Reklama

Człowiek, który nie powinien mieć grobu

Edmund K. przez wiele lat profanował groby na poznańskich cmentarzach, dopuszczając się aktów nekrofilii. W końcu uznał, że seks z kobiecymi zwłokami już mu nie wystarcza i czas zapolować na coś żywego.

Nekrofilia, czyli stosunki seksualne ze zmarłymi, jest czynem wyjątkowo odrażającym. W historii roi się od opowieści o ludziach, którzy pod osłoną nocy zakradali się na cmentarze i wykradali zwłoki, aby z nimi cieleśnie obcować. Tego rodzaju przestępstwa zdarzają się także w Polsce, czego dowiodło śledztwo przeprowadzone w latach 1982-1984 w Poznaniu.

Pechowa wyprawa

Pewnego wieczoru Edmund K. siedział w fotelu przed telewizorem i oglądał horror, którego akcja rozgrywała się na cmentarzu. Seksualne napięcie, jakie narastało w nim od kilku miesięcy, dochodziło do szczytu. Nigdy nie walczył ze swymi popędami, choć zdawał sobie sprawę, że to one od dawna kierują jego życiem. Kiedy ujrzał na ekranie scenę, w której wygrzebywano ludzkie zwłoki z grobu, nie wytrzymał. Wstał, chwycił łopatę, latarkę, nóż i wyszedł z domu.

Wkrótce znalazł się w pobliżu jednego z poznańskich cmentarzy. Po przekroczeniu bramy od razu poszedł na miejsce, gdzie znajdowały się "świeże" groby. Jego uwagę zwróciła mogiła Teresy P. Nie myśląc długo rozkopał ją, odsłonił trumnę, otworzył wieko i wyciągnął ciało zmarłej kobiety, które potem przeniósł w ustronne miejsce. W zbezczeszczeniu zwłok przeszkodzili mu jednak funkcjonariusze MO.

Reklama

W związku z powtarzającymi się wypadkami profanacji grobów milicjanci patrolowali poznańskie nekropolie. W 1983 roku pewnego majowego wieczoru grupa funkcjonariuszy monitorująca cmentarz na Miłostowie zauważyła, że jeden z grobów został rozkopany. Otworzono trumnę, która okazała się pusta. Wszczęto poszukiwania sprawcy tej profanacji. W pewnym momencie jeden z milicjantów dostrzegł na skraju cmentarza cień skradającego się mężczyzny. Spłoszony widokiem stróżów prawa osobnik rzucił się do desperackiej ucieczki. Zbiegł, lecz pozostawił na miejscu zdarzenia łopatę, dwie linki o długości 4,7 metra i kawałek papieru pakunkowego, na którym znajdował się nadruk fabryki opakowań kosmetycznych "Pollena". Przedmioty znalezione na cmentarzu pozwoliły na szybką identyfikację tajemniczego kopacza. Jego zatrzymanie wyjaśniło kilka zagadkowych przestępstw, jakie miały miejsce w latach 70. i 80. na terenie Polski.

Nadpobudliwy i agresywny

Edmund K. urodził się w 1947 roku. Od dzieciństwa sprawiał poważne problemy, był chłopcem słabym i nadpobudliwym. Już podczas nauki w szkole podstawowej został skierowany na leczenie do szpitala dla nerwowo i psychicznie chorych. To właśnie wtedy ujawnił się u niego pociąg do ludzkich zwłok. Często widziano go, jak zaglądał przez okna do pomieszczeń, gdzie leżały trupy zmarłych pacjentów. Po skończeniu podstawówki stanął przed sądem dla nieletnich za atakowanie i molestowanie przypadkowych kobiet. Napadów tych dokonywał w okolicach Akademii Medycznej i jeziora Rusałka. Decyzją sądu chłopiec został umieszczony w zakładzie poprawczym oraz objęty dozorem kuratora. Jednak wykonanie wyroku zawieszono na dwa lata. K. ponownie stanął przed sądem w 1966 roku, oskarżony o pobicie. Skazano go wtedy na rok i sześć miesięcy więzienia. Karę tę odbywał do listopada 1967 roku. Po opuszczeniu zakładu karnego Edmund K. poślubił Zofię S.

Początkowo pożycie pary układało się dobrze, do czasu, gdy kobieta zaszła w ciążę. Wtedy mężczyzna ponownie zainteresował się ludzkimi zwłokami. Fascynacja okazała się tak silna, że kiedy zmarła jedna z sióstr jego żony, nekrofil, korzystając z chwili, gdy został sam na sam z nieboszczką, rozebrał ją i onanizował się, dotykając jej narządów płciowych.

Potrzeby seksualne Edmunda K. stały się z czasem tak intensywne, że w 1972 roku znów zaczął atakować kobiety w okolicach jeziora Rusałka. Napadnięte ofiary kopał, okładał pięściami, szarpał za włosy i ranił nożem. W ten sposób chciał je zmusić do odbycia stosunku. Za te czyny sąd skazał go na łączną karę 9 lat pozbawienia wolności.

Z więzienia wyszedł w 1979 roku. W trakcie pobytu w zakładzie karnym do Sądu Okręgowego w Poznaniu wpłynął wniosek o uznanie małżeństwa osadzonego z Zofią S. za nieważne. Sąd w 1975 roku przychylił się pozytywnie do prośby kobiety. Z akt Edmunda K. wynika, że w więzieniu zachowywał się poprawnie. Sumiennie i chętnie wykonywał swoje prace, był posłuszny nakazom strażników. Taka postawa przyczyniła się do szybszego wypuszczenia skazanego na wolność. 9 sierpnia 1979 roku, po odbyciu dwóch trzecich orzeczonej kary, został zwolniony. Po wyjściu z więzienia początkowo zatrzymał się u kolegi. Kilka miesięcy później Edmund K. poznał Gabrielę T. i przeprowadził się do jej mieszkania. W tym samym czasie wrócił do starych praktyk.

Nekrofil na łowach

Z kobietami Edmundowi K. się nie układało, przed każdym zbliżeniem odczuwał tremę. Często z powodu zdenerwowania nie był w stanie odbyć pełnego stosunku. Narastające napięcie i frustrację postanowił rozładowywać w inny sposób - ze szmat i gąbek zaczął sporządzać kukły imitujące kobiety. Sypiał z tymi manekinami i masturbował się przy nich.

Sprofanowanie pierwszego w życiu grobu miał już za sobą. W trakcie śledztwa wspominał, że pewnej nocy (w 1972 roku) odkopał mogiłę na cmentarzu w jednej z podpoznańskich miejscowości i pokiereszował nożem trupa pogrzebanej w niej kobiety. Wyznał, że widok martwego ciała działał na niego podniecająco: "W momencie rozkopywania grobu odczuwałem napięcie (...), przy zwłokach czułem się lepiej niż podczas stosunku z kobietą". Na samo wspomnienie obcowania ze zwłokami przechodziły go dreszcze pożądania, nie mógł zapanować nad swoimi emocjami.

W lipcu 1980 roku przyjechał do rodzinnej miejscowości swojej byłej żony - Nowej Soli. Cały dzień wałęsał się po mieście. Po zmroku znalazł się na cmentarzu. Nie zdołał znaleźć świeżo usypanego grobu, więc udał się do domu pogrzebowego. Kiedy zaglądając przez okno do kostnicy zauważył leżącą trumnę, wszedł do środka. Trzęsącymi się z emocji rękoma zaczął odkręcać śruby mocujące wieko. We wnętrzu znajdowały się zwłoki Stanisławy K. Owładnięty ekstazą nekrofil obnażył nieboszczkę i wyciął scyzorykiem jej narządy płciowe i piersi. Makabryczne trofeum wrzucił do torby foliowej i postanowił wrócić do domu. Po drodze zgubił jednak odciętą zmarłej pierś.

Po powrocie do Poznania wykonał ze szmat manekina imitującego kobietę i przyszył do niego zdobyte części ciała Stanisławy K. Kukła służyła mu do zabawy - patrzył na nią, dotykał, zaspokajał się. Jak sam stwierdził: "Kilka razy w ciągu dnia odczuwałem potrzebę rozładowania seksualnego". Po niespełna tygodniu wycięte fragmenty zwłok spalił w piecu.

W latach 1980-1983 Edmund K. dokonał profanacji czterech grobów w Poznaniu. Za każdym razem ze swoich cmentarnych eskapad przynosił do domu upiorne pamiątki. Z kobiecych zwłok wycinał piersi i narządy płciowe, po czym przyszywał je do sporządzonych kukieł i oddawał się swoim zboczonym praktykom. Jak się później okazało, jego działalność nie pozostawała niezauważona.

W toku śledztwa Gabriela T. zeznała, że jej konkubent często znikał na wiele godzin w komórce, mieszczącej się w ich kamienicy. Tylko Edmund K. miał klucze do tego pomieszczenia i nikogo tam nie wpuszczał. Kobieta dodała, że domyślała się, czym zajmuje się jej partner. Kiedyś nawet znalazła skrawek ludzkiego ciała w popielniczce, lecz obawiając się o życie swoje i dziecka, nie mogła zareagować. Po zatrzymaniu przestępcy wyszło na jaw, że nie ograniczał się jedynie do kaleczenia umarłych.

Mieszkająca w Emilianowie Kazimiera G. przyjechała do Poznania 27 października 1980 roku, aby pozałatwiać swoje sprawy. Czekając na dworcu na pociąg powrotny, poznała pewnego mężczyznę - był nim Edmund K. Po krótkiej rozmowie para umówiła się na spotkanie. Nazajutrz, punktualnie o 16 Kazimiera G. zjawiła się w dworcowej kawiarni. K. już na nią czekał. Obydwoje miło spędzili czas, pili alkohol i dużo rozmawiali. W pewnym momencie kobieta zaproponowała, aby pojechali do niej. Około 19 opuścili kawiarnię i udali się na pociąg.

W drodze do Emilianowa Kazimiera kokietowała swego towarzysza. Powiedziała, aby Edmund K. został u niej na noc. Wysiedli na stacji w Bobrówku i dalej udali się pieszo. Szli przez las, rozmawiali i w pewnym momencie mężczyzna poczuł nieodpartą chęć zabicia idącej obok kobiety. Zwolnił, podążał tuż za nią, z minuty na minutę jego napięcie potęgowało się, drżał z podniecenia. Raptem pochylił się i podniósł z ziemi grubą gałąź. Na niczego niespodziewającą się kobietę spadły ciosy. Edmund K. uderzył ją kilkakrotnie w głowę, Kazimiera G. straciła równowagę i przewróciła się. Napastnik bił ją tak długo, dopóki nie stwierdził, że nie daje ona już oznak życia. Wtedy podciągnął jej sukienkę i zsunął majtki. Na widok nagiego ciała ofiary podniecił się, wyjął scyzoryk i w ekstazie zaczął wycinać zmarłej narządy płciowe. Trupa kobiety wrzucił do rowu i przysypał piaskiem. Swoje łupy zawinął w papier i zabrał do domu.

Morderca przez kilka dni oddawał się nekrofilskim praktykom, po czym spalił odcięte kawałki zwłok w piecu. Podczas przesłuchania w 1983 roku Edmund K. przyznał się do zabicia Kazimiery G. Jednak w miejscu wskazanym przez podejrzanego, mimo intensywnych poszukiwań nie udało się odnaleźć ciała denatki. W trakcie okazania zdjęć 10 kobiet zabójca bezbłędnie wskazał zdjęcie Kazimiery G., co utwierdziło sąd w przekonaniu, że to on jest winny jej tajemniczemu zniknięciu przed trzynastu laty.

Czekanie potęguje złość

W godzinach rannych 16 marca 1981 roku Edmund K. przyjechał do Warszawy. Jego podróż miała prozaiczny powód, zamierzał kupić w stolicy elektroniczny zegarek. Po wizycie w sklepie mężczyzna poszedł do kawiarni "Danusia". Zajął miejsce przy stoliku w rogu sali i zamówił kawę. Po jakimś kwadransie do lokalu weszła młoda, bardzo atrakcyjna kobieta, spojrzała w kierunku samotnego mężczyzny i uśmiechnęła się. Edmund K. odwzajemnił uśmiech, dziewczyna potraktowała to jak zaproszenie i podeszła do niego.

- Można? - zapytała.

- Oczywiście - powiedział i mrugnął do niej szelmowsko.

- Karolina - przedstawiła się nieznajoma. - A ty jak masz na imię?

- Edmund - odparł. - Czego się napijesz, Karolino?

- Może koniak? - zasugerowała.

Edmund K. zamówił alkohol i para zaczęła rozmawiać. W towarzystwie tajemniczej Karoliny mężczyzna wypił cztery lampki koniaku.

- Kurczę, dziwnie się czuję, kręci mi się w głowie, chyba za dużo wypiłem - wyznał w pewnym momencie.

- Słuchaj, to może pojedziemy do mnie? Mieszkam niedaleko Warszawy, zjemy coś, zabawimy się, prześpisz się i rano wrócisz do Poznania... - zaproponowała dziewczyna.

- Dobra! - zgodził się bez wahania.

Opuścili razem kawiarnię i udali się do miejscowości Wawer pod Warszawą.

- Mieszkam blisko, w tych blokach - powiedziała Karolina. - No, dalej idziemy!

- Mieszkasz sama?

- Pewnie! O, już prawie jesteśmy. Słuchaj, poczekaj tu chwilkę, skoczę tylko do koleżanki, obiecałam jej oddać kasę, którą od niej pożyczyłam. Zaraz będę, OK?

- Jasne, tylko się pośpiesz - odpowiedział Edmund K. i uśmiechnął się.

Czuł rosnące podniecenie. Przypuszczał, że będzie to bardzo miły wieczór. Od wcześniej wypitego alkoholu nadal kręciło mu się w głowie. Nieobecność dziewczyny przedłużała się i zaczął się niepokoić. Cholera, gdzie ona się podziała? - pomyślał. Sięgnął do kieszeni spodni, aby sprawdzić, która jest godzina. Kurwa, gdzie zegarek i kasa? - złapał się raptem za głowę. - Obrobiła mnie! Głupia suka mnie okradła, ale ze mnie frajer! Rozejrzał się dookoła, ale w pobliżu nikogo nie było, tajemnicza Karolina zniknęła, a wraz z nią jego pieniądze. Niech to szlag, nawet nie wiem, jak iść do stacji, zgubiłem się na tym pieprzonym zadupiu! - pierwszy raz w życiu dał się tak oszukać. Wściekły i zdezorientowany postanowił po prostu pójść przed siebie.

Tymczasem 20-letnia Hanna S. skończyła właśnie pracę. Zrobiło się już bardzo późno. Dziewczyna, mimo iż była przyzwyczajona do wieczornych powrotów, nie lubiła ich. Zawsze odliczała kroki dzielące ją od bloku, w którym mieszkała. Mrok i głucha cisza przerażały ją. Idąc w stronę domu, nie zwróciła uwagi na czającą się w ciemnościach postać. Edmund K. przez chwilę przyglądał się napotkanej kobiecie - czuł rosnące podniecenie i nie namyślając się długo, ruszył za nią. Po drodze podniósł z ziemi metalowy pręt. Krew pulsowała mu w żyłach, serce zaczęło bić mocniej, pożądanie sięgnęło zenitu. Wiedział, że znowu to zrobi.

Szedł w bezpiecznej odległości za upatrzoną ofiarą. Przechodząc niedaleko pustego placu, rozejrzał się uważnie. Kiedy upewnił się, że w pobliżu nikogo nie ma, podbiegł i uderzył dziewczynę kilkakrotnie w głowę. Hanna S. przewróciła się. Napastnik usiadł na niej, zacisnął ręce na jej gardle i udusił ją. Dysząc ze zmęczenia i podniecenia, gwałtownie zaczął zsuwać ze zwłok rajstopy i majtki. Przejechał dłonią po wciąż ciepłym udzie zamordowanej i palcem zaznaczył na jej ciele fragmenty do wycięcia. Wyciągnął scyzoryk i patrząc na piękną twarz kobiety, uśmiechnął się. Powoli zaczął nacinać jej gładką skórę, wyżynając piersi i narządy płciowe, które zawinął w papier. Potem oddalił się z miejsca zdarzenia.

Do Poznania wrócił nad ranem. Z dworca udał się prosto do swojego mieszkania, gdzie sporządził imitującego kobietę manekina, do którego przymocował swoje trofea. Onanizował się przy nim kilka razy dziennie. Po tygodniu wyrzucił rozkładające się narządy Hanny S. do śmietnika na podwórku.

17 marca około 13.30 w miejscowości Wawer znaleziono zmasakrowane zwłoki Hanny S. Jak wynikało z opinii biegłych z zakładu medycyny sądowej Akademii Medycznej przyczyną śmierci kobiety były obrażenia głowy, połączone ze stłuczeniem mózgu. Stwierdzono także zasinienie w okolicy szyi, złamanie obu górnych rożków chrząstki tarczowej i podbiegnięcie krwawe w mięśniach szyi. Sprawcy morderstwa nie ujęto.

Edmund K. przyznał się do popełnienia tej zbrodni dopiero w toku postępowania przygotowawczego. Szczegółowo opisał wygląd swojej ofiary, wskazał miejsce i przedstawił sposób dokonania zabójstwa.

Gdzie jest Alina?

Czwartego listopada 1982 roku późnym wieczorem do dyżurnego oficera IV Komisariatu w Poznaniu zgłosili się rodzice 11-letniej Aliny D., uczennicy piątej klasy szkoły podstawowej, zaniepokojeni zniknięciem córki.

- Wróciła ze szkoły około 13. i od razu zabrała się za odrabianie lekcji. Godzinę później Alinka wyszła do sklepu kupić dla mnie i dla męża papierosy. Po powrocie zjadła obiad. Potem poinformowała mnie, że idzie na polanę niedaleko ul. Łużyckiej. Ta łączka jest oddalona od naszego domu o jakieś 200 metrów, córka chciała nazrywać trawy dla królików. Miała wrócić najpóźniej za godzinę, ale do tej pory jej nie ma. Myśleliśmy z mężem, że może poszła do jakiejś koleżanki, dlatego nie przychodzi do domu. Szukaliśmy wszędzie, jest już po 22., na pewno musiało jej się coś stać ? opowiadała matka zaginionej dziewczynki.

- Córka wychodząc z domu była ubrana w wiśniowy skafander z białymi podłużnymi paskami na ramionach, zapinany na zamek błyskawiczny, brązowy golf, sweter koloru zielonego, granatowe spodnie z teksasu oraz brązowe sznurowane buty - dodał ojciec Aliny.

Milicja bardzo poważnie potraktowała zgłoszenie i błyskawicznie wszczęła śledztwo. Tej samej nocy przesłuchani zostali sąsiedzi, nauczyciele i koledzy zaginionego dziecka. Jedna z koleżanek zeznała, że feralnego dnia Alina miała zamiar iść do kina "Apollo". Film rozpoczynał się o 16.00. Trop ten okazał się jednak fałszywy, ponieważ w tornistrze dziewczynki znaleziono nieprzedarty bilet na ten seans. Dokładne przeszukanie łąki, na której zaginiona miała zrywać trawę dla królików, także nie dało efektów. Ani tam, ani w najbliższej okolicy nie znaleziono żadnego śladu. Milicja podejrzewała, że Alina D. mogła paść ofiarą zbrodni na tle seksualnym. Kilkutygodniowe dochodzenie nie przyniosło żadnych rezultatów, poszukiwania okazały się bezowocne. Rodzice przeczuwali najgorsze...

Tamtego dnia Edmund K. przejeżdżał swoim rowerem nieopodal polanki przy ul. Łużyckiej. Na łączce spostrzegł nastolatkę. Zatrzymał się, zsiadł z roweru i podszedł do niej.

- Co panna tutaj robisz? - zapytał.

- Nic - odburknęła.

W jej głosie dało się wyczuć strach. Dziewczynka gwałtownie chwyciła siatkę z zerwaną trawą i postanowiła wracać do domu. Spojrzała jeszcze raz na nieznajomego. Ale dziwny facet - pomyślała. W tym momencie poczuła silny ból tuż nad uchem i upadła na ziemię. Cios zadany kluczem francuskim nie był śmiertelny. Dziewczyna, Alina D., sparaliżowana potwornym bólem, leżała bezwładnie na trawie. Kątem oka dostrzegła, że napastnik podchodzi bliżej. Posypały się na nią kolejne ciosy. Edmund K. uderzał swą ofiarę na oślep. Kiedy zorientował się, że nie daje już znaków życia, zaczął uciekać. W pewnym momencie zatrzymał się i zawrócił. Podszedł do zwłok dziewczynki i rozebrał je do naga. Zdziwił się na widok jej łona, ponieważ nie było owłosione. W tym momencie zdał sobie sprawę z tego, że zamordowana nastolatka nie ma ukończonych 14 lat, chociaż pierwotnie z wyglądu ocenił ją na więcej. Nie zniechęciło go to jednak. Scyzorykiem zmasakrował jej ciało, usuwając piersi i narządy płciowe, które zawinął w papier. Zwłoki dziewczynki wrzucił do rowu i przysypał piaskiem. Jej rzeczy zapakował do siatki, do której wkładała trawę zerwaną dla królików i wyrzucił ją do stawu.

Później spokojnie oddalił się z miejsca zabójstwa. Przyniesione narządy ukrył w swoim "laboratorium". 5 listopada 1982 r. po powrocie z pracy sporządził kukłę, która składała się z rajstop i bluzki wypchanej szmatami. Przyszył do niej również piersi i łono dziewczynki. Dotykając manekina, a w szczególności narządów ofiary, onanizował się. Tak postępował przez kilka dni.

15 grudnia 1982 roku odnaleziono zwłoki nieznanej dziewczynki w wieku 10-13 lat - całkowicie obnażone i pozbawione tych samych części, co sprofanowane na poznańskich cmentarzach ciała nieboszczyków. Nie było przy nich dokumentów, garderoby ani niczego, co pomogłoby w identyfikacji ofiary. Denatka leżała na Polanie Naramowickiej. Funkcjonariuszy bardzo to zdziwiło, gdyż ten teren został dokładnie sprawdzony z pomocą psów tropiących. Podejrzewano, że trupa musiano porzucić w tym miejscu kilka dni po pierwszych poszukiwaniach.

Sekcja zwłok potwierdziła, że czas zgonu ofiary pokrywa się z czasem zaginięcia Aliny D. Dodatkowo wyniki analizy treści żołądka dowiodły, że znalezione w nim resztki pokarmu pochodzą z potraw, które zaginiona dziewczynka spożyła przed wyjściem z domu. Badania uzębienia ostatecznie potwierdziły, że znalezione na polu zwłoki to córka państwa D. W przewodach nosowych, gardle i uszach ofiary natrafiono na ślady ziemi, które upewniły śledczych, że morderca zakopał zwłoki, a następnie po jakimś czasie wydobył je z mogiły i przetransportował w inne miejsce. Poza tym na ciele zamordowanej odkryto rozległe obrażenia, świadczące o straszliwych męczarniach, jakie dziewczynka musiała przejść przed śmiercią.

Zabójstwo nastolatki i makabryczne okaleczenie jej zwłok wywołało przerażenie wśród mieszkańców Poznania. Dużo mówiło się już wówczas o hienie cmentarnej, która pod osłoną nocy bezcześci zwłoki zmarłych kobiet. Wielu ludzi było przekonanych, że właśnie ta osoba jest winna zamordowania bezbronnej dziewczynki.

Śledztwo w toku

Funkcjonariusze wytypowali wielu podejrzanych - jeden z nich, Jerzy L., idealnie odpowiadał kryteriom domniemanego sprawcy zabójstwa Aliny D. i całej serii odrażających profanacji zwłok.

Wytropili go milicyjni wywiadowcy. Mężczyzna został zatrzymany na jednym z poznańskich cmentarzy. Był już wcześniej karany sądownie. W ciągu niespełna tygodnia śledczy zebrali konkretne dowody jego zbrodniczej działalności. Okazało się, że Jerzy L. jest winien wielu brutalnych napadów oraz napastowania kobiet i dziewczyn w pobliżu kilku cmentarzy. Ustalone fakty i poszlaki wskazywały, że dopuścił się około stu takich przestępstw. Jednak funkcjonariusze starali się znaleźć dowody świadczące o tym, że zatrzymany jest mordercą Aliny D. Bez rezultatu. Dziewczynkę zabił ktoś inny. I wciąż pozostawał na wolności.

Tymczasem poszukiwany zbrodniarz jakby sobie kpił ze wszystkich i wszystkiego. 9 maja 1983 roku znowu ruszył do akcji i pod osłoną nocy zakradł się na Cmentarz Miłostowski. Jednak w tym przypadku szczęście mu nie dopisało, spłoszony przez milicję pozostawił na miejscu przestępstwa łopatę, dwie linki, papier pakunkowy oraz odcisk buta.

Tym razem milicja szybko zidentyfikowała domniemanego sprawcę. Okazał się nim Edmund K., 34-letni mieszkaniec Poznania. 16 maja 1983 r. prokuratura zastosowała wobec niego tymczasowy areszt. Zatrzymany nie miał alibi na czas większości zarzucanych mu przestępstw, a podczas przeszukania jego mieszkania znaleziono wiele dowodów rzeczowych, które ponad wszelką wątpliwość świadczyły o tym, że jest on poszukiwaną od dawna hieną cmentarną.

W mieszkaniu podejrzanego zabezpieczono m.in. kurtkę, na której widoczne były ślady krwi, manekina imitującego kobietę oraz wiele czasopism o treści pornograficznej. Kurtkę poddano wnikliwej analizie i badania serologiczne jednoznacznie wykazały, że plamy krwi znajdujące się na niej posiadają taką samą grupę, jaką miała 11-letnia Alina D., B Rh minus.

Edmund K., skonfrontowany ze zgromadzonymi dowodami i wynikami ekspertyz kryminalistycznych, przyznał się do zarzucanych mu czynów i złożył obszerne wyjaśnienia. Podczas przesłuchania wyznał, że w najbliższym czasie planował dalsze profanacje zwłok oraz morderstwo. Jego następną ofiarą miała być jedna z jego dobrych znajomych. Na szczęście w tym zamiarze przeszkodzili funkcjonariusze milicji.

Najwyższa kara

Śledztwo przeciwko grasującej w stolicy Wielkopolski cmentarnej hienie trwało łącznie trzy lata. Zakończyło się w roku 1985 wniesieniem aktu oskarżenia do Sądu Wojewódzkiego w Poznaniu. Edmundowi K. zarzucono dokonanie trzech zabójstw, pięciokrotne dopuszczenie się profanacji zwłok oraz kradzież złotego pierścionka.

Na podstawie opinii biegłych lekarzy psychiatrów sąd ustalił, że oskarżony nie jest chory psychicznie, upośledzony umysłowo, ani dotknięty zmianami organicznymi w obrębie centralnego układu nerwowego. Stwierdził natomiast, że "dotknięty jest zaburzeniami w zakresie osobowości pod postacią psychopatii z wtórną socjopatyzacją wyrażającą się w zboczeniu seksualnym w postaci fetyszyzmu i nekrofilii (...) potrzeby seksualne Edmunda K. są heteroseksualne, a ich siła mieści się w granicach fizjologicznej normy."

Sąd uznał Edmunda K. winnym zarzucanych mu czynów i wyrokiem z dnia 4 czerwca 1985 r. skazał go na karę śmierci przez powieszenie. W uzasadnieniu orzeczenia czytamy: "Oskarżony Edmund K. jest człowiekiem o niezaburzonym rozwoju umysłowym dotkniętym jedynie dewiacjami natury seksualnej (...) zboczony popęd seksualny mógł być kontrolowany przez oskarżonego, bowiem siła jego mieściła się w granicach normy (...) wymierzając karę śmierci sąd miał na uwadze to, że stopień społecznego niebezpieczeństwa przypisanych oskarżonemu czynów miał charakter skrajny i maksymalny."

Obrońca oskarżonego złożył apelację, a później wniosek o rewizję wyroku. Sprawa trafiła na wokandę Sądu Najwyższego, który oddalił rewizję, podtrzymując orzeczenie w całości.

28 czerwca 1986 roku wyrok wykonano. Edmund K. został pochowany na Cmentarzu Miłostowskim w Poznaniu. Pomimo wielu apeli mieszkańców żądających zlikwidowania jego grobu znajduje się on tam do dnia dzisiejszego.

Kinga Przyborowska

Personalia bohaterów oraz niektóre okoliczności zmieniono.

Rys. Waldemar Siwek

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy