Reklama

W mrocznej strefie szarych zabójstw

Każdego roku rodziny i przyjaciele zgłaszają zaginięcie około 15 tys. osób. Większość zaginionych odnajduje się w ciągu dwóch tygodni, część jednak przepada bez wieści. Na przykład ginie z rąk zabójców, którzy sprytnie ukrywają ich ciała...

W Polsce dochodzi rocznie do 1-1.2 tys. zabójstw. Jednak doświadczeni policjanci szacują, że tę liczbę należałoby powiększyć o około 20 proc. Te ponad dwieście "dodatkowych" ofiar, to właśnie zamordowani, których ciał do tej pory nie odnaleziono.

Bądź znaleziono, lecz nie zidentyfikowano, grzebiąc w bezimiennym grobie na koszt gminy...

Motyw jest, nie ma ciała

Sprawami tajemniczych zniknięć interesują się policjanci z Archiwum X, specjalnej grupy z Komendy Wojewódzkiej Policji w Krakowie. Co jakiś czas udaje im się - bywa, że po latach od popełnienia zbrodni - rozwikłać tragiczną zagadkę.

Reklama

Tak było ze sprawą zaginięcia 44-letniego mieszkańca Krakowa.

W maju 2005 roku w jednym z krakowskich komisariatów pojawiła się kobieta, informując o zaginięciu męża. W tym samym dniu znaleziono należący do niego, porzucony samochód - bez śladów, które wskazywałyby na to, że w aucie doszło do przestępstwa. Ponieważ poszukiwania nie przyniosły rezultatów, dochodzenie umorzono, uznając, że mężczyzna wybrał inne życie.

Minęło kilka miesięcy i sprawa trafiła do Archiwum X.

- Coś nam zgrzytało w zeznaniach żony - mówi Andrzej (imię zmienione; pracownicy Archiwum wolą pozostać anonimowi). - Postanowiliśmy się jej przyjrzeć... - opowiada, co rusz przypalając fajkę z aromatycznym tytoniem. Ma przenikliwe spojrzenie i choć z twarzy nie znika mu sympatyczny grymas, trudno oprzeć się wrażeniu, że dokładnie lustruje rozmówcę (- Zawodowy nawyk... - powie później przepraszająco.).

I tak śledczy trafili na trop mężczyzny, który miał romans z żoną zaginionego. Był więc potencjalny motyw - pozbycie się "tego trzeciego" - ale brakowało ciała.

Zamurowany, nie zaginiony

- Ustaliliśmy, że w czasie, gdy zaginął poszukiwany, kochanek wyprowadził się z własnego mieszkania - wspomina Andrzej. - Niby nic, zwłaszcza, że wynajął jej studentom. Ale na miejscu coś nam nie pasowało w jednej z kuchennych wnęk. Obejrzeliśmy inne mieszkania w pionie i już wiedzieliśmy, że w "naszym" ktoś kombinował z rozkładem pomieszczeń.

Badanie geo-radarem skróconej wnęki nie pozostawiało wątpliwości. A mimo to, po skuciu betonowej powierzchni, mało komu udało się zachować zimną krew. Po dziewięciu miesiącach proces gnilny zawiniętego w folię ciała jeszcze się nie skończył...

Rzekomo zaginiony, zginął od ciosów nożem, bo był przeszkodą dla kochanków, którzy chcieli zacząć nowe życie.

- W szarej strefie zabójstw okoliczności i motywy są takie same, jak w przypadku zbrodni ujawnionych - mówi Andrzej. - Znaczna część rzekomo zaginionych ginie z rąk najbliższych bądź znanych im osób. Powodem może być miłość, zazdrość, czy kwestie majątkowe. Jedyna różnica polega na tym, że gdy przejmujemy sprawę, najczęściej nie ma ciała. Bo te zostało zabetonowane, zakopane, czy poćwiartowane i porozrzucane na dużej powierzchni na ziemi i w wodzie.

- Skąd wiemy, że może chodzić o zabójstwo? - powtarza pytanie policjant. - Nie mogę zbyt wiele mówić o kulisach naszej pracy. Ale są sytuacje, w których śledczy od razu widzi, że doszło do zabójstwa. I wie, kto zabił. Tak, jakby umarły krzyczał zza grobu, wskazując winnego...

Anioł we śnie i ślady DNA

Jednak policyjna intuicja to nie wszystko. Bywa, że z pomocą przychodzi najnowsza technika. W sprawie zabójstwa we wsi Brzegi taką rolę odegrał GENOM - baza śladów genetycznych, zebranych z miejsc przestępstw. Choć najpierw doszło tam do zdarzeń rodem z filmowego Archiwum X...

W sierpniu 1992 roku na policję w Białce Tatrzańskiej zgłosiła się przerażona kobieta, matka Tadeusza M. Miesiąc wcześniej jej 35-letni syn wyszedł z domu i nie wrócił. Policja rozpoczęła poszukiwania.

W tym samym czasie brata Tadeusza M. odwiedził starszy mężczyzna, sąsiad rodziny, który zwierzył się ze snu, jaki miał kilka dni wcześniej. Otóż - przekonywał ów sąsiad - przyśnił mu się anioł, który zaprowadził go do zagajnika za wsią, wskazując miejsce zakopania zwłok zaginionego.

Idąc wedle wskazówek sąsiada, brat poszukiwanego natknął się na ludzką rękę, wystającą z ziemi. W dole policyjna ekipa znalazła zmasakrowane ciało Tadeusza M....

Niestety, śledczym nie udało się ustalić okoliczności "cudownego objawienia" - mężczyzna-wizjoner wkrótce zmarł. Udało się za to namierzyć dom, w którym zabito Tadeusza M. Na tym jednak policyjny fart się skończył - po kilku miesiącach sprawę umorzono z braku możliwości znalezienia sprawcy.

Trzynaście lat później akta śledztwa znalazły się pod lupą krakowskiego Archiwum X. Zabezpieczone w namierzonym domu ślady DNA - których przed laty nie można było wykorzystać z braku odpowiedniej technologii - trafiły do GENOM-u. W ten sposób policja dotarła do 36-letniego mieszkańca Brzegów, który feralnego dnia posprzeczał się ze swoją przyszłą ofiarą...

Do tej sprawy należałoby dopisać jeszcze post scriptum - prokuratura nie postawiła sprawcy zarzutu zabójstwa. Mężczyzna trafił pod sąd oskarżony o pobicie ze skutkiem śmiertelnym...

Myśleć jak ofiara i... zabójca

- Techniczne bajerki przemawiają do wyobraźni, ale na co dzień nasza robota nie jest tak efektowna - zaznacza mój rozmówca.

Bo nawet jeśli jest ciało, są ślady, często nie ma ich z kim powiązać. GENOM i AFIS (ten drugi, to system identyfikacji śladów papilarnych), działają w Polsce od kilku lat. Ich zasoby (w większej mierze dotyczy to bazy śladów DNA), dopiero się kompletują.

- Staramy się uzyskać jak najwięcej informacji o ofierze - mówi Andrzej. - Wypytujemy rodzinę i znajomych. Rozmawiamy z kolegami i koleżankami z pracy, studiów, szkoły. Interesują nas nie tylko kontakty towarzyskie, preferencje seksualne, hobby, jakieś stałe, rozpoznawalne przez otoczenie przyzwyczajenia. Chcemy też wiedzieć, gdzie zaginiona osoba robiła zakupy, jakimi autobusami czy taksówkami jeździła, gdzie lubiła chodzić na spacery itp.

Zdobyte informacje poszerzają krąg poszukiwań o osoby i grupy, które na pierwszy rzut oka nie mają z zabójstwem nic wspólnego. Pozwalają też ułożyć w miarę spójny portret ofiary.

Ważna jest również analiza miejsc przestępstw, które są jak wizytówki zabójców. Dla przykładu - w niewyjaśnionej do dziś sprawie zabójstwa krakowskiej studentki, z dużym prawdopodobieństwem można przyjąć, że mordercą był pracownik rzeźni. Bo osoba z takim doświadczeniem byłaby w stanie ściągnąć skórę z ofiary - w całości, bez uszkodzeń...

Wizytówki pozwalają sporządzić portret psychologiczny sprawcy. A wiedza (i przypuszczenia) na temat zabójcy i ofiary umożliwiają policjantom "wczucie się" w ich role.

- I wtedy zaczynamy burzę mózgów, starając się wytypować miejsca, w których ta dwójka (bywa, że trójka, czwórka i więcej), mogła się spotkać - wyjaśnia oficer.

Jednocześnie, do znudzenia, śledczy przeglądają dotychczas sporządzone akta.

- Czasami odnajdujemy w nich drobne fakty, przeoczone przez kolegów, którzy na etapie sprawy poszukiwawczej, a nawet prowadzonej już jako zabójstwo, podeszli do zagadnienia zbyt rutynowo... - wzdycha oficer Archiwum X. - Większość naszych burz mózgów kończy się co najwyżej bólem głowy - przyznaje po chwili. - Ale czasami coś nam z tego wychodzi...

Brutalny świat "berzoludów"

Ta robota wymaga mocnych nerwów. Bo zwykły człowiek nie byłby w stanie godzinami przyglądać się fotografiom ran, zadanych młodej kobiecie w zaawansowanej ciąży. Po to, by stwierdzić, że jednym z użytych do masakrowania narzędzi był... rzeźnicki hak. Albo brać udział w ekshumacji zwłok mężczyzny, zabitego prętem wbitym w oko.

- Tak, dostał prętem w oko... - wzdycha Andrzej i zaczyna opowieść o brudnym świecie "Berzy", społeczności bezdomnych z krakowskiego Dworca Głównego. Jej brutalne prawa poznał na własnej skórze pewien bezdomny, o śmierci którego "Berza" mówiła tak głośno, że sprawą zainteresowała się policja.

- Nie było ciała, nie wiedzieliśmy nawet, o kim mówią "berzoludy"... - wspomina sprawę sprzed lat oficer Archiwum X.

Wymyślone zabójstwo? Wiele na to wskazywało, ale policjantom udało się dotrzeć do człowieka, który przyznał się do zbrodni. I ze szczegółami opisał ostatnie chwile kolegi z dworca - zabójstwo metalowym prętem, wyniesienie ciała na ogródki działkowe i spalenie altany z ukrytymi w niej zwłokami.

- W miejscu, do którego nas zabrał, były jeszcze resztki altany, ale żadnego ciała - opowiada Andrzej. - Ale wtedy przypomniałem sobie, że kilka lat wcześniej byłem na sekcji zwłok bezdomnego, znalezionego właśnie w tych ogródkach...

Wówczas, w 2000 roku, sprawę uznano za wypadek. Ciało ofiary było na tyle zwęglone, że nikt nie dostrzegł rany głowy. Ponieważ identyfikacja się nie powiodła, bezdomnego pochowano w grobie NN. Trzy lata później, po ekshumacji, antropolodzy potwierdzili, że mężczyzna zginął od ciosu prętem.

Zabójca oddycha z ulgą

Niestety, do dziś nie wiadomo, kim był zamordowany. Mimo kolejnych prób, także wykorzystania bazy GENOM, nie udało się ustalić jego tożsamości.

- Pewien dyskomfort jest... - przyznaje Andrzej. - W takiej sytuacji musi wystarczyć świadomość, że po raz kolejny udało się dowieść, iż nie ma zbrodni doskonałych. Że zabójca przez długie lata musi się liczyć z wpadką.

Zabójstwo zostaje uznane za przedawnione i niepodlegające karze po 30 latach. Ten okres wydłuża się o pięć lat, jeśli w dochodzeniu zidentyfikowano sprawcę, jednak ten wymknął się wymiarowi sprawiedliwości.

Jak zachowują się zabójcy, u drzwi których, często po wielu latach, pojawia się policja?

- Jedni są zdziwieni, drudzy oburzeni, a jeszcze inni... na nas czekają - mówi oficer Archiwum X. - Niektórzy idą w zaparte i do samego końca przekonują o swojej niewinności. Nie brakuje też psychopatów, którzy owszem, przyznają się, ale jednocześnie obciążają winą innych. To tacy, którym zabić "kazał" bóg, czy inna siła, którzy zabili, bo "mieli ciężkie dzieciństwo", bo ktoś ich "upokorzył", ktoś "sprowokował".

Wśród zabójców są też tacy, którzy na widok policjantów mówią bez ogródek: "nieźle to zrobiłem, co?". A później chętnie współpracują, chwaląc się własnym "profesjonalizmem", nierzadko czerpiąc satysfakcję z wytykania błędów śledczym.

- Ale są też tacy, z których uchodzi powietrze, którzy oddychają z ulgą - mówi Andrzej. - Patrząc tak po ludzku, to nawet im współczuję...

Marcin Ogdowski

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy