskich (F-22). Zresztą, J-20 nie jest jedyną chińską maszyną, która czerpie z zachodnich wzorców zdecydowanie więcej niż powinna. O jej możliwościach przekonamy się jednak nie wcześniej niż w 2017 roku, ponieważ właśnie wtedy powinna rozpocząć służbę.

Sporo szumu wywołały również amatorskie zdjęcia ukazujące ciężki samolot transportowy - Y-20. Maszyna jest łudząco podobna do amerykańskiego Boeinga C-17 i rosyjskiego Antonova-70, ale specjaliści wciąż nie potrafią określić, w jakim stopniu ją skopiowano. Pewne jest natomiast, że w 2010 roku amerykański sąd skazał na 15 lat więzienia chińskiego konstruktora Boeinga - Dongfana Chunga. Miał on przekazywać Pekinowi tajne dane dot. technologii rakietowych i wspomnianego C-17.

Chiny dobrze wiedzą, że ówczesne lotnictwo nie może polegać tylko i wyłącznie na maszynach załogowych. Od kilku lat przestrzeń powietrzna należy do obiektów zdalnie sterowanych, ponieważ szpiegostwo połączone z cichymi i anonimowymi zabójstwami często znaczą więcej niż superzaawansowany myśliwiec. Już teraz trwają tam prace nad dwoma urządzeniami - Pterodaktylem (Wing Loong) i BZK-005. Oba bezzałogowe aparaty latające w znacznym stopniu przypominają amerykańskie drony Predator i Global Hawk. Ich rozwój może przebiegać wyjątkowo pomyślnie dzięki "uprzejmości" Iranu, który przekazał Chińczykom zniszczoną maszynę RQ-170 Sentinel.

Chińczycy mają nadzieję, że z bezzałogowych samolotów uda się uczynić dobry materiał eksportowy. Podobno cena jednego egzemplarza wynosi milion dolarów, co wydaje się znikomą sumą przy 30 milionach za sprzęt pochodzący z USA. Azjaci dbają przy tym o dobry marketing swoich produktów, przedstawiając je jako zabójców amerykańskich lotniskowców.

Na wodzie

Stany Zjednoczone są także niekwestionowaną potęgą na morzach i oceanach. Jako jedyne państwo na świecie mogą sobie pozwolić na wysłanie w dowolne miejsce lotniskowca z kilkudziesięcioma samolotami na pokładzie. Trudno się dziwić, że Chiny chcą to zmienić. Samoloty już mają. Rozwiązana wydaje się również kwestia jednostki pływającej. Jest nią leciwy, ale odrestaurowany rosyjski lotniskowiec typu Admirał Kuznetsov. Liaoning, bo taka nazwę nosi obecnie jednostka, został wyposażony w nowy napęd i uzbrojenie, m.in. rakiety ziemia-powietrze typu Flying Leopard. Na pokładzie powinno się zmieścić około 50 myśliwców J-15, będących zmodyfikowaną wersją rosyjskiego Su-33.


Chiny nie zamierzają oprzeć swojej floty na jednym lotniskowcu. W produkcji pozostają niewykrywalne dla radarów niszczyciele o masie do 8 tys. ton, okręty podwodne o napędzie atomowym oraz opancerzone okręty desantowe. Okazuje się, że tamtejsza technologia wojskowa stara się wykorzystywać wszystkie dostępne środki i niczego nie marnować. Taka myśl musiała przyświecać konstruktorom, którzy przekształcili statek wycieczkowy w jednostkę wojenną, mogącą przewozić ponad 2 tys. żołnierzy i 300 pojazdów. Ze swoim niekoniecznie nowym arsenałem Chiny chętnie biorą udział w misjach pokojowych ONZ, w tym w odległej Afryce czy Ameryce Południowej.

Mogłoby się wydawać, że Chińczycy zamierzają dogonić Amerykanów nawet w liczbie posiadanych jednostek. To jednak nieprawda. Na razie chodzi przede wszystkim o "ochronę" swojej prywatności. O to, aby amerykańskie statki nie panoszyły się po chińskich wodach, a samoloty w przestrzeni powietrznej. Szczególnie, że F-22, F-35 i B-2 mają wkrótce rozpocząć takie loty.

W kosmosie

W temacie podboju przestrzeni kosmicznej plany Chińczyków wydają się nieograniczone. Jedne zakładają dalekie loty załogowe, a inne budowę stacji orbitalnych. Pomysłów jest bez liku - podobnie jak funduszy. A wiemy przecież, że przestrzeń to również satelity, na których opiera się obecnie ogromna większość przesyłanych informacji.

Mówi się, że ponad 80 proc. amerykańskiej rządowej i wojskowej komunikacji przechodzi przez satelity. Przy ich pomocy kontrolowanych jest 800 tys. odbiorników z niemal każdego typu jednostki - od lotniskowca, poprzez czołg, zdalnie sterowane aparaty latające, po pociski dalekiego zasięgu. W tak skomplikowanym systemie nie brakuje wad i luk. Łatwo je znaleźć i obejść, a jeśli zajdzie taka potrzeba - uszkodzić same urządzenia. Umożliwią to mikrosatelity-kamikaze. Inny wariant będzie wyposażony w laser, który trwale uszkodzi systemy amerykańskich przekaźników. Chińczycy nie ukrywają swoich planów. W 2007 roku starszy pułkownik Chińskiej Akademii Nauki Wojskowej zapowiedział, że USA nie będą jednym na świece "kosmicznym supermocarstwem". W ciągu najbliższych 10 lat w przestrzeń powędruje około 100 wojskowych i cywilnych satelitów.

W sieci

Postęp technologii informatycznych sprawia, że wojnę można wygrać przy pomocy wirusa komputerowego, a nie odpowiednio dużej liczby pocisków i bomb. Stany Zjednoczone mają w tej dziedzinie niemałe doświadczenie, ale to Chiny chcą być numerem jeden. Ma  to umożliwić cybernetyczny program bojowy, do którego zaangażowano 130 tys. ludzi. Trudno sobie wyobrazić, aby podobna sytuacja miała miejsce w innym kraju. Ale jest o co walczyć. Amerykanie boją się o bezpieczeństwo poufnych danych - szczególnie tych opisujących zaawansowane technologie wojskowe.

Wspólne interesy

Zbrojenia to jedno, ale wspólne interesy to zupełnie inna kwestia. Oba mocarstwa wiążą wielomiliardowe umowy i inwestycje. Wojna zrujnowałaby je całkowicie. Podejrzliwe spoglądanie w swoją stronę będzie smutną normą, ale trudno sobie wyobrazić, aby mogło dojść do konfliktu - nawet jeśli sytuacja stałaby się napięta.

Jakub Płaza

INTERIA.PL
Dowiedz się więcej na temat: Chiny | dron bojowy | lotniskowiec

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje