W poniedziałek (28.09), podczas kolejnego zmasowanego rosyjskiego nalotu na Ukrainę, odrzutowy dron uderzył po ukraińskiej stronie granicy, około dwóch kilometrów od przejścia Dorohusk-Jagodzin. Chociaż wojsko podniosło gotowość i poderwało samoloty, polskiej przestrzeni powietrznej nie naruszono. Jednak mimo wszystko doszło do wybuchu paniki.
Szef MON Władysław Kosiniak-Kamysz poinformował, że maszyna spadła po stronie ukraińskiej, w pobliżu przejścia granicznego w Dorohusku. Podkreślił, że polskie systemy obrony powietrznej i lotnictwo były gotowe do działania, a po odwołaniu alertu samoloty wróciły do baz, systemy zaś przeszły w tryb obserwacji.
Rosyjski atak tuż przy granicy z Polską
Informację potwierdził rzecznik Dowództwa Operacyjnego Rodzajów Sił Zbrojnych ppłk Jacek Goryszewski. Ukraińska Straż Graniczna przekazała z kolei, że samo przejście w Jagodzinie nie zostało trafione. Dron spadł w jego okolicy, co potwierdzają także nagrania publikowane przez analityków OSINT.
Z dostępnych materiałów wynika, że Rosjanie użyli Gerania-5, odrzutowej wersji dronów uderzeniowych, które w ostatnich tygodniach stały się poważnym problemem dla ukraińskiej obrony. Konstrukcja wywodzi się z wolniejszych kopii irańskich Shahedów, ale w obecnej postaci bardziej przypomina mały pocisk manewrujący niż klasyczny bezzałogowiec.
Geran-5 rozwija prędkość do około 600 km/h, ma zasięg rzędu 950-1000 km i przenosi głowicę o masie około 90 kg. Ukraińskie źródła wojskowe szacowały wcześniej, że skuteczność zestrzeleń tych maszyn wynosi około 60 procent, wobec ponad 90 procent w przypadku starszych wariantów śmigłowych.
Rosjanie atakują dronami coraz bliżej Polski
Poniedziałkowy incydent jest następnym etapem eskalacji ze strony Rosji. Jest to bowiem już kolejna w ostatnim czasie seria uderzeń tuż przy polsko-ukraińskiej granicy. Przypominamy, że 13 września odrzutowe Geranie spadły około kilometra i pięciu kilometrów od granicy. Jeden z nich trafił w ciężarówkę w pobliżu przejścia Dorohusk-Jagodzin, inny w pociąg relacji Kijów-Warszawa.
Cztery dni później kolejny obiekt eksplodował w rejonie Jagodzina, trzy do czterech kilometrów od Polski. Premier Donald Tusk mówił wtedy o masywnej eksplozji, najpewniej na stacji paliw. W obu przypadkach polskie myśliwce były w powietrzu, a na Lubelszczyźnie i Podkarpaciu uruchamiano alerty RCB. Do naruszenia polskiej przestrzeni powietrznej nie doszło.
MON zapowiadał wcześniej wzmocnienie ochrony nieba nad wschodnią granicą, w tym większą aktywność F-16 i śmigłowców oraz rozbudowę obrony przeciwlotniczej i przeciwdronowej przy przejściach. W Dorohusku powstają też schrony i nowe procedury na wypadek zagrożenia z powietrza.
***
Bądź na bieżąco i zostań jednym z 98 tys. obserwujących nasz fanpage - polub GeekWeek na Facebooku i komentuj tam nasze artykuły!












