Reklama

1000 lat wkurzania, czyli o trudnych stosunkach Anglików z Francuzami

"Francuzi nienawidzili nas, nienawidzą i już zawsze będą nienawidzić." - powiedział Arthur Wellesley, pierwszy książę Wellington. Te słowa stały się mottem książki 1000 lat wkurzania Francuzów Stephena Clarke'a, autora serii bestsellerów Merde! Brytyjczyk mieszkający na stałe w Paryżu błyskotliwie obala stereotypy i mity na temat Anglii i Francji.

Clarke opisuje tysiąc lat skomplikowanych i trudnych stosunków potężnych sąsiadów, których dzieli dwadzieścia mil kanału La Manche i wiele nierozwiązanych spraw...

- Czy Francuzi zdobyli Anglię w 1066 roku? Nie, to byli Normanowie!

- Czy gilotynę wynalazł doktor Guillotin? Ależ nie, wymyślono ją w Yorkshire!

- A czy bąbelki w szampanie to dzieło słynnego Doma Pérignon? W żadnym wypadku, szampan francuską ma jedynie nazwę,

- A w rzeczywistości jest dziełem Anglików!

- To może bagietka jest francuska? Albo croissant? Stek? Nie, nie, nie! 

Reklama


Szampan: Dom Pérignon nie może sobie poradzić


Kobiety są jak szampan - we francuskim opakowaniu od razu stają się droższe.

M. Ageyev, Novel with Cocaine

Francję cechuje ogromny protekcjonizm, zwłaszcza, gdy chodzi o dobra kultury. A częścią owej kultury, wobec której Francja przejawia najdalej posunięty protekcjonizm, o którą dba najtroskliwiej, nie jest kino, malarstwo ani wyśmienite francuskie powieściopisarstwo, lecz jadło i napoje. To nie zbieg okoliczności, że francuskie słowa oznaczające kulturę (ang. culture) oraz rolnictwo (ang. agriculture) brzmią tak samo, jedno i drugie to la culture.

Zaś częścią (agro)kulturalnej spuścizny, którą chlubi się najbardziej, bo ściąga największe zasoby gotówki z zagranicy oraz przysparza największego prestiżu, jest szampan. A właściwie Champagne pisane wielkim "C", bo przecież to oczywiście nazwa własna.

W istocie Francja tak bardzo troszczy się o "dobre imię" swoich win z Champagne, że doprowadziła do zawarcia klauzuli chroniącej ową nazwę w traktacie wersalskim, porozumieniu pokojowym przypieczętowującym ostateczne zakończenie pierwszej wojny światowej. Otóż to, wojenny kataklizm wdeptał w błoto całe pokolenie młodych Francuzów, podczas walk zginęło kilkaset tysięcy ludności cywilnej i choć trudno w to uwierzyć, fizyczne obrażenia odniosło aż dziesięć procent całej populacji kraju, a Francja jakby nie miała innych zmartwień oprócz nalepek na winie.

Troska Francuzów brała się stąd, że podczas wojny okolice Reims doznały wyjątkowo dotkliwych zniszczeń z powodu bombardowań oraz powstawania umocnień ziemnych, na czym w znacznym stopniu ucierpiała produkcja szampana. Bądź co bądź, trudno zbierać winogrona pod moździerzowym ostrzałem. Francja lękała się więc, że inne wina musujące z Ameryki, Włoch, Hiszpanii czy nawet Niemiec mogą zająć lukę powstałą w ten sposób na rynku. Dlatego właśnie paragraf numer 275 z zawierającego ich czterysta czterdzieści traktatu wersalskiego stanowi, że:

"Niemcy zobowiązują się [...] zastosować do ustaw [...] obowiązujących w Kraju sprzymierzonym i stowarzyszonym [...] określających lub regulujących prawo nadawania nazw od pewnych regionów winom i wyrobom spirytusowym wyprodukowanym w kraju, do którego należą te okolice" oraz że "przywóz, wywóz, jako też wyrób, obrót, sprzedaż i ofiarowanie na sprzedaż produktów lub towarów noszących nazwy pewnych okolic wbrew ustawom lub decyzjom, o których mowa, będą wzbronione przez Niemcy i tamowane".

W gruncie rzeczy chodziło o to, że owszem, pokój na świecie rzecz ważna, ale przecież nie ważniejsza od przysługującego Francji prawa wyłączności na określanie wina musującego mianem Champagne.

Tak więc na mocy obowiązującego międzynarodowego prawa nie wolno poprzedzać tej marki określeniem wskazującym kraj pochodzenia, a więc na przykład przymiotnikami typu "angielski" albo "hiszpański". Użycie w tym samym zdaniu słów "szampan" oraz "kwiat dzikiego bzu", co chętnie czynią anglosascy wielbiciele trunku pędzonego z tej rośliny, stanowi, praktycznie rzecz biorąc, pogwałcenie praw człowieka. Tylko Ameryka stanęła okoniem wobec rozporządzeń oficjalnej rady regulacyjnej zajmującej się sprawami szampana: Le Comité Interprofessionnel du Vin de Champagne (CIVC). Rząd USA upiera się, że wino sporządzone w Kalifornii przy użyciu tego samego rodzaju winogron oraz przy zastosowaniu tej samej metody co we Francji, ma prawo być sprzedawane jako Californian Champagne - i może sobie na to pozwolić, bo Ameryka, co prawda, podpisała traktat wersalski, lecz nigdy go nie ratyfikowała. (Mają łeb, ci Amerykanie!)

Ktoś mógłby stwierdzić, że francuskim winiarzom przysługuje przecież prawo do ochrony swojego unikatowego produktu. Bądź co bądź, przecież wynalazł go francuski mnich, niejaki Dom Pérignon. W 1668 roku, prawda?

Nieprawda.

Wybacz, Francjo, ale szampan jest angielski pod każdym względem, wyłączywszy nazwę. 

Z recenzji 1000 lat wkurzania Francuzów



Choć dzieli nas jedynie dwadzieścia mil, przepaść pomiędzy Anglią a Francją jest znacznie szersza. Clarke dokładnie przygląda się kanałowi (prowokacyjnie zwanemu "angielskim"), dekonstruując dziesięć wieków faktów i fikcji.

"The Guardian"

Stephenowi Clarke’owi udało się dokonać czegoś, co uważałem za niemożliwe: zacząłem żałować Nicholasa Sarcozy’ego!

"The Spectator"

Niesamowicie zabawne.

"The Sunday Times"

Stephen Clarke urodził się w 1959 roku w Wielkiej Brytanii. Studiował w Oksfordzie. Od kilkunastu lat mieszka i pracuje w Paryżu. Autor bestsellerów Merde! Rok w Paryżu (W.A.B. 2006), Merde! W rzeczy samej (W.A.B. 2007), Merde! chodzi po ludziach (W.A.B. 2008) oraz M jak Merde! (W.A.B. 2010). Wydał również poradnik Jak rozmawiać ze ślimakiem. Dziesięć przykazań, które pomogą ci zrozumieć Francuzów (W.A.B. 2008), a także Paryż na widelcu (2010; W.A.B. 2011).





INTERIA.PL/materiały prasowe
Dowiedz się więcej na temat: szampan | Francja | Anglia | księgarnia

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy