Reklama

Zabijmy dziadków!

Zaniedbany przez matkę chłopak nie chciał mieszkać ze swoimi opiekunami. Kolega podsunął mu pomysł, jak raz na zawsze uwolnić się od ich zrzędzenia.

Marcin urodził się 30 kwietnia 1984 roku w Poznaniu. Dorastał bez ojca z matką, która była alkoholiczką. Wychowywał się właściwie sam, nikt się nim nie interesował, nie dyscyplinował. Chłopak od najmłodszych lat palił i pił, nie wracał do domu na noc, zaniedbywał szkołę. Kiedy miał 15 lat, jego rodzicielka trafiła do więzienia za rozbój. Marcinem zajęli się konserwatywni, przesadnie religijni i apodyktyczni dziadkowie - Stefan i Pelagia.

Dziecko pijaczki

Jego matka, Monika Mikołajczak, w chwili rozwiązania miała zaledwie 17 lat. Dziewczyna nie chciała wyjawić, kto jest ojcem jej dziecka i w akcie urodzenia figuruje on jako "nieznany". Początkowo młoda mama wraz z synkiem mieszkała u rodziców, którzy obiecali pomóc swojej jedynaczce. Córka zgodnie z ich życzeniem miała przede wszystkim skupić się na nauce, a wychowanie Marcinka pozostawić im.

Chłopiec był grzecznym, spokojnym i bardzo cichym dzieckiem. Błyskawicznie stał się ulubieńcem całej rodziny, a w szczególności swoich dziadków. Rósł zdrowo pod opieką rodziców Moniki. Z czasem jego matka zaczęła odczuwać zazdrość o to, że synek więcej czasu spędza z babcią niż z nią. Nie mogła znieść, że Marcinek, który dopiero co zaczął sylabować, mówi "mama" do Pelagii.

Reklama

Marzenia rozsypały się jak domek z kart

Babcia starała się tłumaczyć córce, że chłopiec jest jeszcze malutki, przebywa z nią całe dnie i dlatego czasem tak na nią woła. Powiedziała jej, by się nie przejmowała, jednak Monikę to bolało. Dziewczyna obiecała sobie, że jak najszybciej wyniesie się od rodziców i sama, bez ich pomocy, wychowa syna. Kiedy Marcinek miał cztery lata, Monika poznała Arkadiusza, z którym planowała wziąć ślub. Stefan i Pelagia sprzeciwili się temu związkowi, jednak wbrew ich woli Monika postawiła na swoim.

W lipcu 1989 roku młodzi ludzie pobrali się. Na kilka dni przed planowaną ceremonią dziewczyna spakowała rzeczy swoje i Marcinka, i przeniosła się do mieszkania przyszłego męża. Początkowo wszystko układało się po ich myśli. Monika była szczęśliwa, widząc, że Arek traktuje malca jak własnego syna. Małżonkowie planowali kupić większe mieszkanie i postarać się o kolejne dziecko. Jednak pewnego dnia wszystkie ich plany i marzenia rozsypały się jak domek z kart.

Smutki topione w alkoholu

Pod koniec 1991 roku Arkadiusz miał wypadek samochodowy i w wyniku odniesionych obrażeń po tygodniu zmarł w szpitalu. To był szok dla dziewczyny. Monika nie potrafiła otrząsnąć się po stracie męża; wpadła w depresję. Marcin skończył właśnie siedem lat, chodził do pierwszej klasy szkoły podstawowej i nie do końca rozumiał, co się stało. Wiedział jedynie, że tata już nie wróci.

Jego mama zaczęła topić smutki w alkoholu.

Z czasem pozostający bez opieki chłopiec z pogodnego, zadbanego dziecka zmienił się w nerwowego, niegrzecznego łobuza. Dyrektorka szkoły poinformowała o całej sytuacji dziadków chłopca.

Wychowany przez ulicę

Stefan i Pelagia zaproponowali córce, że na jakiś czas - zanim dojdzie do siebie - zaopiekują się wnuczkiem, jednak Monika nie chciała o tym w ogóle słyszeć. Obiecała, że weźmie się w garść i sama zajmie się synem. Jednak nie potrafiła dotrzymać słowa i zupełnie przestała interesować się dzieckiem.

Marcin rósł. Przyzwyczaił się do sytuacji, w której musiał sam sobie radzić. Nikomu się nie skarżył, ukrywał zarówno w szkole, jak i przed dziadkami, że mama nadal pije. Inaczej nie mógł, bo kobieta straszyła go, że jeśli ją wyda, odda go do domu dziecka. Chłopiec większość czasu spędzał na podwórku. Spotykał się z grupką dzieci z podobnymi jak on problemami. Miał zaledwie osiem lat, kiedy zaczęła wychowywać go ulica. Czasami, żeby nie chodzić głodnym, kradł. Szybko poznał smak papierosów i piwa.

Po latach Marcin w ten sposób wspominał swoje dzieciństwo: - Wstydziłem się tego, kim jestem oraz tego, jaka jest moja matka. Większość dzieciaków wyśmiewała się ze mnie, wyzywali mnie od "bachora pijaczki". Miałem kilku kolegów, oni pochodzili z podobnych rodzin, rozumieli mnie. Byłem zaniedbany, często nie miałem co jeść, nie mówiąc już o najpotrzebniejszych rzeczach, jak spodnie czy buty. Nieraz uciekałem przed pijaną matką i jej kolejnymi kochankami, którzy przewijali się przez nasze mieszkanie. Wiele nocy spędziłem na ulicy. Zazdrościłem kolegom domów, rodziców, miłości. Oni posiadali wszystko, a ja, żeby mieć głupią bułkę, musiałem żebrać lub kraść.

Wyprowadzanie na ludzi

Problemy w domu rodzinnym odbijały się na nauce i zachowaniu Marcina. Chłopiec ufał tylko przyjaciołom z podwórka. W szkole izolował się całkowicie od innych uczniów. Na wszelkie próby pomocy reagował agresywnie. Z trudem zdawał do kolejnych klas. Po skończeniu podstawówki zrezygnował z dalszego kształcenia się. Musiał się sam utrzymywać i wciąż kombinował, jak zdobyć parę groszy. Nie przypuszczał, że jego życie niebawem się zmieni.

Dziadków Marcin pamiętał jak przez mgłę. Dawno ich nie widział, gdyż - jak opowiadała matka - nie chcieli jej znać. Była to prawda. Rodzice Moniki istotnie w pewnym momencie zaprzestali walki o wnuka i powrót do normalności swojej córki. Zerwali z nią wszelkie kontakty. Monice to odpowiadało, bo przynajmniej przestali zrzędzić. Męczyło ją ich gadanie o zasadach i wartościach,

o życiu w wierze i w zgodzie z przykazaniami. Ona chciała robić to, na co miała ochotę.

Kiedy pod koniec 1999 roku Monika, złapana za rozbój, trafiła do więzienia, Marcin został umieszczony w pogotowiu opiekuńczym. Rozpoczęto poszukiwania rodziny, która zgodziłaby się zająć nastolatkiem.

Dziadkowie, gdy tylko dowiedzieli się, w jak fatalnej sytuacji znalazł się ich wnuczek, obiecali zająć się chłopakiem i wychować go jak należy. Decyzją sądu Marcin zamieszkał razem z Pelagią i Stefanem. Mimo szczerych chęci obu stron relacje pomiędzy wnuczkiem i dziadkami nie układały się najlepiej. Marcin z trudnością przestrzegał zasad panujących w domu jego opiekunów. Na początek nakazali mu kontynuowanie nauki. Na prośbę Stefana nastolatek został przyjęty do jednej z poznańskich zawodówek. Postępy w nauce również sprawdzał starszy pan, cały czas powtarzając, że jego największym marzeniem jest "wyprowadzenie Marcinka na ludzi".

"Zakaz spotykania się z dziewuchą"

Nastolatek musiał całkowicie zmienić dotychczasowy styl życia. Otrzymał kategoryczny zakaz palenia oraz wychodzenia po godzinie 20 w tygodniu i po 22 w weekendy. O dyskotekach czy wyjściach do pubów w ogóle nie było mowy. Jego opiekunowie sprawdzali, czy nie przychodzi do domu pijany. Dziadkowie nie byli zachwyceni towarzystwem, w jakim się obracał, chcieli też, by Marcin zaczął się inaczej ubierać. Nastolatek ponownie poszedł do szkoły, przestrzegał narzuconego mu zakazu palenia i picia, w domu zjawiał się o ustalonych porach.

Ale wściekał się, gdy dziadkowie mieszali się do tego, co na siebie zakłada i z kim się spotyka. Chłopak często w złości powtarzał, że "prędzej zabije siebie lub ich, niż zrezygnuje z przyjaźni z kumplami", która - jak podkreślał - "trwa od lat". Oczywiście nikt nie brał tych gróźb na serio. Starszemu państwu nie podobała się zwłaszcza jedna dziewczyna, z którą spotykał się ich wnuk - 16-letnia Marta, ich zdaniem zbyt wulgarna i wyzywająca.

Poza tym Stefan i Pelagia obawiali się, że Marcin może zbyt wcześnie zostać ojcem. Dlatego doszli do wniosku, że powinni mu zakazać z nią kontaktów. Wnuk mieszkał z nimi już ponad rok, gdy postanowili przeprowadzić z nim poważną rozmowę:

- Słuchaj, Marcinku - zaczął dziadek. - Długo rozmawialiśmy z babcią na ten temat i wydaje nam się, że Marta nie jest odpowiednią dziewczyną dla ciebie. Ona jest taka nieobyta, ubiera się zbyt odważnie, poza tym pali, źle się zachowuje - argumentował.

- Ale ja uważam inaczej. Marta to wspaniała dziewczyna i ja ją kocham! - odparł chłopak.

- Dziecko, przecież nie wiesz, co mówisz! Jesteś jeszcze za młody. Teraz najważniejsza jest nauka i Kościół. Powinieneś się częściej modlić, a nie biegać za dziewczynami - wtrąciła Pelagia.

- Oj, babciu, nie znasz jej, Marta jest naprawdę bardzo fajna - odpowiedział Marcin.

- Słuchaj, chłopcze! My już postanowiliśmy: masz zakaz spotykania się z tą dziewuchą! - dziadek był stanowczy.

- Wy chyba żartujecie?! - krzyknął nastolatek.

- Nie ma mowy, nigdy jej nie zostawię!

- W takim układzie, jeśli nie potrafisz się dostosować do reguł panujących w tej rodzinie, będziesz musiał wrócić do pogotowia opiekuńczego lub iść do domu dziecka. Za dwa tygodnie kończysz 17 lat i do tego czasu masz wybrać: albo ona, albo wynosisz się z naszego domu - dziadek nie owijał w bawełnę.

Marcin nie chciał wracać do pogotowia opiekuńczego. Tak naprawdę u dziadków miał wszystko, czego tylko zapragnął. Jednak wiedział też, że jednego nie zrobi nigdy - nie zrezygnuje z Marty.

Postanowił opowiedzieć o swoim problemie przyjacielowi, Andrzejowi, i zapytać go o radę. Marcin nie wiedział, jak wyjść w tej sytuacji. Liczył na to, że tamten podsunie mu jakiś pomysł. Kupił dwie półlitrówki wódki i pojechał do niego.

"Kropnij starych!"

Po półgodzinie siedział już w mieszkaniu Andrzeja. Przy butelce wódki szybko streścił mu rozmowę ze swoimi dziadkami.

- Mam ich dość! Po prostu nie wiem, co robić. Lepiej by było, jakby zdechli - mówił, nie panując nad emocjami.

- To jest dobry pomysł - zauważył Andrzej.

- Jaki pomysł? - spytał Marcin.

- Jak to jaki?! Kropnij starych, zwiń im kasę, auto i wyjedź z Martą jak najdalej stąd - powiedział jego przyjaciel.

- Ale ja chyba nie dam rady...

- Dasz, a jak mi obiecasz, że mnie zabierzesz i pojadę razem z wami, to ci pomogę - zaproponował Andrzej.

Przy kolejnej flaszce planowali zbrodnię. Ustalili, że Marcin zgodzi się na żądanie dziadków i nie będzie więcej spotykał się z Martą, dzięki czemu na jakiś czas uśpi ich czujność. Chłopak początkowo wahał się, zastanawiał się, co z tego wyniknie. Andrzej uświadomił mu jednak, że to Stefan i Pelagia są winni całej sytuacji.

Zakazują mu przecież widywania się z tak fajną dziewczyną, jak Marta, i dlatego nie powinien mieć żadnych wyrzutów sumienia.

Został zakłuty nożem

23 maja 2001 roku, około godziny 13, Andrzej wraz z Marcinem poszli po lekcjach do mieszkania Stefana i Pelagii. Ustalili, że właśnie tego dnia wykonają swój zbrodniczy plan. Pierwsza miała zginąć kobieta. Chłopcy zaraz po wejściu do mieszkania udali się do dużego pokoju.

- Babciu, jest coś na obiad? - zawołał Marcin.

- Tak, kochanie! Już wam nakładam - odparła Pelagia.

Starsza pani wstała ze swojego ulubionego fotela przed telewizorem i, zostawiając męża siedzącego na kanapie, poszła do kuchni. Gdy tylko znalazła się w środku, Marcin rzucił się na nią z nożem. Bezbronna staruszka nawet nie zdołała krzyknąć. Wnuczek dźgnął ją wiele razy, zadając śmiertelne rany. Andrzej stał i patrzył, jak jego przyjaciel zabija kobietę. Pelagia osunęła się na podłogę, a Marcin wybiegł z pomieszczenia, wrócił do pokoju i rzucił się na dziadka. Stefan próbował się bronić, jednak nie miał szans z młodym i silnym chłopakiem.

Po zabójstwie Marcin szybko spakował swoje rzeczy, zabrał wszystkie pieniądze, które udało mu się znaleźć w mieszkaniu, kluczyki do auta, a także biżuterię i inne wartościowe przedmioty. Potem wraz z Andrzejem wsiedli do samochodu dziadków i pojechali na poznańskie Piątkowo, gdzie mieszkała Marta.

Kochanek we krwi

Dziewczyna właśnie oglądała serial, kiedy usłyszała dźwięk domofonu. To był jej chłopak, czekał na dole przed blokiem. Gdy zeszła do niego, zdziwiła się, że przyjechał samochodem, bo wiedziała, że nie ma prawa jazdy. W aucie zauważyła też Andrzeja - chłopak patrzył przed siebie i wydawał się nieobecny. Marta miała wrażenie,

że również Marcin zachowuje się jakoś dziwnie, był zdenerwowany. Z przerażeniem odkryła na jego bluzie i rękach ślady krwi.

- Jezu! Marcin, co się stało?! - krzyknęła.

- Jesteśmy wolni i bogaci... - odparł po chwili.

- Co ty mówisz, co się stało? - spytała coraz bardziej zaniepokojona.

- Idź, spakuj swoje rzeczy. Wyjeżdżamy, zabiłem dziadków - oświadczył.

Marta patrzyła na niego zaszokowana. Nie mogła uwierzyć w to, co usłyszała. Jednak ślady krwi świadczyły o tym, że Marcin mówi prawdę. Z trudem opanowała drżenie rąk, łzy cisnęły jej się do oczu. Pocałowała go w usta i powiedziała: - Wiesz, że bardzo cię kocham. Poczekaj chwilę, pobiegnę po rzeczy.

"Porozmawiamy w radiowozie"

Wcale nie zamierzała uciekać razem z nim. Mimo że sama nie znosiła dziadków swego chłopaka, a jego darzyła szczerym uczuciem, nie potrafiła pogodzić się z morderstwem z zimną krwią. Ledwo wróciła do swojego mieszkania, chwyciła za telefon i wybrała numer 997.

Gdy zgłosił się oficer dyżurny i powiedział: "Policja, słucham?", jednym tchem wykrzyczała: - Mój chłopak zabił swoich dziadków! Przyjeżdżajcie jak najszybciej!

Kilka minut później pod jej blok podjechał radiowóz. Marta czekała na funkcjonariuszy na dole przy bramie. Szybko streściła im rozmowę z Marcinem. Podała też adres jego opiekunów. Policjanci powiadomili kolegów z komendy, a ci natychmiast wysłali patrol do mieszkania starszych państwa.

- Dobrze, uspokój się. Powiedz, gdzie teraz jest ten chłopak? - spytał jeden z policjantów.

- Na parkingu przed blokiem. Czeka tam na mnie, jest razem z Andrzejem, swoim kolegą. Przyjechali czerwonym oplem corsą należącym do jego dziadków - odparła zdenerwowana Marta.

Mundurowi ruszyli w stronę samochodu. Jeden z nich odnalazł po chwili corsę, podszedł do auta i zapukał w boczną szybę. Marcin otworzył okno. W tym momencie funkcjonariusz dostrzegł ślady krwi na jego ubraniu.

- Panowie, proszę wysiąść z wozu. Porozmawiamy sobie w radiowozie - powiedział policjant. Chłopcy bez słowa wyszli i ruszyli wraz z mundurowymi.

Kątem oka Marcin zauważył, że przed bramą bloku stoi Marta. Po policzkach płynęły jej łzy. - Nic się nie martw, będzie dobrze. Pamiętaj, że cię kocham! - krzyknął.

Chwilę potem wraz z kolegą wsiadł do radiowozu.

Miał ich po prostu dosyć

Zanim Marcina i Andrzeja przewieziono do Komendy Miejskiej przy al. Marcinkowskiego w Poznaniu, policjanci dostali informację, że w mieszkaniu państwa Mikołajczaków rozegrał się dramat, dwójka gospodarzy, mąż i żona, zostali zamordowani. Kiedy samochód wiozący nastolatków dotarł na posterunek, czekali już na nich oficerowie wyznaczeni do prowadzenia śledztwa w sprawie zabójstwa.

Od razu rozpoczęto przesłuchania podejrzanych. Chłopcy na wstępie przyznali się do postawionych zarzutów.

- To wszystko moja wina, namówiłem Marcina do tego. Mimo że ja ich nie zabiłem, jestem winny tak samo jak Marcin - powiedział Andrzej.

Jego kolega wziął całą odpowiedzialność na siebie.

- Andrzej nie ma z tym nic wspólnego. Jest moim przyjacielem i zawsze mnie wspierał w trudnych chwilach - bronił kolegę Marcin. - Dziadkowie starali się mnie we wszystkim ograniczać. Godziłem się na większość ich zasad, bo i tak było mi u nich lepiej niż z moją matką przez te wszystkie lata. Ale kiedy kazali mi zmienić towarzystwo i zabronili spotykać się z Martą, grożąc, że jeśli nie spełnię ich żądań, oddadzą mnie do domu dziecka, nie wytrzymałem. Ich zabójstwo zaplanowałem sam. Andrzej nawet ich nie tknął, to ja zabiłem.

Marcin Mikołajczak oraz Andrzej Michałowski zostali przewiezieni do Prokuratury Rejonowej w Poznaniu w celu złożenia wyjaśnień. Tam na miejscu obaj ponownie przyznali się do dokonania podwójnego zabójstwa.

- Wszystko było dobrze, dopóki dziadkowie nie kazali mi przestać spotykać się z moją dziewczyną. Chcieli ukarać mnie za błędy młodości, które popełniła moja matka. Bali się, że zmajstruję dzieciaka i spieprzę sobie życie. Nie rozumieli, że ja Martę kocham jak nikogo innego. Miałem ich po prostu dość - opowiadał Marcin.

Dowody wskazywały na to, że za zbrodnię odpowiadają Marcin z Andrzejem. Ich przyznanie się do winy potwierdzało ustalenia policji. 18-letni Marcin decyzją sądu został tymczasowo aresztowany na trzy miesiące i przewieziony do Aresztu Śledczego przy ul. Młyńskiej w Poznaniu. Wraz z nim trafił tam również Andrzej.

Niepoczytalny?

Marcinowi przyznano obrońcę z urzędu, Mikołaja Kowalika, który początkowo przyjął linię obrony opartą na tezie, iż ciężkie przeżycia, jakie miały miejsce w dzieciństwie oraz w okresie dojrzewania, wywołały u jego klienta chorobę psychiczną. Mogła mieć ona wpływ na jego czyny czy nawet spowodować, że w trakcie popełniania przestępstw był niepoczytalny. W piśmie do Prokuratury Wojewódzkiej w Poznaniu Kowalik napisał: "Wszystko wskazuje na to, że mój klient jest psychicznie chory. Stany lękowe, depresyjne, ataki agresji, drżenie rąk świadczą o silnym stresie, jaki od dawna towarzyszy mojemu klientowi, a objawy te są jego skutkiem. Wnoszę o przeprowadzenie obserwacji sądowo-psychiatrycznej w celu stwierdzenia niepoczytalności u mojego klienta (...)".

Prokuratura przychyliła się do wniosku adwokata i na jej polecenie w listopadzie 2001 roku Marcin Mikołajczak został przewieziony na Oddział Psychiatrii Sądowej Szpitala Aresztu Śledczego w Szczecinie, gdzie przebywał przez dwa miesiące. Przeprowadzona obserwacja miała na celu ocenę stanu umysłowego podejrzanego oraz określenie stopnia jego niepoczytalności w stosunku do zarzucanych mu czynów karalnych.

Z opinii sądowo-psychiatrycznej, wydanej 12 stycznia 2002 roku przez biegłych psychiatrów, dowiadujemy się, że "(...) wykonane badania na oddziale obserwacji nie ujawniły jednoznacznych wyraźnych wyników, świadczących o ograniczonym uszkodzeniu mózgu. (...) rozpoznajemy u podejrzanego zespół zaburzeń osobowości (...). Szczegółowo przeprowadziliśmy analizę zdarzeń, które doprowadziły do aresztowania podejrzanego. Przeżyte traumy miały wpływ na nie, jednak nie znajdujemy takich chorobliwych przyczyn, które by ograniczyły w jakimś stopniu jego zdolności postrzegania".

Odpowiadał jak dorosły

Biegli psychiatrzy rozpoznali u Marcina zaburzenia o złożonym podłożu psycho-socjo-charakteropatycznym, jednak z całą pewnością uznali podejrzanego za osobę w pełni poczytalną i świadomą okrucieństwa czynów, jakich się dopuściła.

Dochodzenie w sprawie zabójstwa Stefana i Pelagii Mikołajczaków trwało ponad rok. Akt oskarżenia w tej sprawie trafił do sądu wojewódzkiego w czerwcu 2002 roku. Marcina Mikołajczaka oskarżono o podwójne zabójstwo ze szczególnym okrucieństwem z zasługujących na potępienie motywów, zaś jego przyjaciela Andrzeja Michałowskiego o podżeganie i pomoc przy dokonywaniu mordu. Proces rozpoczął się 13 września 2002 roku w poznańskim sądzie wojewódzkim.

Trybunał zdecydował, że Marcin odpowie za swój czyn jak osoba dorosła, mimo że w chwili dokonywania zbrodni jeszcze nie był pełnoletni. Oznaczało to, że może spędzić wiele lat za kratkami.

Przesłuchani w pierwszym dniu rozprawy Marcin i Andrzej przyznali się do stawianych im zarzutów i nie zaprzeczali złożonym w trakcie śledztwa zeznaniom. Wezwani na rozprawę biegli psychiatrzy potwierdzili wnioski zawarte w wydanej przez nich opinii. Ich zdaniem Marcin był w pełni poczytalny i doskonale zdawał sobie sprawę, jakiego czynu się dopuścił.

Zresztą, co słusznie podkreślali zarówno biegli, jak i oskarżyciel, chłopak przygotowywał się do zabójstwa swoich bliskich, co oznacza, że działał z bezpośrednim zamiarem pozbawienia ich życia.

Proces trwał pół roku i toczył się za zamkniętymi drzwiami.

Wysoka kara dla nieletniego

Siedemnastego marca 2003 roku zapadł wyrok w tej bulwersującej opinię publiczną sprawie. Marcin został skazany na 25 lat pozbawienia wolności (była to najwyższa kara, na jaką można skazać nieletniego, kodeks karny nie zezwala w takich przypadkach na orzekanie dożywotniego pozbawienia wolności). Decyzją sądu na poczet kary zaliczono Marcinowi czas, który spędził w areszcie, a ponadto ustalono, że chłopak będzie mógł starać się o przedterminowe zwolnienie po odbyciu trzech czwartych zasądzonej kary.

Andrzeja sąd skazał na 15 lat więzienia. Również, jak w przypadku Marcina, skazanemu na poczet kary zaliczono okres, który spędził w areszcie, ponadto ustalono, że chłopak będzie mógł starać się o przedterminowe zwolnienie po odbyciu dwóch trzecich zasądzonej kary. Żaden ze skazanych nie złożył apelacji. Andrzej Michałowski odsiaduje swój wyrok w Zakładzie Karnym w Rawiczu. Jeśli wszystko pójdzie po jego myśli, za rok będzie już na wolności. Marcin Mikołajczak przebywa w Zakładzie Karnym w Kaliszu. Do swojego kolegi dołączy najwcześniej za 10 lat.

Kinga Przyborowska

Personalia oraz niektóre okoliczności zdarzeń zmieniono.

Śródtytuły pochodzą od redakcji portalu INTERIA.PL.

Śledztwo
Dowiedz się więcej na temat: chłopak | dziadek | dziadkowie | alkoholizm | morderstwa | miłośc | nie żyje | babcia | szkoła | zabójstwo

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy